Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura współczesna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura współczesna. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 lipca 2026

ŚWIĘTO OGNIA

JAKUB MAŁECKI

„Oczywiście wiem, że to są dosyć odważne marzenia, ale ja się w marzeniach nie zamierzam hamować… Jak marzyć, to na całego.”

Każdy z nas o czymś marzy, pragnie, aby zrealizowały się, ale jakże często zaniedbuje ich spełnienie, czekając aż same to zrobią. A przecież tak naprawdę nie chodzi w nich o satysfakcjonującą finałową odsłonę, dojście do celu, a o drogę ku niej prowadzącą i kształtującą nas wewnętrznie. W tym wszystkim potrzeba więcej niż szczyptę miłości do siebie samego, szacunku wobec pragnień i zrozumienia celu. Wiele w procesie urzeczywistniania marzeń może przeszkadzać, stanowić barierę, blokować wyobraźnię, ale warto trwać w postanowieniach, nadawać im pożądany kształt, wprowadzać w codzienność, nawet jeśli pojawiają się niesprzyjające warunki, okoliczności i ograniczenia. Jeśli w życiu gubimy marzenia, gubimy samych siebie, wyrzekamy się indywidualności, pozostajemy w fałszywej tożsamości. 

„Święto ognia” dobrze mi się czytało, chętnie poddawałam się refleksyjnemu urokowi, czułam moc emocji targających postaciami. Ciekawe wątki krążyły wokół głębokiego osadzenia w rodzinie, próżności, braku miłości, niepełnosprawności, a nawet samobójstwa. Różnorodne spojrzenia na świat, bliskość, miłość, stratę, obowiązek, wolność i siebie samych. Kiedy otworzyłam czytelniczą wyobraźnię i gotowość do odczuwania, książka przyjemnie przylegała do mnie, wzruszała i zastanawiała, uwrażliwiała i wciągała. Nie wszystko zabrzmiało przekonująco, ale zadziwiające, że w tym przypadku zastrzeżenia nie rzutowały znacząco na odbiór przygody czytelniczej. Zerknij na wrażenia po spotkaniu z innymi książkami Jakuba Małeckiego („Rdza”, „Ślady”, „Dygot”), przedstawionymi na Bookendorfinie

(zdjęcie: Biblioteka przy Zielonej)

4.5/6 – warto przeczytać
literatura współczesna, 256 stron, premiera 15.09.2021
Książka wypożyczona z biblioteki w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki.

środa, 22 lipca 2026

SZCZĘŚLIWCY

NADIFA MOHAMED

"O duszo, uciekaj do ojczyzny
i szukaj jej tam, gdzie ją poznałaś”
Ahmed Ismail Hussein (Hudeidi)


Do książki podchodziłam trzy razy. Za pierwszym razem odłożyłam, ponieważ przez pierwsze rozdziały nie nawiązałam nici porozumienia, stwierdziłam zatem, że to nie był dobry czas na spotkanie. Po kilku miesiącach powróciłam do powieści, angażowałam się w szerszym wymiarze, jednak zawirowania w życiu osobistym przerwały na dłuższy czas pasję czytania. Dopiero niedawno, nastąpiło wyciszenie w rodzinnym życiu i nabrałam chęci, aby poczuć „Szczęśliwców”. Zbudowałam pozytywne skojarzenia z lekturą, wyzwoliła sporo emocji i refleksji. 

Mroczna potrafi być natura człowieka, kiedy wchodzi w długi cień rzucany przez własne skazy i braki. Co dopiero, kiedy do głosu dochodzi zbiorowe zachowanie wsparte rasizmem i znieczulicą wobec drugiego człowieka. Szybko wydajemy negatywny osąd o kimś, kto ma przewagę nad nami w odwadze do podejmowania nieszablonowych decyzji i wyruszenia za marzeniami w daleki świat. Co dopiero, kiedy różni się kolorem skóry i pochodzeniem. Często uprzedzamy się do kogoś z błahych powodów, wynikających z niezrozumienia i nieznajomości, rzucamy pomówienia, chociaż nie mamy przekonujących dowodów. Co dopiero, kiedy wydajemy odgórny sąd nad czarnoskórym mężczyzną oskarżonym o brutalne zabójstwo żydowskiej sklepikarki. Współcześnie oburzamy się i potępiamy takie zachowania, ale mamy świadomość, że wciąż się zdarzają. Co dopiero, kiedy działy się w powojennej Anglii, tracącej statut kolonialnego mocarstwa, doświadczającej napływu ludzi różnych nacji, ponad pięćdziesięciu krajów jak w przypadku Tiger Bay, doków w Cardiff w Walii. 

Jakże błyskawicznie doszło do procesu sądowego, morderstwo miało miejsce w marcu tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego roku, a już w kwietniu zapadł wyrok, zaś we wrześniu wykonano wyrok śmierci. Nie zdradzam rozwiązania losu somalijskiego marynarza, gdyż tytuł opiera się na prawdziwych wydarzeniach, wystarczy wyszperać informacje w internecie. Nadifa Mohamed nadała faktom kształt fabularyzowany, wyrażała myśli kluczowych postaci, przybliżała od strony opisów i dialogów, wciągała w osobowość, motywacje i postawy. Koncentrowała się na osobie niewinnie skazanej za morderstwo, jednocześnie ukazywała tło walijskiej rzeczywistości, dominacji białoskórych, lekceważącego podejścia do odmienności. I nie łagodził tego fakt, że Mahmood Mattan ożenił się z białą kobietą i miał z nią trójkę dzieci. Co z tego, że drobny przestępca. Bez porządnych dowodów, prawdziwych zeznań i koniecznej bezstronności nie było mowy o rzeczywistej sprawiedliwości, zaś zasądzona kara śmierci stała się próbą ucięcia tematu, wymazania niewygodnych informacji, wstydliwych intencji i przerażającej znieczulicy. 

Nie da się zaprzeczyć, że niestety wciąż potrzebujemy publikacji przypominających o zwykłym człowieczeństwie, najcenniejszych wartościach w życiu osobistym i zawodowym, którymi powinniśmy kierować się. Za mało powstaje książek obnażających społeczny ostracyzm, patologiczną działalność organów ścigania, wymykającemu się prawu funkcjonowaniu systemu sądownictwa, prowadzonych pod publikę procesów sądowych. Znajdziemy wiele przykładów, kiedy zło rozlewa się po instytucjach i społeczeństwie, kiedy jednostka nie ma szans w starciu z potężnymi siłami stereotypów i wrogości. I to w pozornie cywilizowanym świecie, unormowanym prawnie. Przerażające, że dopiero pół wieku po wydarzeniach unieważniono wyrok, ale nie zwróciło to życia, nie zmniejszyło dramatów, nie wymazało czarnej karty śledztwa i procesu.

4.5/6 - koniecznie przeczytaj
literatura współczesna, 444 strony, premiera 15.11.2023 (2021)
tłumaczenie Agata Kozak
Tekst powstał w ramach współpracy z DużeKa.pl

wtorek, 21 lipca 2026

BIAŁY SZUM

DON DELILLO

"- Trudno mi jest wyobrazić sobie, że ktoś z takimi dochodami może umrzeć.
- Może śmierć, taka, jaką my znamy, dla nich nie istnieje. Po prostu dokumenty zmieniają właścicieli.”


Moje drugie spotkanie z twórczością autora, wcześniej natknęłam się na „Podziemia”, chętnie w nie weszłam i przemierzałam, wyniosłam mocne wrażenia czytelnicze. Teraz miałam okazję zapoznać się z „Białym szumem”, i jeszcze wyżej oceniłam przygodę. Być może oswoiłam się ze stylem pisarza, a może to, że książka napisana ponad czterdzieści lat temu, lekko zestarzała się, lecz wciąż niosła wiele uniwersalnych pierwiastków. Don DeLillo wykazał się zręcznością w dostrzeganiu niekorzystnych symptomów funkcjonowania społeczeństwa w szybko rozwijającej się cywilizacji. Umiejętnie nakreślił tematykę, wiele wyciągnął z potencjału nośnego, bawił się formą narracji i przyciągania uwagi odbiorcy. Sięgnął ze swobodą po absurd, groteskę, ironię i czarny humor. 

Z jednej strony ukazał krzywe zwierciadło amerykańskiej, ale jakże mocno już zasiedlonej także w polskich realiach, konsumpcyjnej rzeczywistości. Zestawił z lękiem przed śmiercią i końcem możliwości brania i czerpania korzyści. Snuł wyolbrzymione dygresje naprowadzające kierunki refleksji i nadające pulchność opowieści, jakby z lekkiej przekory potwierdzenia nadmiarowości informacji w środkach masowego przekazu i literaturze, naukowej maniery naciągania znaczenia i przerysowania. Celnie uwypuklał bolączki współczesnego społeczeństwa. Z drugiej wyzwalał uśmiech czytelnika wiele komunikującym kontrastem, pozornie niepotrzebnym rozciąganiem akcji, nieoczywistymi dialogami, podszytymi wyjątkową mądrością młodego pokolenia, uważnego, nazbyt poważnego i krytycznego. Chaos i miałkość informacyjna, pospieszna codzienność, zachwianie piramidą wartości, dewaluacja jakości rodzinnego spędzania czasu, supermarkety jako epicentrum życia, kościół uwalniający zrzucanie odpowiedzialności za samodzielne myślenie, farmakologia mająca rozwiązania na wszelkie bolączki, nawet wyimaginowane i spiskowe. I oczywiście, nowe technologie i kultura masowa, otumaniające zbiorowości, odciągające od tego, co naprawdę ważne, wprowadzające na podium parodie intelektualne. 

Każda cywilizacja wkomponowuje się w krąg cyklu życia, powstaje, rozwija się i upada. Jak wiele lub niewiele brakuje współczesnej zachodniej, aby dotrzeć do końca egzystencji? Czy z bliskości finiszu rodzi się lęk przed śmiercią intelektu populacji i śmiercią jednostki? Z wielu perspektyw mogłam spojrzeć na powieść, wtopić się we wszechobecny biały szum, zajrzeć w nowe wyzwania życia rodzinnego, wejść w obszar ekologicznej katastrofy, odczuć negatywne konsekwencje rozwoju postępu i siły nabywczej pieniądza, na trwałe zmieniające oblicze społeczeństwa, formujące pragnienia posiadania i użytkowania, pozbawiające kontroli nad życiem. Zamiast na zagadywaniu rzeczywistości, powinniśmy skupić się na uważności postrzegania. Nic zatem dziwnego, że dużym zainteresowaniem cieszą się treningi świadomego kierowania uwagi na bieżącą chwilę, tak aby nie przeoczyć esencji życia, bycia tu i teraz.

5/6 - koniecznie przeczytaj
literatura współczesna, 380 stron, premiera 15.11.2023 (1984)
tłumaczenie Radosław Zubek
Tekst powstał w ramach współpracy z DużeKa.pl

wtorek, 24 marca 2026

ISOLA

[PRZEDPREMIEROWO]

ALLEGRA GOODMAN

"Wszystko, czego pożądamy, ma swoją cenę. A wszystko, co posiadamy, kiedyś zniknie.”

Sympatyczne czytelnicze odczucie, kiedy zaglądasz na chwilę do książki, aby wyczuć, jaka będzie czekać cię przygoda, a po chwili okazuje się, że nie możesz się oderwać, czytasz rozdział za rozdziałem wiedziona ciekawością, jak potoczy się fabuła, uwiedziona wyjątkowo sugestywnie odmalowanym klimatem, przeżywająca razem z główną bohaterką przeznaczony jej los, i nawet nie wiesz kiedy docierasz do końca powieści, i żałujesz, że to już koniec. Nie gloryfikuję „Isoli”, niekiedy prowadzi prostą i przewidywalną ścieżką, jednak imponuje intensywność podróży, zarówno zaplecionej w scenariuszu zdarzeń, jak i toczącej się w duszy Marguerite. Szczere poznawanie siebie, bolesne odkrywanie prawdy o sobie, intymne zaglądanie w myśli i emocje to ogromne wyzwanie, zwłaszcza przy ekstremalnie zmiennych wiatrach życia, od bogactwa do biedy, od wyczekiwania do aktywności, od nadziei do straty, od przetrwania do walki. 

Czuję ogrom emocji postaci w doświadczaniu poszczególnych etapów egzystencji. Dotykam beztroskich lat, okresu niepokoju, próby przetrwania, aby po wyspie wątpliwości dotrzeć do przystani pewności siebie, poczucia własnej wartości i wiary w swoje siły. Zdumiewa ciężar niesionych trosk, krzywd i rozpaczy. Buduje podsycany płomień nadziei, czułości i determinacji. „Isola” przypomina czytelnikowi, że nawet wkraczając do dzikiej krainy, bezkresnego pustkowia, odciętej od świata wyspy, człowiek i tak zabiera sam siebie, czy tego chce, czy nie, zmuszony jest rozgryźć swoje myśli, przetestować własną tożsamość, dotrzeć do źródeł tego, co go definiuje, pomóc sobie w bitwie o niezależność i wolność. Unikana samotność i niepożądana alienacja, wbrew przypuszczeniom i obawom, mogą stać się narzędziem do wykształcenia umiejętności wdzięczności, prawdziwego dostrzegania szczegółów świata, zrozumienia istoty życia. Jakich silnych i dramatycznych przeżyć potrzeba, aby wychodząc od ufności i niewinności, poprzez krzywdę i okrucieństwo, dotrzeć do potwierdzenia wartości i cenności osobistej walki? 

Akcja historii rozgrywa się między tysiąc pięćset trzydziestym pierwszym rokiem a czterdziestym czwartym. Składają się na nią: Perigord, La Rochelle, na morzu, na wyspie, i znów na morzu, a w finale dopełnienie cyklu przeznaczenia. Nawet kiedy ktoś, wbrew naszej woli, kieruje naszym życiem, warto wypatrywać szans samodzielnego chwytania za ster. Jeśli nie wypełnia funkcji naszego obrońcy, sami musimy się nim stać. Podoba mi się, że Allegra Goodman sięga po prawdziwą historię z szesnastego wieku, dociera do wszelkich wzmianek na jej temat, aby pomysłowo, z wyczuciem i sugestywnie przedstawić ją bez tracenia ducha dawnej epoki, tworząc pomost do współczesnego ujęcia walki o prawa kobiet do samostanowienia. Jak wiele na mapie społecznych wzorców wysp z porzuconymi mentalnie kobietami, jak wiele kobiet zmuszonych jest do trwania w samotności, i jak wiele z nich walczy o swoje, traktując skrawek ziemi jak przystań, a samotność jako schronienie? Czyż nie jesteśmy wyspami w oceanie ludzkich prądów?

4.5/6 - warto przeczytać
literatura współczesna, powieść historyczna, 518 stron, premiera 25.03.2026 (2025)
tłumaczenie Monika Popławska
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

czwartek, 19 marca 2026

SIEDEM KSIĘŻYCÓW MAALEGO ALMEIDY

SHEHAN KARUNATILAKA

„Wmawiają wam, że niesprawiedliwość to część jakiegoś wielkiego planu. I to nie pozwala wam się zbuntować.”

Ciekawa przygoda czytelnicza, oryginalna i nieszablonowa, powiew nowego pomysłu na fabułę, znakomitego żonglowania scenariuszem zdarzeń, zabawą i skłanianiem do refleksji. Wrażenie jednoczesnego wejścia w najnowszą wojenną historię Sri Lanki i w świat fantastyki, szalenie pokręcony, wymykający się opisowi, zasiedlony przez duchowe byty w różnych stadiach świadomości. Kolombo z szeroką paletą odmiennych barw, korupcja przenikająca każde środowisko, siły rządowe kontra tamilscy separatyści. Dziesiątki tysięcy zabitych w ostrzale i nalotach, setki zamachów terrorystycznych, tuszowanie śledztw. Już na wstępie książki wiadomo było, że Maali Almeida umarł. Niesamowite wrażenie, kiedy obserwowało się to, co działo się z jego ciałem. Mężczyzna wiedział, że jego egzystencja zakończyła się poprzez morderstwo, ale nie znał tożsamości zabójcy. Dostał siedem księżyców, aby dowiedzieć się, co kryło się za odejściem w osobliwą sferę zaświatów i jaka była prawdziwa tożsamość mordercy. Jako fotograf wojenny naraził się różnym politycznym siłom, jako narrator zraził do siebie terrorystów, jako hazardzista przekroczył linię ryzyka. A i rodzinne relacje wzbudzały podejrzenia.

Shehan Karunatilaka zdecydował się na prowadzenie narracji w drugiej osobie liczby pojedynczej. Zabieg korespondował z koncepcją i klimatem powieści. Stał się delikatną formą sugerowania końca czegoś, a jednak wciąż trwania w czymś. Czas na rozwiązanie zagadki kryminalnej, rozliczeń z dokonań w życiu, ocenę sposobu traktowania innych, z każdym księżycem kurczył się, a mnogość aktorów na scenie życia imponowała. Każda osoba warta była uwagi, interpretacji, podjęcia prób zrozumienia i ewentualnego wykluczenia z zabójstwa. Długie cienie kładły się na odtwarzanych obrazach i śledzonych zachowaniach. Mitologiczny rys oprowadzał po istotach z piekieł i pożeraczach dusz. Spotkania ze zmarłymi przybliżały do odkrycia prawdy. Rozmowy z ateistą, prawniczką, rewolucjonistą, lekarką, ochroniarzem, kapłanem, samobójcą, wiele wnosiły, ale też rozpraszały w odnajdywaniu ścieżki prowadzającej do prawdy. Pojawiające się osoby ze zdjęć wykonanych przez Almeidę nadawały osobliwy charakter opowieści. Przypominały o sobie, przywoływały wspomnienia, dopominały się uwagi. I jeszcze jezioro, skrywające świadectwa zbrodni. Czasem do akcji wkraczał mistyczny rys, często coś na kształt snu, nieuchwytność przeszłości, bolesne doświadczenia domowej wojny i niewyobrażalnej przemocy. „Siedem księżyców Maalego Almeidy” nie jest propozycją czytelniczą dla każdego. Warto poświęcić więcej czasu na poznawanie powieści, tak aby odkrywać ją w kolejnych odsłonach. Wówczas bardziej angażuje i wciąga, zachęca do podtrzymania znajomości, daje wgląd w zwykłego człowieka i społeczeństwo Sri Lanki.

4.5/6 - warto przeczytać
literatura współczesna, 472 strony, premiera 25.10.2023 (2022), tłumaczenie Mariusz Gądek
Tekst powstał w ramach współpracy z DużeKa.pl

środa, 18 marca 2026

TOM LAKE

ANN PATCHETT

„To było tak, jakbym była liściem w rzece. Wpadłam do niej i mnie poniosła.”

Kolejny raz potwierdza się, że książki napisane przez Ann Patchett szalenie mi pasują, są szyte na miarę mojej czytelniczej wrażliwości, refleksyjnych potrzeb i pięknych obrazów. Wprowadzają w wyjątkowy nastrój, nostalgiczny, melancholijny, romantyczny, a nawet liryczny ze szczyptą łagodnej magiczności. Często prezentują styczne powiązane z realnym życiem, losami i emocjami bohaterów zbliżonymi do moich. „Belcanto”, „Dom Holendrów”, a teraz także „Tom Lake” imponują pod wieloma względami. Autorka potrafi wspaniale łączyć to, co na pierwszy rzut oka wydaje się zwykłe i naturalne, z tym, co po bliższym wglądzie nabiera cech wyjątkowości i ponadczasowości, dopełnia się wzajemnie i tworzy coś ponad, niezwykłego i potężnego w wydźwięku. Cudownie łączy literaturę z innym gałęziami sztuki, a w przypadku „Toma Lake”, szeroko rozumianą sztuką sadownictwa przeplatająca się ze sztuką teatralną. Niemal fizycznie dotykam czereśniowych drzew, zbieram owoce, nasycam zapachem przyrody.

Autorka z ogromnym wyczuciem, wysoką estetyką, doskonałą równowagą, przecina linie życia kilku osób w dramatycznym wydarzeniu. Subtelnie i łagodnie dotyka człowieczeństwa, pulsu egzystencji, pozornie zwykłych i skrajnych emocji. Zanurza w przeszłość kobiety, fragment po fragmencie ukazuje przebieg tego, co doprowadziło do obecnej sytuacji. Z zaangażowaniem słucha się opowieści, przeplatanej z teraźniejszością, spogląda na wszystko z perspektywy czasu. Obecność trzech córek nadaje szczególny wymiar historii. Pojawia się wiele motywów wychowawczych, nauki życia, dzielenia się doświadczeniami, ale również spojrzenia na małżeństwo. Odkrywane są nie tyle tajemnice, co niewiadome sympatycznie przyciągające. Widać jak bardzo różni się sceniczna obecność od faktycznej gry w życiu. Kiedy rzeczywistość skojarzona jest z czereśniami i jabłoniami, brzoskwiniami i gruszami, słodkie smaki mieszają się z cierpkimi, ale i tak do głosu dochodzą ciepłe kolory. Czy pierwsza miłość pozostaje w sercu na zawsze? Jak zmieniamy definicję miłości w miarę upływu lat? Dokąd zabierają nas na ścieżce życia popełnione błędy i niewykorzystane szanse? W jakim stopniu stają się cennymi lekcjami prowadzącymi do dowiedzenia się, kim jesteśmy, do czego dążymy, jakie mamy marzenia, czy dajemy im rozwinąć skrzydła? I zastanawiająca myśl, jak wiele z naszych opowieści o sobie wyciągają młodsze pokolenia? Jak wiele jest wariantów określania własnej tożsamości?

5.5/6 - koniecznie przeczytaj
literatura współczesna, 334 strony, premiera 22.11.2023, tłumaczenie Anna Gralak
Tekst powstał w ramach współpracy z DużeKa.pl

wtorek, 17 marca 2026

WINDA SCHINDLERA

DARKO CVIJETIĆ

„W Czerwonym wieżowcu śmierć zawsze dobrze się czuła i nigdy nie odeszła bez wiana. Wokół wieżowca zabijano i tańczono koło, wiele się działo, wiele dzieci zostało poczętych, wielu zmarłych wywożono dużą windą.”

Książka liczy zaledwie osiemdziesiąt stron, ale jak wiele w niej treści, którą poznaje się z wielkim zaangażowaniem i mocno przeżywa. Coś na kształt wycinkowych opowieści, podporządkowanych klimatowi wojny domowej, przywołujących splot różnych losów ludzkich. Wielkie blokowisko, Czerwony Wieżowiec w Prijedorze i jego sąsiad Błękitny Wieżowiec. Na każdym piętrze osiem mieszkań i indywidualne historie. Lata wprowadzania się, organizowania zwykłej codzienności, nawiązywania sąsiedzkich relacji, dziecięcych zabaw w windzie, w zakamarkach korytarzy, a nawet na dachowym poziomie. Wspólna dla wszystkich rutyna codzienności. Wychodzenia do pracy, chowania się w czterech ścianach, komunikowania się na balkonach, poznawania się w windach. Głośne dziecięce zabawy w piaskownicy, spotkania dorosłych na ławeczkach. A później w ten świat wkracza wojna domowa, nacjonalistyczne umocnienia, religijne uprzedzenia, nieustanne strzały, bezprawne egzekucje, wredne donoszenia, perfidne zdrady i nieludzkie zemsty. Narzędzie zabawy staje się bronią, bezpieczne azyle pułapką, indywidualne winy zbiorową odpowiedzialnością.

Przygodę z „Windą Schindlera” rozpoczynamy od przejmującego opisu losów rodziny, ogrodu i jabłonki Taiba, jakże obrazowego i przemawiającego do wyobraźni, szalenie symbolicznego i niesamowicie parabolicznego. Później podążamy szlakiem opowieści o wybranych mieszkańcach drapacza numer sto jeden. Poznajemy różnorodne okoliczności losów cyrkowego artysty, inżyniera z pobliskiej kopalni, młodej aktorki, znanego piłkarza, ekonomisty, studenta prawa, majstra od wind, człowieka obsługującego spychacza i wielu innych. Mieszanka pochodzenia, przynależności, wykształcenia, zawodów i tradycji. I coraz głośniej rozbrzmiewające głosy śmiercionośnych zdarzeń, obozów internowania, zbrodni wojennych, masowych grobów, nieusprawiedliwionego wymierzania sprawiedliwości, cierpienia, bólu i krzywd. Braterstwo zmienia się we wrogość, jedność w skrajny nacjonalizm, bliskość w separację. Wojna zmienia ludzi, wyzbywa z odruchów zahamowań, zwalnia od odpowiedzialności za czyny, wyzwala to, co w człowieku najgorsze. A im większa zmiksowana zbiorowość ludzka, tym więcej konfliktów. Boszniacy, Chorwaci, Serbowie i inne nacje w kotle galopującej nienawiści i bezsensownych zbrodni. Książka warta uwzględnienia w planach czytelniczych, przejmujące świadectwo indywidualnych losów, bolesnej historii, która nigdy nie powinna przybrać wojennego obrotu.

5/6 - koniecznie przeczytaj
literatura współczesna, 80 stron, premiera 24.04.2024 (2018), tłumaczenie Dorota Jovanka Ćirlić
Tekst powstał w ramach współpracy z DużeKa.pl

poniedziałek, 16 marca 2026

WIDOKÓWKI

PAWEŁ KASPROWICZ

"Szukam miejsc, gdzie krzyżują się piękno i metafizyka, tajemnica i niepokój, poezja i harmonia… proces poszukiwań nie ma końca...”

Już po kilku stronach książki miałam wrażenie, że czytałam coś w rodzaju pamiętnika znalezionego na strychu lub w szufladzie. Ponieważ pozwolono mi do niego zajrzeć, z zainteresowaniem zaczęłam wczytywać się w treść, niespiesznie podążać tropem wskazówek i chwytać postrzeganie świata autora. Czułam, że wkraczam w wyjątkowo barwny intymny świat myśli, spostrzeżeń i wspomnień. Każdy z zapisków mogłam potraktować jako osobny fragment, a jednak tworzący całość przeplatającymi się znamionami i śladami duszy. Uderzyła wrażliwość na otaczający świat, dostrzeganie mocy biologicznego zegara, podległość porom roku, miesiącom i pogodzie, świadomość funkcjonowania w rytmie natury. Sugestywne opisy przyrody w ujęciu miesięcy i pór roku przebijały się przez różne aspekty życia.

Podobało mi się podkreślanie życia tu i teraz, z maksymalnym wykorzystaniem zmysłów, uważnej obserwacji, doświadczania małych cudów, poszukiwania wzoru i sensu egzystencji. Celebracja życia w detalach, jednocześnie czekanie na to, co przyjdzie, co sami przywołamy. Zgadzałam się z uważaniem początku i końca jak wymienników w procesie interpretacji. Wyrażaniem szacunku wobec przeszłości, nawet jeśli kojarzonej ze stratą i smutkiem, pustką i brakiem, odejściem i zniknięciem. Wspomnieniami jako żywymi obrazami nieustannie wirującej pamięci, podlegającymi metamorfozie, myślącymi tragediami, budzącymi zagniewane sumienie, rozmywającymi poczucie czasu, przywołującymi sentyment, wprowadzającymi w nostalgię, nawiązującymi do marzeń i tęsknot. I warunek, że dokądkolwiek idę, wszędzie zabieram siebie samą, to cudny warunek egzystencji. Świadomość obecności tu i teraz może zostać zakłócona demencją i alzheimerem, zatem od razu powstało pytanie, jak mierzyć się z nieobecnością w obecności? Z przyjemnością przyjęłam delikatnie przemycane klimaty zmysłowej kobiecości, pozostawiające ślady w pamięci, będące spinaczem wspomnień, przywołujące radość z patrzenia i dotyku.

Potrzebowałam dwóch chwil, aby przestawić się na styl pisania Pawła Kasprowicza, aby zbiór luźnych myśli stał się czymś więcej niż zapiskami, przekonał do własnej perspektywy, a zatem i widokówek na planie scenerii życia. Różnorodność ekspresji, precyzji i sformułowań wymagała odpowiedniego nastawienia się na kształt narracji, niczym dokładne wybranie stacji nadawczej, dostrojenie się do osobistych myśli i przemycenie siebie w narzuconym klimacie. Długie zdania odbierałam jako zabawę w tworzenie strumieni słów, z przemyśleniami i przesłaniami. Autor proponował czytelnikowi także smak ciszy, delikatnie wibrujące dźwięki pojedynczych wyrazów, samotne symbole przemawiające do wyobraźni. Spotkanie z książką zaliczam do udanych, pozyskałam ciekawą treść, w którą wciągnęłam się i mogłam pomyśleć z perspektywy własnych odczuć i opinii. Nie wszystkie teksty przemówiły, kilka nie zgrało się z moim zrozumieniem i postrzeganiem rzeczywistości, ale większość pokryła się z nabytymi w ramach doświadczeń życiowych spostrzeżeniami i emocjami.

4/6 – warto przeczytać
literatura współczesna, 132 strony, premiera 19.08.2025
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Autorowi.

sobota, 14 marca 2026

CHIBINEKO

NIEZWYKŁA RESTAURACJA WSPOMNIEŃ

YUTA TAKAHASHI

"Czas bywa okrutny, spychając wszystko w przeszłość. Jednak potrafi też leczyć rany.”

Po śmierci taty chętniej sięgam po książki pomagające w przeżywaniu ostatecznej straty bliskiej osoby, przypominające, że moje życie toczy się dalej, a odmawiając sobie w nim pełnego udziału, pozbawiam się esencji egzystencji. W „Chibineko” znalazłam potwierdzenie, że zawsze znalazłoby się coś szczególnie istotnego, czego nie udało się powiedzieć zmarłemu, kiedy jeszcze była możliwość dialogu. Dane mi było pożegnać się z tatą, wyznać mu słowa szacunku, uznania, miłości i podziękowań. A jakbym wciąż odczuwała niedosyt przeprowadzonych rozmów i wyrażonych uczuć. Niestety, każde życie musi się kiedyś skończyć, wpisać się w cykl przemijania, zrobić miejsce dla innych egzystencji. Opuszczonym pozostaje nauczyć się żyć dalej bez tego kogoś, kogo stracił. 

Yuta Takahashi przypomniał, że odchodzą nie tylko ludzie, ale również często towarzysząca im tradycja. Świat podlega zmianie, ale jedno jest stałe, każdy umiera, zabiera ze sobą nie dobra materialne, które za życia cieszyły i wpisywały się w rutynę codzienności, a wspomnienia pozostawia w pamięci tych, którzy żyją. Odejście bliskiej osoby to smutek, żal, cierpienie, ale często również wyrzuty sumienia, że nie zrobiło się dla niej dostatecznie dużo, nie doceniło lub nie szanowało tak, jak na to zasłużyła. „Chibineko” przywołuje znaczenie ceremonii i rytuałów podczas godzenia się ze stratą, zakończenia etapu ciężkich chwil, wejścia w nowy rozdział kolekcjonowania zrozumienia, doznań i przeżyć. Restauracja w nadmorskim miasteczku, przygotowująca i serwująca dania ku pamięci, pomagała ożywić wspomnienia o zmarłych, dawała szansę na ostatni kontakt, nawet jeśli w wyobraźni żałobnika, przypominała, że życie jest jedno i trzeba tak wykorzystywać dawane przez niego szanse, aby później niczego nie żałować. Owszem, są rzeczy, których nigdy nie da się cofnąć, ale i one składają się na wrażliwość istnienia, zaś rozstania wpisane są w ludzkie losy, ponieważ każde życie ma swój kres. 

Autor włączył w gamę postaci reprezentantów trzech pokoleń ku przesłaniu, że bez względu na wiek, etap miłości, życiowe doświadczenia, stratę przyjmuje się z bezsilnością, intensywnością i zawiedzeniem. Pomimo bliskości własnych rozmyślań o śmierci, spotkaniu z nią, niemal dotyku jej w realnym świecie, nie poczułam szczególnej więzi z bohaterami powieści, nie do końca okazali się przekonujący, jedynie staruszek wydał mi się prawdziwy. Przeszkadzały powtórzenia opisów, jakbym jako odbiorca nie była w stanie przywołać wcześniejszych wersji lub wyciągnąć właściwe wnioski. Lubię nie tylko odbierać treści, ale też włączać się w dostrajanie, przeżywanie i interpretowanie. Tym niemniej, po „Chibineko” warto było sięgnąć, przypomniało, czym tak naprawdę jest życie, bliskość drugiej osoby, o konieczności życia razem a nie obok siebie, upływie czasu i znikaniu niewykorzystanych szans.

4/6 – warto przeczytać
literatura współczesna, 206 stron, premiera 10.02.2026 (2020)
tłumaczenie Anna Koike-Kamińska
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.

piątek, 13 marca 2026

TA KUREWSKA MIŁOŚĆ

PETR ŠABACH

"Co zrobisz, jak nic nie zrobisz."

Chętnie podchwyciłam kolejną okazję, żeby poczuć szczególny humorystyczny nastrój wprowadzony przez Petr Šabacha do twórczości. Tym razem, nie niewielka powieść, ale trzynaście opowiadań. Obracały się w różnorodnej scenerii, tematyce i czasach. Połączyły je bezpośrednie lub pośrednie nawiązania do potrzeby i form miłości, a w kontraście, różne oblicza samotności. Człowiek, jako zwierzę społeczne, potrzebuje bliskości, zrozumienia i docenienia. Kiedy nie oferują mu tego inni, sam także nie ma o sobie dobrego zdania. Chociaż autor nie uczynił z miłości głównego wątku, a bliżej lub dalej krążył wokół niej, to przebijał się wydźwięk i próba uchwycenia jej istoty. Ulotna, udawana, nieuświadomiona, niezdobyta, szorstka, cierpiętnicza, a nawet ideowa, z pewnością mogła stać się ciężarem życia, pomyłką lub niespełnieniem, a i tak byśmy jej szukali, odkrywali symptomy, podążali za nią, nawet na sercowe zatracenie i stracenie.

Opowiadanie, które nadało tytuł antologii, „Ta kurewska miłość”, tylko pozornie wydawało się zwykłą rozmową między alfonsem o klientem zakochanym w pracownicy burdelu. Jakże wiele zaoferowało materiału do refleksji. Z mocnym dowcipnym osadzeniem pokazywało, czego tak naprawdę boimy się przez całe życie, co nie zmieni się w nas nawet kiedy osiągniemy słuszny wiek. Żartobliwie rozpisane „Złote gody” odnosiły się do rodziny jako specyficznej instytucji, niejako przymuszonych genami relacji, wieloletnim zasiedzeniem w związku, znudzeniem materiału w partnerskim osadzeniu. Wielkie brawa za znakomitą finałową odsłonę. Osobliwe, jak bardzo spodobał mi się „Berek”, fascynująca gra motorniczego z pasażerem, prowadzona w perfekcyjnych regułach i okolicznościach, dychotomicznie ujawniająca jednoczesny smutek i radość, podpowiadająca, do jakiego szaleństwa może doprowadzić graczy iluzja rzeczywistości.

Ubawiłam się przy „Wilii”, wyimaginowanym obrazie dziewczyny w imię miłości do matek, ucieczki od ich utyskiwań o stabilizacji i wnukach, przekazywanym niczym zakaźna choroba rozprzestrzeniająca się wokół kawalerów pozbawionych szansy na szybkie odnalezienie partnerek. Zastanawiające, jak w tak krótkim utworze pisarz udanie zawarł niespełnione pragnienie samotników. Spora dawka humoru pojawiła się „W samo południe”, kiedy jednemu brakuje a drugi otrzymuje z nawiązką, jednak i w tym opowiadaniu obserwowałam tęsknotę za prawdziwą miłością, próbę przyporządkowania jej znaczenia w życiu, dotarcia do istoty miłosnej egzystencji. Rewelacyjne opowiadanie, otwierające antologię, „Księga tysiąca i jednej nocy”, o miłym złodzieju i rezolutnej dziewczynce, zaskakiwało przewrotnością i przebiegłością. Mogłoby być udaną bazą pod ewentualny pełnowymiarowy thriller. W krótkiej formie przebijała się nie niepewność, co do dalszych wydarzeń w scenariuszu, co lekko kpiący i szantażujący humor.

Innym utworami mogącymi być zajawkami pod thriller, to „Klątwa rodu Grussów” i „Opowiadanie w powijakach”. Także „Złodziej jabłek” poprzez znużenie symulacją miłości wysunęło drapieżne pazury. Frapującą formę przybrało zakończenie w „Dżokerze”, z jednej strony niespełnienie, z drugiej spełnienie, prawa ludzkie i natury w konflikcie. Pomysł z wykorzystaniem bezdomności jako tła potrzeby bliskości nadało utworowi szczególny charakter, wsparty powagą tematyki, zaś poprzez opowieść o spotkaniu z dziką bestią wprowadziło komiczne akcenty. W „Duchocie” i „Jeden za wszystkich!” autor zerknął w przeszłość, funkcjonowanie w wielkich osiedlowych przestrzeniach wypełnionych niepilnowanymi przez nikogo dziećmi, partyjną rzeczywistość wspieraną przez wszechobecną propagandę jedynie słusznej ideologii socjalizmu, natomiast w „Chaldzandzach” pokazał drogę ku przyszłości, namiastkę Zachodu, od pierwszej harleyowej jaskółki zapowiadającej powiew zmian. Na Bookendorfinie przybliżyłam: "Podróże konika morskiego", „Babcie”, „Dowód osobisty” i "Masłem do dołu", mnóstwo śmiechu i refleksji.

4.5/6 – warto przeczytać
literatura współczesna, antologia, 170 stron, premiera 03.03.2026 (2023)
tłumaczenie Julia Różewicz
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Afera.

środa, 4 marca 2026

POWOLNOŚĆ

MILAN KUNDERA

"Szybkość jest formą ekstazy, którą rewolucja techniczna złożyła człowiekowi w darze.”

Sto trzydzieści stron interesującej przygody czytelniczej, zachęcającej do refleksji, z filozoficznymi odniesieniami, ciekawymi dygresjami i znakomicie rozpisanymi dialogami. Milan Kundera zachęcająco pcha czytelnika ku powolnemu delektowaniu się zawartością, żeby podchwycił koncepcję, wydźwięk, wyraz i obraz. Bez pośpiechu analizował fabułę, w skupieniu i z cierpliwością. Test dla odbiorcy, czy we współczesnym świecie z dominantą presji czasu i pogoni za nim, potrafi z uwagą odkrywać cenne przesłania i ironiczne wstawki. Wciągająca i zajmująca gra, różny klimatycznie i rytmicznie taniec, jawna i ukryta prowokacja. 

Rzeczywistość przeplata się z surrealnymi odniesieniami, grzeczność wykluczona zostaje przez frustrację, zaś poprawność językowa ustępuje miejsca sprośności. Momentami bez owijania w bawełnę i bezpośrednio, kiedy indziej zmysłowo i finezyjnie. Kontrast na kilku płaszczyznach, w klimacie, wątkach, miłości, nauce, rozmowie i twórczości. Siedemnastowieczny libertynizm i dwudziestowieczne odbicie obyczajowe i intelektualne. Wspólny punkt przeplatających się wątków to stare zamczysko, świadek miłosnych uniesień hrabiny z kochankiem, uczestnik kongresu entomologicznego, miejsce przystanku podróżniczego autora z żona. Zastanów się, wolisz uczucie podążania za spełnieniem, czy samo spełnienie? Preferujesz powolne tempo życia z intensywnymi doznaniami, czy pospieszne i pobieżne relacje ze światem? Uznajesz przyjemność, rozkosz i szczęście za nadrzędny cel życia, czy aprobujesz szczyptę cierpienia jako przyprawę życia? Rozumiesz tajemną więź między powolnością a pamięcią, między szybkością a zapomnieniem? Zerknij na wrażenia po spotkaniu z inną książką Kundery, zaprezentowaną na Bookendorfinie, zatytułowaną "Kubuś i jego Pan".

4/6 – warto przeczytać
literatura współczesna, 128 stron, premiera 10.04.2025 (1993), tłumaczenie Marek Bieńczyk
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

poniedziałek, 2 marca 2026

PTASIEK

WILLIAM WHARTON

"Udawałem, że jestem ptakiem. Teraz udaję, że jestem sobą. To też nie jest cała prawda. Nie wiem, kim naprawdę jestem...”

Stopniowo nadrabiam zaległości z tytułów, które powinnam znać a jakoś nie trafiłam na nie wcześniej. Jedną z książek, o której myślałam od bardzo dawna, był „Ptasiek” Williama Whartona. Po spotkaniu z nim stwierdziłam, że bardzo dobrze się złożyło, że dopiero teraz po niego sięgnęłam. Nie miałam przekonania, że doceniłabym go, a przynajmniej nie odniosłabym wielkiej korzyści z refleksyjnej strony, jaką zaoferował. Podobał mi się nieszablonowy pomysł na fabułę, w wielu odsłonach osobliwy i dziwaczny, ale jakże atrakcyjny i wciągający. 

Dwustronny nurt narracji sprawiał, że powieść zyskała cechy komplementarności i szczególnego spoiwa w postaci rzutu oka na skomplikowaną naturę człowieka. Młodzi chłopcy, później młodzi mężczyźni, z innym mentalnie startem w życie, z przyjacielskim stykiem losów, doprowadzeni do różnych okaleczeń, fizycznych i psychicznych. Wydarzenia i wspomnienia mieszały się czasowo i osobowo. Autor rewelacyjnie zaglądał w dusze postaci, odsłaniał myśli, ujawniał spostrzeżenia, odkrywał prawdę o ludziach. Pozornie zwykła rzeczywistość potrafiła głęboko zranić, wbić w szaleństwo i oderwać od rzeczywistości. Symboliczny wybór ptaka na postać ludzkiej egzystencji. Lot jako wolność osobista, klatka izolacja społeczna. Jakże trudno podołać nagromadzonemu życiowemu doświadczeniu z elementami porażki i zniechęcenia. Rozwiązaniem ucieczka do świata wyobraźni i sennych przeżyć. Kiedy za długo się w nim siedzi, powrót bywa niemożliwy.

I wojna, z dramatyzmem i wyniszczeniem, zasłaniająca prawdę, aby nie analizować, oddalająca się od szczerości, aby znieść to, czego się doświadczyło. Świadomość, że nie miało się żadnego wpływu na własne życie, ster szybko oddało się innym, zostało zmuszonym do posłuszeństwa i wykonywania rozkazów, wypełniania misji i, jeśli to konieczne, oddawania życia. Rany z czasem goją się, blizny pozostają na zawsze. Powieść niezwykle sugestywna, napisana z wrażliwością, odwołująca się do silnych emocji, z szacunkiem i w barwnej odsłonie. W „Pasieku” namacalnie czułam ideę przyjaźni i oddania, silnego przywiązania, nawet przy zerwanej na jakiś czas nici relacji. Dopracowana pod każdym względem, zdecydowanie warto uwzględnić ją w planach czytelniczych. Są ślady ptasich lotów w niebie. I nic więcej; coś było, coś odeszło, pozostało coś.

5.5/6 - koniecznie przeczytaj
literatura współczesna, 352 strony, premiera 28.10.2025 (1978), tłumaczenie Jolanta Kozak
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.

sobota, 28 lutego 2026

JEDZ, MÓDL SIĘ, KOCHAJ

ELIZABETH GILBERT

"Mów prawdę, mów prawdę, mów prawdę.” Sheryl Louise Moller

Elizabeth Gilbert w niesamowitym stylu uwiodła mnie „Botaniką duszy”, zapewniła intelektualne i emocjonalne przeżycie na najwyższym poziomie, nie mogłam oderwać się od książki, pokochałam jej klimat i doceniłam cudowne opisy rozpalające wyobraźnię. Przeniosła w cudowny świat, z którym za nic nie chciałam się rozstać. Dlatego z ogromnym zainteresowaniem sięgnęłam po inną powieść autorki, oczekując podobnych wrażeń czytelniczych. 

„Jedz, módl się, kochaj” wprawiło w konsternację, zaskoczyło odsłoną spowitą w czytelnicze znużenie, monotonność relacji, której nie ożywiły zmiany miejsc i nici humoru. Wiedziałam, że nie chodziło w niej o poznawanie Włoch, Indii i Indonezji, a wewnętrzną podróż, lecz nie dostałam tego, na co liczyłam. Wydawało mi się, że pisarka obdarzona wyjątkowo lekkim i przyjaznym stylem pisania, umiejętnością sugestywnego przybliżania świata i ludzi, odsłoni barwność i atrakcyjność własnego ja. Nie przekonała osobowość Gilbert, jedzenie, modlitwa i miłość, mocno ograniczone w odbiorze i niedostrzegające inne walory. Skupianie się na zaledwie trzech czynnościach, i to w porcjach, nie wpłynęło dobrze na odbiór relacji. 

Rozumiałam, że rozwód i depresja, zwątpienie w siebie, rozchwianie równowagi, wywołują w człowieku silne emocje i zagubienie, ale Elizabeth straciła samą siebie i dopuściła do tego niejako na własne życzenie. Co z tego, że weszła w szerszy świat niż Stany Zjednoczone, odważyła się wyjść poza swój kraj, pchana pragnieniem radykalnych zmian, kiedy zgubiła po drodze uważność i ograniczyła duchowe dociekania. Zdaję sobie sprawę, że każdy indywidualnie i po swojemu odbiera straty, radzi sobie z nimi i próbuje się po nich podnieść, ale zaglądanie w proces powrotu do harmonii i wyciszenia, czyli etapy przyjemności, pobożności i równowagi, brzmiały barwnie, lecz mało atrakcyjnie. W Italii nie ograniczałabym się do jedzenia, również zwiedzałabym ją, zaglądała w imponującą przeszłość i nawiązywała kontakty z codziennością Włochów. 

Ucieczka w podróż czy zmiana miejsca zamieszkania po przykrych życiowych doświadczeniach i nietrafionych wyborach nie są gwarantami odnalezienia własnego ja. Człowiek zabiera zew sobą wszelkie problemy i zadry życia. Dopóki ich nie rozwiąże i nie oczyści ran, niewielkie są szanse pojęcia sensu życia i dotarcie do szczęścia. Tym niemniej, wiele osób decyduje się na takie właśnie rozwiązanie, radykalny reset i świadomą izolację od przeszłości. Dlatego książka może się spodobać czytelniczkom z życiowymi zawirowaniami, stojącymi na rozdrożu, pragnącymi odnaleźć się po latach. Daje optymistyczne spojrzenie, wypełnia nadzieją na osobisty sukces, pozytywnie nastawia do samego siebie. Przekonajcie się, może bardziej się wam spodoba.

3.5/6 – w wolnym czasie
literatura współczesna, 420 stron, premiera 28.10.2025 (2006)
tłumaczenie Marta Jabłońska-Majchrzak
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.

piątek, 27 lutego 2026

BĘDZIE BOLAŁO

SEKRETNY DZIENNIK MŁODEGO LEKARZA

ADAM MAY

"Moja twarz pokerzysty przydawała mi się wielokrotnie w ciągu dotychczasowej medycznej kariery.”

Kolejna książka wybrana do omówienia w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki. Nie zdecydowałam się na spotkanie z nią, kiedy miała premierę osiem lat temu, uznałam, że jest spoza moich czytelniczych zainteresowań. Teraz czując się w obowiązku przygotowania na spotkanie DKK zabrałam się za nią. Po poznaniu podtrzymałam opinię, że z mojego punktu widzenia są ciekawsze książki, z których więcej wynoszę. Książka oferuje wejrzenie nie od strony wyobrażeń o zawodzie lekarza i podręczników medycznych, ale bezpośredniej relacji uwikłanego w zawód ginekologa i położnika, ostrzegającego, w co tak naprawdę studenci medycyny chcą się wpakować, z czym przychodzi im się mierzyć, i jak to wszystko ma się do etosu lekarza.

„Będzie bolało” ukazuje arcyważne aspekty funkcjonowania brytyjskiej służby zdrowia z perspektywy młodego lekarza, choć można znaleźć wiele punktów stycznych także z polską. Narrację wypełnia humor, ironia, celne ujęcie tematyki, ciekawe spostrzeżenia i zaskakujące fakty, jednak przez wszystko przebija się smutek i dramat zderzenia prozy profesji lekarskiej i kadry środowiska medycznego z ambicjami, marzeniami, misją i etyką zawodów powiązanych z medycyną. Nie ma się co czarować, lekarz to najbardziej wymagający i obciążony psychicznie zawód. Wynika to nie tylko z ekstremalnie trudnego trybu pracy i nieustannej nauki, o czym wspominał Adam Kay, ale również ze szczególnych predyspozycji i cech osobowości, aby być w stanie go wykonywać, radzić sobie ze stresem, odpowiedzialnością za życie i śmierć, poświęcać życie osobiste, w tym zdrowie i relacje rodzinne. 

Tak ekstremalnie potrafią funkcjonować tylko wybitne jednostki, elastycznie dostosowujące się do warunków, oczekiwań, osobistych kontaktów z pacjentem i bliskimi. Inna sprawa, jak wiele reprezentantów środowiska medycznego szuka ukojenia w alkoholu i innych używkach. Jako pacjenci wyczuwamy, który z lekarzy dysponuje empatią i zrozumieniem, wychodzi poza schematy i niezbędną wiedzę, potrafi słuchać i odpowiadać, a w tym wszystkim zmieścić się w limicie czasu dla jednostki, rozbudowanej biurokracji i oczekiwań przełożonych. Temat można rozwijać w nieskończoność, omawiać konkretne przypadki, zająć się polityką medycyny, a jednak niewiele wniosłoby to do realiów biznesowych zasad i uwarunkowań szpitali, oraz kampanii propagandowych ministerstwa zdrowia. Walka na pierwszej linii frontu w publicznej służbie zdrowia to tak naprawdę forma swoistego przetrwania, zwłaszcza w ujęciu młodych lekarzy. 

„Będzie bolało” dobitnie pokazuje wadliwe realia systemu kształcenia lekarzy i służby zdrowia, ale też szeroką gamę emocji towarzyszących zawodowi lekarza i konieczności złapania do nich odpowiedniego dystansu. Adam Kay nie dał rady wytrwać w zawodzie, miał odwagę, aby porzucić coś, nad czym ciężko przez wiele lat pracował, czego oczekiwali od niego najbliżsi. I za to go szanuję, ale szkoda, że wcześniej nie poddał się diagnozie własnych predyspozycji i wyobrażeń o spełnianiu się w zawodzie. Jego zapiski z notesów, które prowadził jako lekarz, ujęte w lekkiej i przyjaznej narracji, wypełnionej dowcipem i absurdami profesji lekarskiej, warte są poznania przez osoby zamierzające związać się z medycyną. Przekonają się, czy faktycznie, oczywiście do pewnego stopnia, pogodzą się z podobnymi dramatycznymi doświadczeniami i będą umiały poradzić sobie z nimi w codziennym funkcjonowaniu. 

                                                                                                              (zdjęcie: Biblioteka przy Zielonej)
3.5/6 – w wolnym czasie
literatura współczesna, autobiografia, 308 stron, premiera 06.06.2018 (2017)
tłumaczenie Katarzyna Dudzik
Książka wypożyczona z biblioteki w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki.

czwartek, 26 lutego 2026

PODRÓŻE KONIKA MORSKIEGO

PETR ŠABACH

"Małe dziecko pracuje według scenariusza, który samo sobie przygotowało, nie mówiąc o tym rzecz jasna nikomu innemu.”

Wydaje się nam, że zaczynając osiemnasty rok wkraczamy w dorosłość, ale to dopiero początek zdobywania doświadczeń i nauki życia. Najwięcej lekcji w tej dziedzinie otrzymujemy, kiedy stajemy się rodzicami, dojrzewamy do odpowiedzialnej roli, uczymy się w niej funkcjonować, zwykle pod presją czasu, a jednocześnie dumy przy obserwacji dorastania i sukcesów dziecka. Przekonujemy się, że mniej lub bardziej zmieniają się nasze wewnętrzne priorytety, pod innym kątem patrzymy na świat, zdobywamy nowe umiejętności, i jakże często, zaskakujemy przy tym samych siebie. Kiedy kobieta decyduje się zawiesić karierę zawodową i zająć się codzienną opieką nad dzieckiem, społeczeństwu wydaje się to naturalną, wręcz oczekiwaną decyzją. Ale co się dzieje, kiedy to mężczyzna decyduje się na ten krok?

Pamiętam wielkie zdziwienie urzędniczek, kiedy mój mąż jako pierwszy w województwie łódzkim poszedł na tacierzyński przy drugim naszym dziecku. Przy pierwszym udawało mi się godzić pracę naukową z prowadzeniem własnej firmy, przy kolejnym było to nie do ogarnięcia, ze względu na uwarunkowania zdrowotne i wyjątkowo czasochłonny aspekt zawodu. Mąż z obawami, lecz śmiało, wkroczył w opiekę nad niemowlakiem i roczniakiem. Kiedy czytałam „Podróże konika morskiego” jakbym zaglądała w jego ówczesny świat, pełen obaw, ale i barw. 

Tacierzyństwo w pełnym wymiarze, z licznymi zwrotami akcji, niespodziewanymi zdarzeniami i dowcipnymi scenkami. Mieszanka poczucia obowiązku, zwykłych rozterek, zaskakujących przemyśleń, cennych przeżyć w roli rodzica. Wszystko okraszone dobrym humorem, ciekawymi refleksjami, szczyptą groteski i absurdu. „Podróże konika morskiego” to zabawna propozycja czytelnicza na jeden wieczór, zanurzona w charakterystycznym czeskim klimacie, prowadzona w formie pamiętnika relacjonującego codzienność z dzieckiem. Serdeczna i ciepła, sympatyczna i wprawiająca w dobry nastrój, ale nieuciekająca od refleksyjnych nut, czasami z gorzkim smakiem. Na Bookendorfinie przybliżyłam już „Babcie”, „Dowód osobisty” i "Masłem do dołu".

4.5/6 – warto przeczytać
literatura współczesna, 156 stron, premiera 14.02.2012 (1993), tłumaczenie Julia Różewicz
Książka wypożyczona z biblioteki.

niedziela, 1 lutego 2026

KRÓLESTWO Z NASZYCH RAN

GAЁLLE JOSSE

"Czas to wstęga Möbiusa wyginająca się bez końca, bez możliwości cofnięcia się, bez punktów orientacyjnych...”

Przepiękna podróż czytelnicza, intymna nie tylko w sferze przeżyć bohaterki, ale i osobistych odczuć czytelnika. Autorka wspaniale zespala treść powieści z inicjacją przemyśleń u odbiorcy, który przemierza z kluczową postacią setki kilometrów, od jednego miasta do drugiego, podchwytuje wspomnienia i melodie życia, jednocześnie delikatnie przywołuje własne obrazy przeszłości i powracające dźwięki minionych doświadczeń. Sto pięćdziesiąt stron opowieści i siedem dni podróży, dla jednych aż nadto by poczuć wewnętrzną siłę odradzającą się po stracie bliskiej osoby, dla innych początek przepracowywania bólu nieodwracalności odejścia, potrzebują lub chcieliby dłużej w tym trwać, nie po to, aby pogrążać się w smutku, ale by nie musieć zderzyć się z tragicznym fragmentem rzeczywistości. Ktoś woli zaszyć się w domowym zaciszu, wszechobecnej ciszy osiadającej w pomieszczeniach, a ktoś inny wybiera drogę z wyznaczonym celem i chaosem otoczenia, dostarczającym dowody intensywnego życia i poczucia trwania. Jakże symbolicznie można podejść do ostatnich stron opowieści, zestawienia książki i muzeum, karty życia i pamięci. Chcielibyśmy pozostawić coś po sobie dla kolejnych pokoleń, nawet jeśli namiastkę emocji wyrażonych w przedmiocie, dających odczytać się poprzez dotyk i wyobraźnię. Zastanawiamy się, czy to, co dla nas ma ogromne znaczenie, innym również wyda się atrakcyjne? A jeśli nawet nie, to czy nie podchwytujemy i trzymamy się myśli, że liczy się samo wrażenie, zadanie pytania, czym było dla właściciela, kim on był, nawet jeśli czas zatrze tożsamość i historię, a nawet fakt istnienia?

Jestem bardzo pozytywnie nastawiona do poetyckiej narracji Gaёlle Josse, przesyconej wyjątkową wrażliwością, oszczędnością słów stawiającą nie na wytworzenie obrazu, ale zanurzenie się w odczuciach, przychylnością wobec prawdziwości spostrzeżeń i różnorodności losów. Chwytając książkę, nie spodziewałam się, że panujący nastrój tak bardzo i precyzyjnie udzieli się i mnie. Przystanki na trasie głównej bohaterki stały się i moimi stacjami refleksji wobec przemijania i traktowania życia jako egzystencji w ruchu, samemu wyznaczania mu tempa w eksplorowaniu, stawiania kroków w codzienności i wyboru stylu tańca w marzeniach i pasjach. Można obierać kierunek dążenia do czegoś, nawet w wymiarze perfekcyjności, jednak warto mieć świadomość, że przypadkowe wypadnięcia z rytmu, potknięcia i zmiany kursu to dowody prawdziwego oparcia w rzeczywistości, mniej lub bardziej znaczące skazy, które czynią nas bogatymi wewnętrznie, uczą szacunku, pokory i wytrwałości, a nawet dostrzeżenia, akceptacji i miłości wobec samego siebie. Nie idealność sprawia, że jesteśmy wyjątkowi, lecz popełniane błędy i reakcje na nie czynią nas unikalnymi. Chaos można traktować jako sprzymierzeńca, stwarzającego nowe okazje dla wyborów i wyzwań. Spodobało mi się porównanie wspomnień do tego gatunku motyli, które na ziemi stają się niewidoczne, przypominające zeschły liść, kawałek drewna, kamień, ale kiedy się otwierają, odsłaniają wnętrze niebieskie jak lapis lazuli pożyłkowany żółcienią, ulotny dar cudu. „Królestwo z naszych ran” to ogromna satysfakcja czytelnicza, emocjonalna podróż w głąb siebie, zrozumienie kwintesencji życia, pogodzenie się z faktem przemijania, nastawienie się na odczuwanie tego, co pozornie trwałe i widzialne, a jednak ulotne i ukryte. Bogaty materiał do rozważań, intymnego rachunku sumienia, osobistego podziękowania za bliskość.

5/6 - koniecznie przeczytaj
literatura współczesna, 148 stron, premiera 26.11.2025, tłumaczenie Agata Kozak
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

wtorek, 13 stycznia 2026

DIDDLY SQUAT

TYLKO KROWA NIE ZMIENIA ZDANIA

JEREMY CLARKSON

"(Na farmie) każdy dzień przynosi nowe, zupełnie nieprzewidywalne kłopoty.”

Książeczka na poprawę humoru i chwilę refleksji. Z jednej strony zabawna i dająca się wdzięcznie czytać, z drugiej ironiczna i zogniskowana na wyłapywaniu absurdów funkcjonowania w rolnictwie, chociaż nie tylko. Przyjemny styl narracji, atrakcyjnie wędruje się po angielskiej wsi. Felietony wypełnia brawura w wyrażaniu własnych spostrzeżeń i refleksji, bez względu na liczenie się z rządowymi siłami, politycznymi zapędami, urzędniczym zaślepieniem, ekologicznymi ruchami, ogłupionymi influenserami i szczególnym rodzajem klasy społecznej pracującej w mieście a mieszkającej na wsi. Jeremy Clarkson znakomicie potrafi obserwować otaczającą go rzeczywistość, wyłapywać nieścisłości i wzajemne zaprzeczenia, wyciągać na światło dzienne to, co znane jedynie w kuluarach społecznych, gospodarczych, politycznych, kulturowych, a nawet unijnych. Nie ze wszystkimi opiniami i poglądami autora zgadzam się, niektóre budzą sprzeciw lub konsternację przyjmowania proponowanych założeń, lecz doskonale rozumiem, że kwestie podejścia do wybranych zagadnień różnią się w zależności od perspektywy spojrzenia na nie.

Tematyka felietonów kręci się głównie wokół farmy i rolnictwa, lecz treści są na tyle różnorodne i barwnie przedstawione, że łatwo daję się wciągnąć. Na wiele zagadnień patrzę z uśmiechem, przykładowo w przypadku uporu jednej z krów, szalonych z punktu widzenia opłacalności pomysłów i inwestycji, udręki budowy domu, czy braku umiejętności prowadzenia traktora. Niektóre przywołują uciążliwości w prowadzeniu gospodarstwa, jak niechęć części mieszkańców wobec jakichkolwiek zmian, astronomiczny przerost biurokracji, przepisy hamujące nowe inicjatywy rolników. Do książki wpada ciekawy felieton o wyzwaniach starości i odwołania do nawyków młodości. Bawi i jednocześnie zasmuca niszczycielska dla angielskiego rolnictwa umowa dostarczania żywności z innych krajów, w których przestrzeganie angielskich norm nie obowiązuje. Inny poruszany temat, to uzasadnienie polowania na bażanty, którego argumenty znikomo przekonują. Przy konflikcie z racjami miłośników borsuków mam mieszane odczucia. Książka na jeden wieczór czytelniczy, dostarcza sporo zabawy, pozwala zajrzeć na chwilę do angielskiego gospodarstwa, zerknąć z czym musi się mierzyć, ale krótko pozostaje w pamięci.

4.5/6 – warto przeczytać
literatura współczesna, felietony, 261 stron, premiera 26.07.2023 (2022)
tłumaczenie Michał Jóźwiak
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Insignis.

poniedziałek, 15 grudnia 2025

JAK WYCHOWAĆ ZAJĄCA

CHLOE DALTON

"Cień i słońce, tak też nasze życie się tworzy.
Ale pomyśl, jak wielkie jest słońce, a jak mały cień.”
motto na zegarze słonecznym

Zupełnie nie dziwi, że książka odnosi ogromny sukces. Natychmiast poddaję się jej urokowi. Zabiera w świat na wyciągnięcie ręki do dzikiej natury, jakże odmienny od miejskiej egzystencji. Chloe Dalton swobodnie przyciąga czytelnika, nie tylko pięknym stylem narracji, cudowną opowieścią, odwołaniami do literatury, ale także cennym przypomnieniem o fascynującym świecie przyrody i mieszkańcach. Szczegółowość opisów wywołuje zachwyt i radość poznawania, uświadomienie esencji i znaczenia detali stworzonych przez planetę. Przygarnięcie dzikiego zająca i spędzanie z nim kilku lat, stwarza możliwości uważnych obserwacji, wywołuje impuls dowiedzenia się jak najwięcej o naturze, umiejętnościach i zwyczajach zwierzęcia, a nawet stosunku człowieka do niego na przestrzeni wieków, w tym obecności w legendach, folklorze i polowaniach. Rodzi się poczucie odpowiedzialności i akceptowania niepewności o życie szaraka. Szacunek okazywany małemu stworzeniu, dostosowanie rytmu własnej codzienności do jego potrzeb, to zaledwie pierwszy krok na drodze wzajemnego poznania. Ale co zadziwiające, także dowiedzenia się o sobie czegoś, co wcześniej nie miało okazji ujrzeć światła dziennego.

Dzikie zwierzątko, znane z wyjątkowej szybkości poruszania się, potrafi wprowadzić spokój w życie kobiety, dotąd rozgorączkowane, nieprzewidywalne i obarczone stresem, narzucić nowy łagodny rozkład dnia, zainicjować spokojny rytm wykorzystania doby, zachęcić do spacerów, zwiększyć areał osobniczy, wyczulić na cudowność natury, poddać się pięknu okolicy, rozbudzić uśpioną wrażliwość, zachęcić do zdobywania wiedzy o królestwie roślin i zwierząt, podnieść świadomość zagrożeń dla przyrody ze strony jej samej i działalności człowieka. Dokonują się również zmiany w osobowości kobiety, wyrażaniu emocji, budowaniu cierpliwości, docenianiu milczenia, poczucia wolność, ulgi uwolnienia się od zawodowej maski doradczyni politycznej. Zajączek łagodzi nerwowe napięcie i niecierpliwość. A każda chwila spędzona z nim, chociaż ulotna, wydaje się cenna, bo prowadzi ku przewartościowaniu życia i poszukiwaniu odpowiedzi wyjaśniającej, na czym polega dobre życie. I bynajmniej nie są to zmiany chwilowe. Wszyscy mamy dostęp do natury, być może jest to nasze jedyne prawdziwie wspólne dziedzictwo i źródło nadziei na odnowę w naszym pełnym stresów życia. Teraz, kiedy większość ludzkości mieszka w miastach, powoli zatracamy więź z naturą, pięknem przyrody, możliwością bezpośredniego kontaktu z szeroko rozumianą zielenią i jej mieszkańcami. Potrzeba nam takich książek, "Jak wychować zająca" bardzo pomysłowo przypomina, skąd się nasz gatunek wywodzi i jakimi wartościami powinien kierować się w odniesieniu do środowiska naturalnego.

4.5/6 - warto przeczytać
literatura współczesna, 266 stron, premiera 15.10.2025 (2024)
tłumaczenie Tomasz Bieroń, ilustracje Denise Nestor, Jamie Whyte
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

sobota, 6 grudnia 2025

W KSIĘŻYCOWYM LESIE

MICHIKO AOYAMA

"A czyż już samo to, że człowiek ma marzenia, nie dodaje mu przypadkiem blasku?”

Fantastycznie, że tytuł został wybrany na spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki, szalenie przyjemny utwór z przesłaniami. Przytula się do serca czytelnika, rozlewa w nim ciepło, wzbudza pokłady głębokiej wrażliwości, wprowadza wielobarwne emocje. „W księżycowym lesie” ujmuje wyjątkową delikatnością i sugestywnością, emanuje blaskiem ludzkiego życia, różnorodnością scenariuszy losów, zmianami wynikającymi z upływu czasu, cyklami narodzin w przyrodzie i naszych umysłach. Wydarzenia, na których Michiko Aoyama snuje miniaturowe opowieści, złączone naturalnymi splotami okoliczności, wzajemną obecnością i oddziaływaniem postaci, nie należą do łatwych, wcześniej czy później spotykają nas, niekiedy wielokrotnie. Pojawia się syndrom wypalenia na płaszczyźnie osobistej lub zawodowej, czasem z obu stron, i wówczas człowiek stoi na rozdrożu, wątpi w podjęte decyzje, czuje się osaczony, nie jest wzbudzić w sobie pewności co do kierunku, w jakim chciałby podążać.

Czterdziestoletnia Reika rezygnuje z pracy pielęgniarki w szpitalu i zastanawia się, co dalej począć ze swoim obszytym nicią nudy wzorem pozornego spełniania się. Wciąż mieszka z rodzicami i nie zanosi się, aby założyła własne ognisko domowe. Trzydziestoletni Honda przenosi się z prowincji do stolicy, aby spełnić marzenie o byciu komikiem. Pomimo braku sukcesu podejmuje wiele prób, nie brakuje mu determinacji, ale czy wystarcza talentu. Na razie pracuje w firmie kurierskiej. Pięćdziesięcioletniego właściciela warsztatu pojazdów dwukołowych zaskakuje decyzja córki o zamążpójściu, wyprowadzce z domu i urodzeniu dziecka. Nie potrafi poradzić sobie z zastrzeżeniami wobec zięcia. Zazdrości żonie bliskiego kontaktu z przyszłą matką. Zaledwie osiemnastoletnia Nachi za wszelką cenę dąży do usamodzielnienia, zarabiania własnych pieniądze i rządzenia swoim życiem. Licealistka w tajemnicy przed szkołą i matką, dorabia w firmie cateringowej. Dwudziestopięcioletnia Matsuko zaledwie trzy lata wcześniej wyszła za mąż a już małżeństwo rozczarowuje ją. Jako artystyczna dusza, pod pozorem potrzeby spokoju w procesie tworzenia, wynajmuje malutkie mieszkanie służące jako gabinet.

Zadziwiające, jak zgrabnie udaje się autorce zaplatać wspólne nici ludzkich losów. Nie dyryguje nimi, ale swobodnie nakłania do przenikania się i wywierania wzajemnego wpływu. Pozornie nieistotne słowa, dotyk i gest stają się impulsem do wyczekiwanych zmian, wyzwalaczem energii koniecznej do ich przeprowadzenia, źródłem pozytywnego nastawienia i wiary w siebie, pomocną dłonią niczym opatrznościowa opieka. I to właśnie człowiek człowiekowi staje się podporą, zamierzenie lub niezamierzenie, na większą lub mniejszą skalę, poważnie lub z humorem. Stopniowo zanikają dysproporcje postrzegania siebie i kogoś innego, na to miejsce wkraczają zrozumienie i szacunek. Patrzenie na innych przez pryzmat własnych wad i zalet, osobowości i temperamentu, ambicji lub rezygnacji, sukcesów lub klęsk, znacząco ogranicza punkt widzenia i odniesienia, wypacza formę relacji, skazuje na wewnętrzną samotność, wbija w stereotypy, wzbudza skłonność do uginania się pod presją społeczną. Ale i perspektywa spojrzenia na siebie oczami innych potrafi przygnieść, jakże ciężko pozbyć się tego toksycznego ciężaru, znaleźć w sobie siły na decyzje zmierzania pod wiatr, sprawdzić własne możliwości, odnaleźć prawdziwego siebie, wzmocnić walutę własnej wartości. Żyjemy w różnych indywidualnych światach, jednak nieustannie przekraczamy ich granice, a to że zbaczamy z kierunku i idziemy inną niż zwykle ścieżką, sprawia, że mamy okazję zyskać szerszą perspektywę i być bliższym prawdy o sobie.

Michiko Aoyama uświadamia, że liczy się nie tylko światło wydobywające się z nas samych, bliskich nam osób, znajomych i nieznajomych, ale również ujrzenie siebie w świetle innych, niczym odbijanie przez Księżyc słonecznego światła, prowadzącego ku szczęściu, miłości i spełnieniu. Krzywdzące potrafią być osądy za szybko wyrażane wobec drugiego człowieka, kiedy niedostatecznie uważnie przyglądamy się rzucanemu przez niego blaskowi. Nie doceniamy promieni aktywności innych wzbogacających nasz świat. Próbujemy zasłonić własne świecenie, gdyż wydaje się nam, że jest niewystarczająco silne, aby oświetlić drogę innym. I jak to w azjatyckiej literaturze, przyjazna narracja, niby prosta a na wskroś przenika duszę czytelnika, pojawiają się odniesienia do przyrody, obecny jest kot pełniący symboliczną rolę, spotykamy postaci sportretowane z głęboką wnikliwością. W "Księżycowym lesie" relacje międzyludzkie wpasowują się w zachowanie Księżyca, tworzą oryginalny klimat zależności i egzystencji.

  (zdjęcie: Biblioteka przy Zielonej)

5/6 - koniecznie przeczytaj
literatura współczesna, 222 strony, premiera 15.01.2025 (2022)
tłumaczenie Barbara Słomka
Książka wypożyczona z biblioteki w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki.

piątek, 5 grudnia 2025

KUBUŚ I JEGO PAN

MILAN KUNDERA

"Pod pewnymi względami mój pan może i jest głupi. Ale ja w jego głupocie znalazłem uroczą mądrość, której na próżno szukałbym w pańskiej inteligencji.”

Kiedy zachwycałam się „Kubusiem Fatalistą i jego panem” Denisa Diderota, nie przypuszczałam, że przyjdzie mi do niej powrócić w formie wariacji napisanej przez innego autora. Milan Kundera dla własnej przyjemności i ucieczce od dramatu na arenie historycznej oddał się procesowi tworzenia sztuki inspirowanej opowieścią o gadatliwym i wypełnionym werwą Kubusiem oraz jego znudzonym i ponurym panu. Powstały trzy akty, rodzaj hołdu dla Diderota. 

Pozytywnie odebrałam niewielki objętościowo utwór, dobrze się przy nim bawiłam, humor nie tak znakomity jak u Diderota, ale z pewnym urokiem, jednak przygody czytelniczej nie zaliczyłam porywającej. Doceniłam, że autor znakomicie bawił się podczas pisania, dał jakby odświeżoną dwoma stuleciami, ale własną wersję, zachował wiele punktów zaczepienia z oryginałem, lecz postawił na własne rozwinięcie, klimat i tempo akcji. Tylko pozornie mogłam powiedzieć, że to już było, bo nie miało to znaczenia, kiedy uwzględniłam źródła i okoliczności powstania utworu. Nie nastawiałam się na szukanie podobieństw i różnic, kroczyłam ścieżką pokonywaną przez dwóch różnych pisarzy, powieść i teatr, fantazję i inteligencję, fikcję i życie. Entuzjastycznie podeszłam do wprowadzenia napisanego przez Kunderę, wiele wyjaśniało i dopełniało. Wytyczne do sztuki budowały wizualny i ruchowy trzon, pomyślałam, że chętnie poszłabym na spektakl.

Wszystko, co nas spotyka na ziemi dobrego i złego, zapisane jest na górze. Nie jestem fanką deterministycznego spojrzenia na świat, ...człek nigdy nie wie, dokąd idzie…, przypisywania boskiej woli lub losowi tego, co dzieje się w życiu człowieka, jednakże wywołuję wynikające z tej perspektywy natychmiastowe pragnienie zaprzeczenia, przekory i przewrotności. Wyjawię panu wielki sekret. Odwieczny podstęp ludzkości. Naprzód znaczy byle gdzie. Z trudem, ale godzę się z nieuchronnością przemijania, nieustannego cyklu egzystencji, ciągłości w powtarzaniu historii w wymiarze ludzkości i scenariuszy jednostek, niekoniecznie współpracuję z determinantami ludzkiej natury i wypadam z fali sarkazmu nad rzeczywistością. Dzieje ludzkie pisane są na nowo tak często, że ludzie nie wiedzą już, kim są. Nie zgadzam się, że poza wyobraźnią i inteligencją niewiele mamy do dyspozycji, nawet jeśli zmieniają się czasy i postrzegania, od nas samych zależy to, co włożymy w codzienność składającą się na całość życia i społecznych relacji, w tym miłości, przyjaźni, oddania i szacunku, i do kompletu, nienawiści, zdrady, drwiny i oszustwa. Nie wyciągamy lekcji historii, nie uczymy się na przeszłości, ale ...czy ten, kto napisał w górze to wszystko, również sam się strasznie nie powtarzał, i czy nie wziął nas zatem za durniów...

3.5/6 – w wolnym czasie
literatura współczesna, sztuka teatr, 126 stron, premiera 10.04.2025 (1971, 1981)
tłumaczenie Marek Bieńczyk
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu W.A.B.