sobota, 21 marca 2026

WOŁANIE KUKUŁKI

ROBERT GALBRAITH (J.K. ROWLING)

CORMORAN STRIKE tom 1

„Kłamstwo nie miałoby sensu, gdyby prawda nie została uznana za niebezpieczną.” Alfred Adler

Miałam okazję poznać pierwszy tom serii o detektywie Cormoranie Strike, mimo że bardzo mi się podobał, za sprawą rodzinnych obowiązków, zmuszona zostałam do zastopowania znajomości z kolejnymi. Teraz przystąpiłam do poznania wszystkich przygód z udziałem tego bohatera, dlatego zdecydowałam się na odświeżenie znajomości z „Wołaniem kukułki”, przywołanie istotnych szczegółów. Znakomicie czułam się w powieści, fantastyczny styl narracji, pełen uszczegółowień, lekko prowadzący po scenariuszu zdarzeń, umiejętnie podkręcający smak intrygi, skupiający się na opisie kryminalnych nut i wprowadzający do fabuły znaczący wątek obyczajowy. 

Ciekawa kluczowa postać serii, z dramatyczną wojskową przeszłością i frapującymi akcentami teraźniejszości. Spotykałam w różnych odmianach historii detektywistycznych podobnie skonstruowanych bohaterów, jednak portret Cormorana Strike miał w sobie coś szczególnego, wrażliwego i bezwzględnego, ugodowego i stanowczego, pozornie niedbałego, ale mocno zdeterminowanego. Polubiłam jego asystentkę, Robin Ellacott wniosła wiele atrakcyjnych elementów do kryminału, podziwiałam pewność siebie, ambicję. zaradność i spryt. Postać, która może wiele namieszać w kolejnych partiach serii. Jako zgrabnie uzupełniający się duet, Cormoran i Robin przystąpili do wyjaśniania okoliczności śmierci światowej sławy modelki. John Bristow, prawnik i brat ofiary, zatrudnił Cormorana do wyjaśnienia sprawy. Policja oficjalnie zakwalifikowała tragedię jako samobójstwo, ale im głębiej badali dramatyczny incydent, tym więcej pojawiało się pytań i wątpliwości. Wiele się działo, zaskakujące obroty spraw, rodzinne tajemnice, wykluczające się tropy, nieprzewidywalne zajścia. Okazało się, że „szczęście ma zawsze swoje ciemne strony” (Horacy), które wcześniej czy później dadzą o sobie znać.

5.5/6 – koniecznie przeczytaj
kryminał, 452 strony, premiera 04.12.2013, tłumaczenie Anna Gralak
Książka wypożyczona z biblioteki.

piątek, 20 marca 2026

ORKIESTRA SZALEŃCA

NAJWIĘKSZE KURIOZA W HISTORII MUZYKI

EDWARD BROOKE-HITCHING

„Kocham Wagnera, ale z muzyki to wolę już odgłosy kota wywieszonego na ogonie za okno i próbującego pazurami trzymać się szyby.” Charles Baudelaire

Sama nie miałam styczności z wykształceniem muzycznym, poza zwykłymi lekcjami szkolnymi w podstawówce i w liceum, lecz towarzyszyłam córce w nauce od przedszkola do egzaminów na studia, i siłą rzeczy nauczyłam się co nieco o tej dziedzinie sztuki pięknej. W większości stykałam się z poważną teorią, solidnym graniem, śpiewaniem i tańczeniem, dlatego niejako wiedziona perspektywą mniej ciężkiego traktowania muzyki, z zainteresowaniem sięgnęłam po „Orkiestrę szaleńca”. Wcześniej poznane książki Edwarda Brooke-Hitchinga („Galeria szaleńca. Najdziwniejsze obrazy, rzeźby i inne kurioza z dziejów sztuki” i „Miłość. Historia przedziwna w 50 odsłonach”) pokazały, że gatunek ludzki potrafi różnorodnie podchodzić do procesu twórczego i wyrażania emocji. Oba albumy dostarczyły sporej satysfakcji czytelniczej, proponuję, abyście zwrócili na nie uwagę.

Także „Orkiestra szaleńca” sympatycznie, aczkolwiek mega osobliwie, wygrywa utwory bazujące na ekstremalnie rozwiniętej wyobraźni twórców. Początek, omawiający niezwykłe terminy muzyczne, wprawia w sympatyczny klimat metodyki. Zajrzenie muzyką w kosmiczne przestrzenie ukazuje niekończącą się wędrówkę dźwięku. Zadziwiające, z jakich przedmiotów i materiałów tworzy się instrumenty, udowadniając, że grać można na wszystkim i zbierać dźwięki z wszystkiego. Niesamowite wrażenia wywołują przełożenia muzyki ze słuchu na widzialność z pełną gamą kolorów. Jak cudownie musi się czuć ktoś, kto trafia na zapomniane dzieła, odkrywa je w błędnie skatalogowanych archiwach, albo wgryza się w utwory skrywające własne tajemnice. Muzyczne katastrofy, większe lub mniejsze, tylko czekają podczas koncertów, aby dać o sobie znać. W naturze człowieka leży eksperymentowanie, nakręca nowe spojrzenia i wynalazki, ale niekiedy idzie w tak dziwaczną i pokręconą stronę, że lepiej niech opadnie na nie kurz wstydliwości. Czasami idziemy w stronę mistyfikacji, aby przyciągnąć uwagę i zdobyć sławę, niekiedy diabeł podszeptuje do twórcy, aby zaistnieć i namieszać w muzycznym świecie.

Każdy rozdział proponuje tematyczną playlistę, warto ją puszczać, zwłaszcza w trakcie czytania albumu. Idealnie komponuje się z omawianymi dziwactwami kompozytorów, używanymi terminami, przyporządkowanymi muzyce funkcjami, pokrętnymi konstrukcjami, legendami i anegdotami. Z uśmiechem czyta się wypowiedzi artystów o innych twórcach i ich utworach, jakimi raczyli się uszczypliwościami i jak dziwne dawali wskazówki kompozytorskie. Album przyciąga nie tylko zabawną treścią o muzycznych osobliwościach, od najdawniejszych czasów do współczesnych, ale również bogactwem ilustracji, rycin, zapisów nutowych i zdjęć. Wszystko w kolorze i na porządnym papierze, ze sztywną okładką i szalenie przyjaznym stylem narracji. „Orkiestra szaleńca” zbiera największe kurioza w historii muzyki, fantastycznie się je czyta i ogląda, podziwia z rozbawieniem dzieła ludzkiej wyobraźni. Wejście w intrygujące i niepokojące dzieła pokazuje jak potrafią być kpiarskie, kłamliwe, fałszerskie, pastiszowe, oszukańcze, a jednak nieprzeciętnie odkrywcze i pionierskie, oryginalne i pomysłowe, śmiałe i sprytne. Podobnie jak zagadkowe przypadki śmierci w przeszłości muzyki, czy ostatnie słowa wielkich muzyków.

5.5/6 – koniecznie przeczytaj
album, muzyka, 256 stron, premiera 10.02.2026 (2025), tłumaczenie Janusz Szczepański
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.

czwartek, 19 marca 2026

SIEDEM KSIĘŻYCÓW MAALEGO ALMEIDY

SHEHAN KARUNATILAKA

„Wmawiają wam, że niesprawiedliwość to część jakiegoś wielkiego planu. I to nie pozwala wam się zbuntować.”

Ciekawa przygoda czytelnicza, oryginalna i nieszablonowa, powiew nowego pomysłu na fabułę, znakomitego żonglowania scenariuszem zdarzeń, zabawą i skłanianiem do refleksji. Wrażenie jednoczesnego wejścia w najnowszą wojenną historię Sri Lanki i w świat fantastyki, szalenie pokręcony, wymykający się opisowi, zasiedlony przez duchowe byty w różnych stadiach świadomości. Kolombo z szeroką paletą odmiennych barw, korupcja przenikająca każde środowisko, siły rządowe kontra tamilscy separatyści. Dziesiątki tysięcy zabitych w ostrzale i nalotach, setki zamachów terrorystycznych, tuszowanie śledztw. Już na wstępie książki wiadomo było, że Maali Almeida umarł. Niesamowite wrażenie, kiedy obserwowało się to, co działo się z jego ciałem. Mężczyzna wiedział, że jego egzystencja zakończyła się poprzez morderstwo, ale nie znał tożsamości zabójcy. Dostał siedem księżyców, aby dowiedzieć się, co kryło się za odejściem w osobliwą sferę zaświatów i jaka była prawdziwa tożsamość mordercy. Jako fotograf wojenny naraził się różnym politycznym siłom, jako narrator zraził do siebie terrorystów, jako hazardzista przekroczył linię ryzyka. A i rodzinne relacje wzbudzały podejrzenia.

Shehan Karunatilaka zdecydował się na prowadzenie narracji w drugiej osobie liczby pojedynczej. Zabieg korespondował z koncepcją i klimatem powieści. Stał się delikatną formą sugerowania końca czegoś, a jednak wciąż trwania w czymś. Czas na rozwiązanie zagadki kryminalnej, rozliczeń z dokonań w życiu, ocenę sposobu traktowania innych, z każdym księżycem kurczył się, a mnogość aktorów na scenie życia imponowała. Każda osoba warta była uwagi, interpretacji, podjęcia prób zrozumienia i ewentualnego wykluczenia z zabójstwa. Długie cienie kładły się na odtwarzanych obrazach i śledzonych zachowaniach. Mitologiczny rys oprowadzał po istotach z piekieł i pożeraczach dusz. Spotkania ze zmarłymi przybliżały do odkrycia prawdy. Rozmowy z ateistą, prawniczką, rewolucjonistą, lekarką, ochroniarzem, kapłanem, samobójcą, wiele wnosiły, ale też rozpraszały w odnajdywaniu ścieżki prowadzającej do prawdy. Pojawiające się osoby ze zdjęć wykonanych przez Almeidę nadawały osobliwy charakter opowieści. Przypominały o sobie, przywoływały wspomnienia, dopominały się uwagi. I jeszcze jezioro, skrywające świadectwa zbrodni. Czasem do akcji wkraczał mistyczny rys, często coś na kształt snu, nieuchwytność przeszłości, bolesne doświadczenia domowej wojny i niewyobrażalnej przemocy. „Siedem księżyców Maalego Almeidy” nie jest propozycją czytelniczą dla każdego. Warto poświęcić więcej czasu na poznawanie powieści, tak aby odkrywać ją w kolejnych odsłonach. Wówczas bardziej angażuje i wciąga, zachęca do podtrzymania znajomości, daje wgląd w zwykłego człowieka i społeczeństwo Sri Lanki.

4.5/6 - warto przeczytać
literatura współczesna, 472 strony, premiera 25.10.2023 (2022), tłumaczenie Mariusz Gądek
Tekst powstał w ramach współpracy z DużeKa.pl

środa, 18 marca 2026

TOM LAKE

ANN PATCHETT

„To było tak, jakbym była liściem w rzece. Wpadłam do niej i mnie poniosła.”

Kolejny raz potwierdza się, że książki napisane przez Ann Patchett szalenie mi pasują, są szyte na miarę mojej czytelniczej wrażliwości, refleksyjnych potrzeb i pięknych obrazów. Wprowadzają w wyjątkowy nastrój, nostalgiczny, melancholijny, romantyczny, a nawet liryczny ze szczyptą łagodnej magiczności. Często prezentują styczne powiązane z realnym życiem, losami i emocjami bohaterów zbliżonymi do moich. „Belcanto”, „Dom Holendrów”, a teraz także „Tom Lake” imponują pod wieloma względami. Autorka potrafi wspaniale łączyć to, co na pierwszy rzut oka wydaje się zwykłe i naturalne, z tym, co po bliższym wglądzie nabiera cech wyjątkowości i ponadczasowości, dopełnia się wzajemnie i tworzy coś ponad, niezwykłego i potężnego w wydźwięku. Cudownie łączy literaturę z innym gałęziami sztuki, a w przypadku „Toma Lake”, szeroko rozumianą sztuką sadownictwa przeplatająca się ze sztuką teatralną. Niemal fizycznie dotykam czereśniowych drzew, zbieram owoce, nasycam zapachem przyrody.

Autorka z ogromnym wyczuciem, wysoką estetyką, doskonałą równowagą, przecina linie życia kilku osób w dramatycznym wydarzeniu. Subtelnie i łagodnie dotyka człowieczeństwa, pulsu egzystencji, pozornie zwykłych i skrajnych emocji. Zanurza w przeszłość kobiety, fragment po fragmencie ukazuje przebieg tego, co doprowadziło do obecnej sytuacji. Z zaangażowaniem słucha się opowieści, przeplatanej z teraźniejszością, spogląda na wszystko z perspektywy czasu. Obecność trzech córek nadaje szczególny wymiar historii. Pojawia się wiele motywów wychowawczych, nauki życia, dzielenia się doświadczeniami, ale również spojrzenia na małżeństwo. Odkrywane są nie tyle tajemnice, co niewiadome sympatycznie przyciągające. Widać jak bardzo różni się sceniczna obecność od faktycznej gry w życiu. Kiedy rzeczywistość skojarzona jest z czereśniami i jabłoniami, brzoskwiniami i gruszami, słodkie smaki mieszają się z cierpkimi, ale i tak do głosu dochodzą ciepłe kolory. Czy pierwsza miłość pozostaje w sercu na zawsze? Jak zmieniamy definicję miłości w miarę upływu lat? Dokąd zabierają nas na ścieżce życia popełnione błędy i niewykorzystane szanse? W jakim stopniu stają się cennymi lekcjami prowadzącymi do dowiedzenia się, kim jesteśmy, do czego dążymy, jakie mamy marzenia, czy dajemy im rozwinąć skrzydła? I zastanawiająca myśl, jak wiele z naszych opowieści o sobie wyciągają młodsze pokolenia? Jak wiele jest wariantów określania własnej tożsamości?

5.5/6 - koniecznie przeczytaj
literatura współczesna, 334 strony, premiera 22.11.2023, tłumaczenie Anna Gralak
Tekst powstał w ramach współpracy z DużeKa.pl

wtorek, 17 marca 2026

WINDA SCHINDLERA

DARKO CVIJETIĆ

„W Czerwonym wieżowcu śmierć zawsze dobrze się czuła i nigdy nie odeszła bez wiana. Wokół wieżowca zabijano i tańczono koło, wiele się działo, wiele dzieci zostało poczętych, wielu zmarłych wywożono dużą windą.”

Książka liczy zaledwie osiemdziesiąt stron, ale jak wiele w niej treści, którą poznaje się z wielkim zaangażowaniem i mocno przeżywa. Coś na kształt wycinkowych opowieści, podporządkowanych klimatowi wojny domowej, przywołujących splot różnych losów ludzkich. Wielkie blokowisko, Czerwony Wieżowiec w Prijedorze i jego sąsiad Błękitny Wieżowiec. Na każdym piętrze osiem mieszkań i indywidualne historie. Lata wprowadzania się, organizowania zwykłej codzienności, nawiązywania sąsiedzkich relacji, dziecięcych zabaw w windzie, w zakamarkach korytarzy, a nawet na dachowym poziomie. Wspólna dla wszystkich rutyna codzienności. Wychodzenia do pracy, chowania się w czterech ścianach, komunikowania się na balkonach, poznawania się w windach. Głośne dziecięce zabawy w piaskownicy, spotkania dorosłych na ławeczkach. A później w ten świat wkracza wojna domowa, nacjonalistyczne umocnienia, religijne uprzedzenia, nieustanne strzały, bezprawne egzekucje, wredne donoszenia, perfidne zdrady i nieludzkie zemsty. Narzędzie zabawy staje się bronią, bezpieczne azyle pułapką, indywidualne winy zbiorową odpowiedzialnością.

Przygodę z „Windą Schindlera” rozpoczynamy od przejmującego opisu losów rodziny, ogrodu i jabłonki Taiba, jakże obrazowego i przemawiającego do wyobraźni, szalenie symbolicznego i niesamowicie parabolicznego. Później podążamy szlakiem opowieści o wybranych mieszkańcach drapacza numer sto jeden. Poznajemy różnorodne okoliczności losów cyrkowego artysty, inżyniera z pobliskiej kopalni, młodej aktorki, znanego piłkarza, ekonomisty, studenta prawa, majstra od wind, człowieka obsługującego spychacza i wielu innych. Mieszanka pochodzenia, przynależności, wykształcenia, zawodów i tradycji. I coraz głośniej rozbrzmiewające głosy śmiercionośnych zdarzeń, obozów internowania, zbrodni wojennych, masowych grobów, nieusprawiedliwionego wymierzania sprawiedliwości, cierpienia, bólu i krzywd. Braterstwo zmienia się we wrogość, jedność w skrajny nacjonalizm, bliskość w separację. Wojna zmienia ludzi, wyzbywa z odruchów zahamowań, zwalnia od odpowiedzialności za czyny, wyzwala to, co w człowieku najgorsze. A im większa zmiksowana zbiorowość ludzka, tym więcej konfliktów. Boszniacy, Chorwaci, Serbowie i inne nacje w kotle galopującej nienawiści i bezsensownych zbrodni. Książka warta uwzględnienia w planach czytelniczych, przejmujące świadectwo indywidualnych losów, bolesnej historii, która nigdy nie powinna przybrać wojennego obrotu.

5/6 - koniecznie przeczytaj
literatura współczesna, 80 stron, premiera 24.04.2024 (2018), tłumaczenie Dorota Jovanka Ćirlić
Tekst powstał w ramach współpracy z DużeKa.pl

poniedziałek, 16 marca 2026

WIDOKÓWKI

PAWEŁ KASPROWICZ

"Szukam miejsc, gdzie krzyżują się piękno i metafizyka, tajemnica i niepokój, poezja i harmonia… proces poszukiwań nie ma końca...”

Już po kilku stronach książki miałam wrażenie, że czytałam coś w rodzaju pamiętnika znalezionego na strychu lub w szufladzie. Ponieważ pozwolono mi do niego zajrzeć, z zainteresowaniem zaczęłam wczytywać się w treść, niespiesznie podążać tropem wskazówek i chwytać postrzeganie świata autora. Czułam, że wkraczam w wyjątkowo barwny intymny świat myśli, spostrzeżeń i wspomnień. Każdy z zapisków mogłam potraktować jako osobny fragment, a jednak tworzący całość przeplatającymi się znamionami i śladami duszy. Uderzyła wrażliwość na otaczający świat, dostrzeganie mocy biologicznego zegara, podległość porom roku, miesiącom i pogodzie, świadomość funkcjonowania w rytmie natury. Sugestywne opisy przyrody w ujęciu miesięcy i pór roku przebijały się przez różne aspekty życia.

Podobało mi się podkreślanie życia tu i teraz, z maksymalnym wykorzystaniem zmysłów, uważnej obserwacji, doświadczania małych cudów, poszukiwania wzoru i sensu egzystencji. Celebracja życia w detalach, jednocześnie czekanie na to, co przyjdzie, co sami przywołamy. Zgadzałam się z uważaniem początku i końca jak wymienników w procesie interpretacji. Wyrażaniem szacunku wobec przeszłości, nawet jeśli kojarzonej ze stratą i smutkiem, pustką i brakiem, odejściem i zniknięciem. Wspomnieniami jako żywymi obrazami nieustannie wirującej pamięci, podlegającymi metamorfozie, myślącymi tragediami, budzącymi zagniewane sumienie, rozmywającymi poczucie czasu, przywołującymi sentyment, wprowadzającymi w nostalgię, nawiązującymi do marzeń i tęsknot. I warunek, że dokądkolwiek idę, wszędzie zabieram siebie samą, to cudny warunek egzystencji. Świadomość obecności tu i teraz może zostać zakłócona demencją i alzheimerem, zatem od razu powstało pytanie, jak mierzyć się z nieobecnością w obecności? Z przyjemnością przyjęłam delikatnie przemycane klimaty zmysłowej kobiecości, pozostawiające ślady w pamięci, będące spinaczem wspomnień, przywołujące radość z patrzenia i dotyku.

Potrzebowałam dwóch chwil, aby przestawić się na styl pisania Pawła Kasprowicza, aby zbiór luźnych myśli stał się czymś więcej niż zapiskami, przekonał do własnej perspektywy, a zatem i widokówek na planie scenerii życia. Różnorodność ekspresji, precyzji i sformułowań wymagała odpowiedniego nastawienia się na kształt narracji, niczym dokładne wybranie stacji nadawczej, dostrojenie się do osobistych myśli i przemycenie siebie w narzuconym klimacie. Długie zdania odbierałam jako zabawę w tworzenie strumieni słów, z przemyśleniami i przesłaniami. Autor proponował czytelnikowi także smak ciszy, delikatnie wibrujące dźwięki pojedynczych wyrazów, samotne symbole przemawiające do wyobraźni. Spotkanie z książką zaliczam do udanych, pozyskałam ciekawą treść, w którą wciągnęłam się i mogłam pomyśleć z perspektywy własnych odczuć i opinii. Nie wszystkie teksty przemówiły, kilka nie zgrało się z moim zrozumieniem i postrzeganiem rzeczywistości, ale większość pokryła się z nabytymi w ramach doświadczeń życiowych spostrzeżeniami i emocjami.

4/6 – warto przeczytać
literatura współczesna, 132 strony, premiera 19.08.2025
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Autorowi.

niedziela, 15 marca 2026

PODNIEBNA KRUCJATA

POUL ANDERSON

"Podczas gdy narzędzia prowadzenia wojny zmieniają się z upływem wieków, rywalizacja i intrygi nie wyglądają inaczej ani subtelniej.”

Moje pierwsze spostrzeżenie po spotkaniu z „Podniebną krucjatą”, nie można opowieści brać na poważnie, oczekiwać wnikliwych i zmyślnych opisów, pogłębionych portretów postaci, czy oszałamiających myśli refleksyjnych. Jest to zaproszenie wystosowane do czytelnika, aby zabawił się w wyciąganie przywar angielskiego postrzegania świata i odsłanianie genetycznie zakodowanych wad ludzkiej natury. Nie liczy się wiarygodność scenariusza zdarzeń, gładko wnikającego w absurdalne incydenty i pastiszowe ujęcia, ale wyśmienite poczucie humoru Poula Andersona, dokonującego podsumowania mentalności i ambicji Anglików. 

Wielokrotnie wybuchałam śmiechem podczas scenek i dialogów sytuacyjnych. Natychmiast dostosowałam się do improwizowanych koncepcji barona, składania przysięgi na Mahometa, przedstawiania kłusowników jako drwali, zaś Noego jako admirała połączonych flot planety, czy uzyskiwania biegłości w przeklinaniu. Sir Roger de Tournelille okazał się atrakcyjnym bohaterem, wypełniał charakterystyczną obecnością coś na kształt powieści historycznej połączonej z science fiction i ukształtowanej w kształcie kroniki. Brat Parvus jako narrator prowadził po konsekwencjach wylądowania obcej rasy na Ziemi, zderzenia językowego, kulturowego, mentalnego, technologicznego i zbrojnego, oraz po meandrach kosmicznego kolonializmu w wykonaniu Anglików, którym sprzyja chrześcijański bóg, samo bycie Anglikiem i przekonanie, że walczą najlepiej, gdy są przyparci do muru i improwizują.

To nie tylko dowcipna odsłona terytorialnych, religijnych i władczych ambicji angielskiego narodu, ale również średniowiecznego klimatu, stawiania wiary wyżej niż wiedzy, ubóstwiania świętych relikwii nade wszystko, a także biegłości w demonologii, diabelskich zakusach i czarnej magii. Rycerski stan pobijał przestrzenie gwiazd, zaś duchowni pozyskiwali nowych zwolenników dla swojej wiary. Płaskość Ziemi, technologia pojazdów kosmicznych, mapy bez boskich i smoczych ozdobników, nawracanie zbłąkanych dusz Obcych i wiele innych aspektów sympatycznie kręciło się w dowcipnych ujęciach. Od napisania książki minęło niemal dziewięćdziesiąt lat, z pewnymi nowatorskimi elementami, na których bazowała konstrukcja i przekaz, z czasem pokryły się kurzem, ale wciąż potrafiła zaproponować przejażdżkę wersgorskim statkiem, aby spotkać z tym, co nieznane, bawić się w odkrywanie cech własnej cywilizacji i dorobku innych. 

Chętnie podchwyciłam myśl, że rasy, które prawie zaniechały walk na lądzie, zaszły daleko w rozwoju technologii wojennej, i które, na swoje nieszczęście, w pełni zdawały się na zbrojeniowe wynalazki, wykazywały cechy nieprzystosowania do, z ich punktu widzenia, prymitywnych plemion. Jako ludzie nie doszliśmy jeszcze do tego etapu, ale czy za chwilę nie będziemy za bardzo polegać na sztucznej inteligencji, a w ten sposób mimo wzmacniania pewnych składników rozwoju znacząco osłabiać inne ewolucyjne osiągnięcia biologiczne, które okazują się naszą mocną stronę? Może i będziemy mieli dostęp do większej wiedzy, ale czy będziemy potrafili właściwie ją ocenić? Zerknij na wrażenia po spotkaniu z inną książką Poula Andersona, zatytułowaną "Olśnienie", przedstawione na Bookendorfinie.

4.5/6 – warto przeczytać
science fiction, 184 strony, premiera 27.01.2026 (1960), tłumaczenie Jarosław Kotarski
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.

sobota, 14 marca 2026

CHIBINEKO

NIEZWYKŁA RESTAURACJA WSPOMNIEŃ

YUTA TAKAHASHI

"Czas bywa okrutny, spychając wszystko w przeszłość. Jednak potrafi też leczyć rany.”

Po śmierci taty chętniej sięgam po książki pomagające w przeżywaniu ostatecznej straty bliskiej osoby, przypominające, że moje życie toczy się dalej, a odmawiając sobie w nim pełnego udziału, pozbawiam się esencji egzystencji. W „Chibineko” znalazłam potwierdzenie, że zawsze znalazłoby się coś szczególnie istotnego, czego nie udało się powiedzieć zmarłemu, kiedy jeszcze była możliwość dialogu. Dane mi było pożegnać się z tatą, wyznać mu słowa szacunku, uznania, miłości i podziękowań. A jakbym wciąż odczuwała niedosyt przeprowadzonych rozmów i wyrażonych uczuć. Niestety, każde życie musi się kiedyś skończyć, wpisać się w cykl przemijania, zrobić miejsce dla innych egzystencji. Opuszczonym pozostaje nauczyć się żyć dalej bez tego kogoś, kogo stracił. 

Yuta Takahashi przypomniał, że odchodzą nie tylko ludzie, ale również często towarzysząca im tradycja. Świat podlega zmianie, ale jedno jest stałe, każdy umiera, zabiera ze sobą nie dobra materialne, które za życia cieszyły i wpisywały się w rutynę codzienności, a wspomnienia pozostawia w pamięci tych, którzy żyją. Odejście bliskiej osoby to smutek, żal, cierpienie, ale często również wyrzuty sumienia, że nie zrobiło się dla niej dostatecznie dużo, nie doceniło lub nie szanowało tak, jak na to zasłużyła. „Chibineko” przywołuje znaczenie ceremonii i rytuałów podczas godzenia się ze stratą, zakończenia etapu ciężkich chwil, wejścia w nowy rozdział kolekcjonowania zrozumienia, doznań i przeżyć. Restauracja w nadmorskim miasteczku, przygotowująca i serwująca dania ku pamięci, pomagała ożywić wspomnienia o zmarłych, dawała szansę na ostatni kontakt, nawet jeśli w wyobraźni żałobnika, przypominała, że życie jest jedno i trzeba tak wykorzystywać dawane przez niego szanse, aby później niczego nie żałować. Owszem, są rzeczy, których nigdy nie da się cofnąć, ale i one składają się na wrażliwość istnienia, zaś rozstania wpisane są w ludzkie losy, ponieważ każde życie ma swój kres. 

Autor włączył w gamę postaci reprezentantów trzech pokoleń ku przesłaniu, że bez względu na wiek, etap miłości, życiowe doświadczenia, stratę przyjmuje się z bezsilnością, intensywnością i zawiedzeniem. Pomimo bliskości własnych rozmyślań o śmierci, spotkaniu z nią, niemal dotyku jej w realnym świecie, nie poczułam szczególnej więzi z bohaterami powieści, nie do końca okazali się przekonujący, jedynie staruszek wydał mi się prawdziwy. Przeszkadzały powtórzenia opisów, jakbym jako odbiorca nie była w stanie przywołać wcześniejszych wersji lub wyciągnąć właściwe wnioski. Lubię nie tylko odbierać treści, ale też włączać się w dostrajanie, przeżywanie i interpretowanie. Tym niemniej, po „Chibineko” warto było sięgnąć, przypomniało, czym tak naprawdę jest życie, bliskość drugiej osoby, o konieczności życia razem a nie obok siebie, upływie czasu i znikaniu niewykorzystanych szans.

4/6 – warto przeczytać
literatura współczesna, 206 stron, premiera 10.02.2026 (2020)
tłumaczenie Anna Koike-Kamińska
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.

piątek, 13 marca 2026

TA KUREWSKA MIŁOŚĆ

PETR ŠABACH

"Co zrobisz, jak nic nie zrobisz."

Chętnie podchwyciłam kolejną okazję, żeby poczuć szczególny humorystyczny nastrój wprowadzony przez Petr Šabacha do twórczości. Tym razem, nie niewielka powieść, ale trzynaście opowiadań. Obracały się w różnorodnej scenerii, tematyce i czasach. Połączyły je bezpośrednie lub pośrednie nawiązania do potrzeby i form miłości, a w kontraście, różne oblicza samotności. Człowiek, jako zwierzę społeczne, potrzebuje bliskości, zrozumienia i docenienia. Kiedy nie oferują mu tego inni, sam także nie ma o sobie dobrego zdania. Chociaż autor nie uczynił z miłości głównego wątku, a bliżej lub dalej krążył wokół niej, to przebijał się wydźwięk i próba uchwycenia jej istoty. Ulotna, udawana, nieuświadomiona, niezdobyta, szorstka, cierpiętnicza, a nawet ideowa, z pewnością mogła stać się ciężarem życia, pomyłką lub niespełnieniem, a i tak byśmy jej szukali, odkrywali symptomy, podążali za nią, nawet na sercowe zatracenie i stracenie.

Opowiadanie, które nadało tytuł antologii, „Ta kurewska miłość”, tylko pozornie wydawało się zwykłą rozmową między alfonsem o klientem zakochanym w pracownicy burdelu. Jakże wiele zaoferowało materiału do refleksji. Z mocnym dowcipnym osadzeniem pokazywało, czego tak naprawdę boimy się przez całe życie, co nie zmieni się w nas nawet kiedy osiągniemy słuszny wiek. Żartobliwie rozpisane „Złote gody” odnosiły się do rodziny jako specyficznej instytucji, niejako przymuszonych genami relacji, wieloletnim zasiedzeniem w związku, znudzeniem materiału w partnerskim osadzeniu. Wielkie brawa za znakomitą finałową odsłonę. Osobliwe, jak bardzo spodobał mi się „Berek”, fascynująca gra motorniczego z pasażerem, prowadzona w perfekcyjnych regułach i okolicznościach, dychotomicznie ujawniająca jednoczesny smutek i radość, podpowiadająca, do jakiego szaleństwa może doprowadzić graczy iluzja rzeczywistości.

Ubawiłam się przy „Wilii”, wyimaginowanym obrazie dziewczyny w imię miłości do matek, ucieczki od ich utyskiwań o stabilizacji i wnukach, przekazywanym niczym zakaźna choroba rozprzestrzeniająca się wokół kawalerów pozbawionych szansy na szybkie odnalezienie partnerek. Zastanawiające, jak w tak krótkim utworze pisarz udanie zawarł niespełnione pragnienie samotników. Spora dawka humoru pojawiła się „W samo południe”, kiedy jednemu brakuje a drugi otrzymuje z nawiązką, jednak i w tym opowiadaniu obserwowałam tęsknotę za prawdziwą miłością, próbę przyporządkowania jej znaczenia w życiu, dotarcia do istoty miłosnej egzystencji. Rewelacyjne opowiadanie, otwierające antologię, „Księga tysiąca i jednej nocy”, o miłym złodzieju i rezolutnej dziewczynce, zaskakiwało przewrotnością i przebiegłością. Mogłoby być udaną bazą pod ewentualny pełnowymiarowy thriller. W krótkiej formie przebijała się nie niepewność, co do dalszych wydarzeń w scenariuszu, co lekko kpiący i szantażujący humor.

Innym utworami mogącymi być zajawkami pod thriller, to „Klątwa rodu Grussów” i „Opowiadanie w powijakach”. Także „Złodziej jabłek” poprzez znużenie symulacją miłości wysunęło drapieżne pazury. Frapującą formę przybrało zakończenie w „Dżokerze”, z jednej strony niespełnienie, z drugiej spełnienie, prawa ludzkie i natury w konflikcie. Pomysł z wykorzystaniem bezdomności jako tła potrzeby bliskości nadało utworowi szczególny charakter, wsparty powagą tematyki, zaś poprzez opowieść o spotkaniu z dziką bestią wprowadziło komiczne akcenty. W „Duchocie” i „Jeden za wszystkich!” autor zerknął w przeszłość, funkcjonowanie w wielkich osiedlowych przestrzeniach wypełnionych niepilnowanymi przez nikogo dziećmi, partyjną rzeczywistość wspieraną przez wszechobecną propagandę jedynie słusznej ideologii socjalizmu, natomiast w „Chaldzandzach” pokazał drogę ku przyszłości, namiastkę Zachodu, od pierwszej harleyowej jaskółki zapowiadającej powiew zmian. Na Bookendorfinie przybliżyłam: "Podróże konika morskiego", „Babcie”, „Dowód osobisty” i "Masłem do dołu", mnóstwo śmiechu i refleksji.

4.5/6 – warto przeczytać
literatura współczesna, antologia, 170 stron, premiera 03.03.2026 (2023)
tłumaczenie Julia Różewicz
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Afera.

czwartek, 12 marca 2026

ALGORYTM

[PRZEDPREMIEROWO] 

AI-GENT MROCZNE KODY tom 1

W.P. RDZANEK

"Nigdy nie ufać we wszystko, co się widzi.”

Udany debiut, pomimo kilku zastrzeżeń, przekonująco poprowadzony klimat tajnych akcji, służb wywiadowczych, agencyjnych misji i tajemniczych procedur. Ukończyłam cybernetykę ćwierć wieku temu i przez jakiś czas zajmowałam się sieciami neuronowymi, do dziś z zainteresowaniem przyglądam się pracom nad sztuczną inteligencją, z nostalgią i sympatią wkraczam czasami do świata programowania, nawet jeśli krytycznym okiem i w literackim wydaniu. Intryga w „Algorytmie” opierała się na szpiegowskiej grze z wieloma uczestnikami, nietypowym transferem tajnych i newralgicznych danych, zaginięciem kluczowego naukowca. Łączyła koszmar wycieku państwowych tajemnic z orwellowskimi akcentami i fantastycznonaukową aurą filmu o raporcie mniejszości. Zaangażowałam się w śledzenie akcji.

W.P. Rdzanek prezentował przyjazny styl narracji, równowagę między opisami i dialogami, harmonię w łączeniu wątków. Ciekawie zmiksował elementy fabuły, widać było wyraźny pomysł na frapujący scenariusz zdarzeń. Co prawda, kilka incydentów wymykało się realności, sprawiały wrażenie naciąganych, wchodziły w korzystne sploty okoliczności, lecz wciągająco uruchamiały spiralę morderstw, porwań i pomówień. Przykładowo, bohaterowie zbyt szybko nawiązywali familiarne relacje, co podchodziło nieco pod sztuczność, ale miało uzasadnienie z perspektywy podtrzymywania logiki fabuły. Niektóre zachowania Joanny mocno weszły w egzaltację, chociaż rozumiałam ogarniający ją strach i panikę. Nie przekonała pochopność decyzji wypadu poza stolicę, jednak zmianę krajobrazu przyjęłam jako plus. Zdarzyły się drobne powtórzenia, jak wynajmu pomieszczeń na terenie koreańskiej ambasady. Czułam lekki niedosyt mocniejszego rytmu akcji, miała tendencję do spowalniania, ale nie obywało się to w sposób uniemożliwiający pozytywny odbiór przygody czytelniczej. Pierwszy tom zapowiedział wartą uwzględnienia w planach sensację szpiegowską. Chętnie wezmę się za kolejne odsłony trylogii, zwłaszcza jak dalej będzie wkraczała w tematykę AI, bezpośrednich zastosowań i pośrednich konsekwencji.

4.5/6 – warto przeczytać
sensacja, 350 stron, premiera 24.03.2026
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.