niedziela, 2 sierpnia 2026
TYTAŃSCY GRACZE
"Byli formą życia opartą na krzemie, nie na węglu. Ich cykl metaboliczny był długi, a katalizatorem nie był tlen, lecz metan.”
Bardzo lubię przygody czytelnicze z klasyką fantastyki, nie musi opierać się na naukowej aurze, chociaż jak najbardziej ochoczo i po taką sięgam, ważne, aby dawała z większej perspektywy spojrzenie na ludzkość i cywilizacje, a przy tym zajmowała losami zmagającymi się z przeciwnościami jednostek i grup. Refleksyjny wgląd w naturę człowieka, istotę człowieczeństwa, umiejętności i spryt w zetknięciu się z myślącymi kosmicznymi istnieniami, zwłaszcza zagrażającymi Ziemi i jej mieszkańcom. Czy bylibyśmy słabi, bezbronni i bezwolni wobec przybyszy z różnych zakątków wszechświata, w ich oczach zacofani i bezradni, podatni na manipulację i sprawowanie nad nami kontroli? A może tkwiłoby w nas coś, co mogłoby przechylić szalę zwycięstwa na naszą stronę, narzędzia intelektu, śmiałe myśli i wyjątkowa determinacja? Skoro w ziemskim życiu nie jesteśmy zawsze w stanie dostrzec wewnętrznego wroga, zapobiec jego destrukcyjnym działaniom, to czy dalibyśmy sobie radę z zewnętrznym istnieniem opartym na innych zasadach życia i rozumowania? A może nie potrzeba Obcych, abyśmy zniszczyli to, co napędza nasz rozwój, kulturę i społeczeństwo?
Philip K. Dick w „Tytańskich graczach” osadza bohaterów w chaotycznej mieszaninie strachu i lęku, tak charakterystycznej dla politycznych antagonizmów mocarstw lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, czasów zimnej wojny, jednak przesuwa suwak na osi czasu do połowy dwudziestego drugiego wieku. Jakże inna rzeczywistość, ludzkość wyniszczona własną ręką, z minimalną zdolnością do prokreacji, z miastami pustkowiami, w których straszą upiory przeszłości. I Gra, która z różnorodnymi odmianami losów, nieprzewidywalna i o metanowym porządku, dostępna tylko dla nielicznych, zarazem wygranych i przegranych, oparta na zasadach i przypadku, unikająca zależności przyczynowo-skutkowych, ale skoncentrowana na infiltracji i konkretnych wygranych. I jeszcze tajna organizacja, dominująca w sferze tajemnic, trudna do inwigilacji i rozszyfrowania, podobnie jak słabe i mocne karty tytańskich graczy. Jak mielibyśmy przeniknąć do czegoś, co byłoby niezrozumiałe, wygrać z czymś, co podlegałoby nieustannej zmianie, a blef tylko pozornie łatwo dałby się wykryć i sprawdzić? Skąd mielibyśmy wiedzieć, że właśnie teraz bralibyśmy w udział w rozgrywce na planetarną skalę, a może właśnie zostalibyśmy z niej wykluczeni, przesunięci niczym pionki, pozbawieni władzy, nawet jeśli iluzorycznej? Na Bookendorfinie przybliżam inne książki Philipa K. Dicka („Prawda półostateczna”, "Opowiadania najlepsze", "Klany księżyca Alfy", "Radio Wolne Albemuth", "Teraz czekaj na zeszły rok"), zerknij i wybierz coś dla siebie.
4.5/6 – warto przeczytać
fantastyka, 272 strony, premiera 16.06.2026 (1963)
tłumaczenie Teresa Tyszowiecka, ilustracje Wojciech Siudmak
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.
piątek, 17 lipca 2026
MORDERSTWA W MARBLE HALL
ANTHONY HOROWITZ
„Czy na tym polega uniwersalna wartość kryminalnych opowieści, że ujawniają nie tylko detale konkretnych zbrodni, ale i prawdę o całej ludzkości: cywilizacja i przyzwoitość to tylko cieniutka maska, pod którą drzemią potwory?”
„Morderstwa w Suffolk” i „Morderstwa w Somerset” sprawiły wielką frajdę czytelniczą. „Morderstwa w Marble Hall” również poniosły czytelniczo, w mniej intensywnej formie, jednak niezaprzeczalnie na wysokim poziomie. Nie zaskoczyła, jak w poprzednich tomach, konwencja książki w książce, byłam przygotowana wcześniej do takiego typu rozrywki, czującej ducha klasycznych brytyjskich kryminałów. Intryga zrobiła wrażenie mniej różnorodnej i barwnej. Uważam jednak, że trochę czepiałam się powieści, która wszakże szybko i barwnie pochłonęła moją uwagę.
Susan Ryeland po raz trzeci rozszyfrowywała zagadki kryjące się w cieniu życia słynnego detektywa Atticusa Pünda, postaci literackiej, i autora opowieści o nim, czyli Eliota Cracego. Redaktorka stawiała czoła wielu trudnościom i problemom, a kilka z nich przybierało niebezpieczne barwy. Kluczowa bohaterka, znacząco obecna także w poprzednich odsłonach serii, wikłała się w liczne gry słowne, analizowała najdrobniejsze detale, z których zbudowano fabułę. Okoliczności wykazywały złą wolę i siały zniszczenie. Echo jednej z najbardziej poczytnych brytyjskich pisarek przyćmiewał melodię pisanej przez jej wnuka książki. Jak Susan mogła połapać się w mnogości anagramów, akrostychów i szyfrów? Czy starczyło jej woli walki i determinacji? Na ile pozwoliła zbliżyć się do siebie cieniom z dawnego życia? Jak wiele dostrzegła w powieści czegoś, co dawało się dostrzec na nie tylko pierwszy, drugi i trzeci, a nawet czwarty rzut oka?
5/6 – koniecznie przeczytaj
kryminał, 590 stron, premiera 10.03.2026 (2025), tłumaczenie Maciej Szymański
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.
piątek, 20 marca 2026
ORKIESTRA SZALEŃCA
EDWARD BROOKE-HITCHING
„Kocham Wagnera, ale z muzyki to wolę już odgłosy kota wywieszonego na ogonie za okno i próbującego pazurami trzymać się szyby.” Charles Baudelaire
Sama nie miałam styczności z wykształceniem muzycznym, poza zwykłymi lekcjami szkolnymi w podstawówce i w liceum, lecz towarzyszyłam córce w nauce od przedszkola do egzaminów na studia, i siłą rzeczy nauczyłam się co nieco o tej dziedzinie sztuki pięknej. W większości stykałam się z poważną teorią, solidnym graniem, śpiewaniem i tańczeniem, dlatego niejako wiedziona perspektywą mniej ciężkiego traktowania muzyki, z zainteresowaniem sięgnęłam po „Orkiestrę szaleńca”. Wcześniej poznane książki Edwarda Brooke-Hitchinga („Galeria szaleńca. Najdziwniejsze obrazy, rzeźby i inne kurioza z dziejów sztuki” i „Miłość. Historia przedziwna w 50 odsłonach”) pokazały, że gatunek ludzki potrafi różnorodnie podchodzić do procesu twórczego i wyrażania emocji. Oba albumy dostarczyły sporej satysfakcji czytelniczej, proponuję, abyście zwrócili na nie uwagę.
Także „Orkiestra szaleńca” sympatycznie, aczkolwiek mega osobliwie, wygrywa utwory bazujące na ekstremalnie rozwiniętej wyobraźni twórców. Początek, omawiający niezwykłe terminy muzyczne, wprawia w sympatyczny klimat metodyki. Zajrzenie muzyką w kosmiczne przestrzenie ukazuje niekończącą się wędrówkę dźwięku. Zadziwiające, z jakich przedmiotów i materiałów tworzy się instrumenty, udowadniając, że grać można na wszystkim i zbierać dźwięki z wszystkiego. Niesamowite wrażenia wywołują przełożenia muzyki ze słuchu na widzialność z pełną gamą kolorów. Jak cudownie musi się czuć ktoś, kto trafia na zapomniane dzieła, odkrywa je w błędnie skatalogowanych archiwach, albo wgryza się w utwory skrywające własne tajemnice. Muzyczne katastrofy, większe lub mniejsze, tylko czekają podczas koncertów, aby dać o sobie znać. W naturze człowieka leży eksperymentowanie, nakręca nowe spojrzenia i wynalazki, ale niekiedy idzie w tak dziwaczną i pokręconą stronę, że lepiej niech opadnie na nie kurz wstydliwości. Czasami idziemy w stronę mistyfikacji, aby przyciągnąć uwagę i zdobyć sławę, niekiedy diabeł podszeptuje do twórcy, aby zaistnieć i namieszać w muzycznym świecie.
Każdy rozdział proponuje tematyczną playlistę, warto ją puszczać, zwłaszcza w trakcie czytania albumu. Idealnie komponuje się z omawianymi dziwactwami kompozytorów, używanymi terminami, przyporządkowanymi muzyce funkcjami, pokrętnymi konstrukcjami, legendami i anegdotami. Z uśmiechem czyta się wypowiedzi artystów o innych twórcach i ich utworach, jakimi raczyli się uszczypliwościami i jak dziwne dawali wskazówki kompozytorskie. Album przyciąga nie tylko zabawną treścią o muzycznych osobliwościach, od najdawniejszych czasów do współczesnych, ale również bogactwem ilustracji, rycin, zapisów nutowych i zdjęć. Wszystko w kolorze i na porządnym papierze, ze sztywną okładką i szalenie przyjaznym stylem narracji. „Orkiestra szaleńca” zbiera największe kurioza w historii muzyki, fantastycznie się je czyta i ogląda, podziwia z rozbawieniem dzieła ludzkiej wyobraźni. Wejście w intrygujące i niepokojące dzieła pokazuje jak potrafią być kpiarskie, kłamliwe, fałszerskie, pastiszowe, oszukańcze, a jednak nieprzeciętnie odkrywcze i pionierskie, oryginalne i pomysłowe, śmiałe i sprytne. Podobnie jak zagadkowe przypadki śmierci w przeszłości muzyki, czy ostatnie słowa wielkich muzyków.
5.5/6 – koniecznie przeczytaj
album, muzyka, 256 stron, premiera 10.02.2026 (2025), tłumaczenie Janusz Szczepański
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.
niedziela, 15 marca 2026
PODNIEBNA KRUCJATA
POUL ANDERSON
"Podczas gdy narzędzia prowadzenia wojny zmieniają się z upływem wieków, rywalizacja i intrygi nie wyglądają inaczej ani subtelniej.”
Moje pierwsze spostrzeżenie po spotkaniu z „Podniebną krucjatą”, nie można opowieści brać na poważnie, oczekiwać wnikliwych i zmyślnych opisów, pogłębionych portretów postaci, czy oszałamiających myśli refleksyjnych. Jest to zaproszenie wystosowane do czytelnika, aby zabawił się w wyciąganie przywar angielskiego postrzegania świata i odsłanianie genetycznie zakodowanych wad ludzkiej natury. Nie liczy się wiarygodność scenariusza zdarzeń, gładko wnikającego w absurdalne incydenty i pastiszowe ujęcia, ale wyśmienite poczucie humoru Poula Andersona, dokonującego podsumowania mentalności i ambicji Anglików.
Wielokrotnie wybuchałam śmiechem podczas scenek i dialogów sytuacyjnych. Natychmiast dostosowałam się do improwizowanych koncepcji barona, składania przysięgi na Mahometa, przedstawiania kłusowników jako drwali, zaś Noego jako admirała połączonych flot planety, czy uzyskiwania biegłości w przeklinaniu. Sir Roger de Tournelille okazał się atrakcyjnym bohaterem, wypełniał charakterystyczną obecnością coś na kształt powieści historycznej połączonej z science fiction i ukształtowanej w kształcie kroniki. Brat Parvus jako narrator prowadził po konsekwencjach wylądowania obcej rasy na Ziemi, zderzenia językowego, kulturowego, mentalnego, technologicznego i zbrojnego, oraz po meandrach kosmicznego kolonializmu w wykonaniu Anglików, którym sprzyja chrześcijański bóg, samo bycie Anglikiem i przekonanie, że walczą najlepiej, gdy są przyparci do muru i improwizują.
To nie tylko dowcipna odsłona terytorialnych, religijnych i władczych ambicji angielskiego narodu, ale również średniowiecznego klimatu, stawiania wiary wyżej niż wiedzy, ubóstwiania świętych relikwii nade wszystko, a także biegłości w demonologii, diabelskich zakusach i czarnej magii. Rycerski stan pobijał przestrzenie gwiazd, zaś duchowni pozyskiwali nowych zwolenników dla swojej wiary. Płaskość Ziemi, technologia pojazdów kosmicznych, mapy bez boskich i smoczych ozdobników, nawracanie zbłąkanych dusz Obcych i wiele innych aspektów sympatycznie kręciło się w dowcipnych ujęciach. Od napisania książki minęło niemal dziewięćdziesiąt lat, z pewnymi nowatorskimi elementami, na których bazowała konstrukcja i przekaz, z czasem pokryły się kurzem, ale wciąż potrafiła zaproponować przejażdżkę wersgorskim statkiem, aby spotkać z tym, co nieznane, bawić się w odkrywanie cech własnej cywilizacji i dorobku innych.
Chętnie podchwyciłam myśl, że rasy, które prawie zaniechały walk na lądzie, zaszły daleko w rozwoju technologii wojennej, i które, na swoje nieszczęście, w pełni zdawały się na zbrojeniowe wynalazki, wykazywały cechy nieprzystosowania do, z ich punktu widzenia, prymitywnych plemion. Jako ludzie nie doszliśmy jeszcze do tego etapu, ale czy za chwilę nie będziemy za bardzo polegać na sztucznej inteligencji, a w ten sposób mimo wzmacniania pewnych składników rozwoju znacząco osłabiać inne ewolucyjne osiągnięcia biologiczne, które okazują się naszą mocną stronę? Może i będziemy mieli dostęp do większej wiedzy, ale czy będziemy potrafili właściwie ją ocenić? Zerknij na wrażenia po spotkaniu z inną książką Poula Andersona, zatytułowaną "Olśnienie", przedstawione na Bookendorfinie.
4.5/6 – warto przeczytać
science fiction, 184 strony, premiera 27.01.2026 (1960), tłumaczenie Jarosław Kotarski
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.
sobota, 14 marca 2026
CHIBINEKO
NIEZWYKŁA RESTAURACJA WSPOMNIEŃ
YUTA TAKAHASHI
"Czas bywa okrutny, spychając wszystko w przeszłość. Jednak potrafi też leczyć rany.”
Po śmierci taty chętniej sięgam po książki pomagające w przeżywaniu ostatecznej straty bliskiej osoby, przypominające, że moje życie toczy się dalej, a odmawiając sobie w nim pełnego udziału, pozbawiam się esencji egzystencji. W „Chibineko” znalazłam potwierdzenie, że zawsze znalazłoby się coś szczególnie istotnego, czego nie udało się powiedzieć zmarłemu, kiedy jeszcze była możliwość dialogu. Dane mi było pożegnać się z tatą, wyznać mu słowa szacunku, uznania, miłości i podziękowań. A jakbym wciąż odczuwała niedosyt przeprowadzonych rozmów i wyrażonych uczuć. Niestety, każde życie musi się kiedyś skończyć, wpisać się w cykl przemijania, zrobić miejsce dla innych egzystencji. Opuszczonym pozostaje nauczyć się żyć dalej bez tego kogoś, kogo stracił.
Yuta Takahashi przypomniał, że odchodzą nie tylko ludzie, ale również często towarzysząca im tradycja. Świat podlega zmianie, ale jedno jest stałe, każdy umiera, zabiera ze sobą nie dobra materialne, które za życia cieszyły i wpisywały się w rutynę codzienności, a wspomnienia pozostawia w pamięci tych, którzy żyją. Odejście bliskiej osoby to smutek, żal, cierpienie, ale często również wyrzuty sumienia, że nie zrobiło się dla niej dostatecznie dużo, nie doceniło lub nie szanowało tak, jak na to zasłużyła. „Chibineko” przywołuje znaczenie ceremonii i rytuałów podczas godzenia się ze stratą, zakończenia etapu ciężkich chwil, wejścia w nowy rozdział kolekcjonowania zrozumienia, doznań i przeżyć. Restauracja w nadmorskim miasteczku, przygotowująca i serwująca dania ku pamięci, pomagała ożywić wspomnienia o zmarłych, dawała szansę na ostatni kontakt, nawet jeśli w wyobraźni żałobnika, przypominała, że życie jest jedno i trzeba tak wykorzystywać dawane przez niego szanse, aby później niczego nie żałować. Owszem, są rzeczy, których nigdy nie da się cofnąć, ale i one składają się na wrażliwość istnienia, zaś rozstania wpisane są w ludzkie losy, ponieważ każde życie ma swój kres.
Autor włączył w gamę postaci reprezentantów trzech pokoleń ku przesłaniu, że bez względu na wiek, etap miłości, życiowe doświadczenia, stratę przyjmuje się z bezsilnością, intensywnością i zawiedzeniem. Pomimo bliskości własnych rozmyślań o śmierci, spotkaniu z nią, niemal dotyku jej w realnym świecie, nie poczułam szczególnej więzi z bohaterami powieści, nie do końca okazali się przekonujący, jedynie staruszek wydał mi się prawdziwy. Przeszkadzały powtórzenia opisów, jakbym jako odbiorca nie była w stanie przywołać wcześniejszych wersji lub wyciągnąć właściwe wnioski. Lubię nie tylko odbierać treści, ale też włączać się w dostrajanie, przeżywanie i interpretowanie. Tym niemniej, po „Chibineko” warto było sięgnąć, przypomniało, czym tak naprawdę jest życie, bliskość drugiej osoby, o konieczności życia razem a nie obok siebie, upływie czasu i znikaniu niewykorzystanych szans.
4/6 – warto przeczytać
literatura współczesna, 206 stron, premiera 10.02.2026 (2020)
tłumaczenie Anna Koike-Kamińska
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.
czwartek, 12 marca 2026
ALGORYTM
[PRZEDPREMIEROWO]
AI-GENT MROCZNE KODY tom 1
W.P. RDZANEK
"Nigdy nie ufać we wszystko, co się widzi.”
Udany debiut, pomimo kilku zastrzeżeń, przekonująco poprowadzony klimat tajnych akcji, służb wywiadowczych, agencyjnych misji i tajemniczych procedur. Ukończyłam cybernetykę ćwierć wieku temu i przez jakiś czas zajmowałam się sieciami neuronowymi, do dziś z zainteresowaniem przyglądam się pracom nad sztuczną inteligencją, z nostalgią i sympatią wkraczam czasami do świata programowania, nawet jeśli krytycznym okiem i w literackim wydaniu. Intryga w „Algorytmie” opierała się na szpiegowskiej grze z wieloma uczestnikami, nietypowym transferem tajnych i newralgicznych danych, zaginięciem kluczowego naukowca. Łączyła koszmar wycieku państwowych tajemnic z orwellowskimi akcentami i fantastycznonaukową aurą filmu o raporcie mniejszości. Zaangażowałam się w śledzenie akcji.
W.P. Rdzanek prezentował przyjazny styl narracji, równowagę między opisami i dialogami, harmonię w łączeniu wątków. Ciekawie zmiksował elementy fabuły, widać było wyraźny pomysł na frapujący scenariusz zdarzeń. Co prawda, kilka incydentów wymykało się realności, sprawiały wrażenie naciąganych, wchodziły w korzystne sploty okoliczności, lecz wciągająco uruchamiały spiralę morderstw, porwań i pomówień. Przykładowo, bohaterowie zbyt szybko nawiązywali familiarne relacje, co podchodziło nieco pod sztuczność, ale miało uzasadnienie z perspektywy podtrzymywania logiki fabuły. Niektóre zachowania Joanny mocno weszły w egzaltację, chociaż rozumiałam ogarniający ją strach i panikę. Nie przekonała pochopność decyzji wypadu poza stolicę, jednak zmianę krajobrazu przyjęłam jako plus. Zdarzyły się drobne powtórzenia, jak wynajmu pomieszczeń na terenie koreańskiej ambasady. Czułam lekki niedosyt mocniejszego rytmu akcji, miała tendencję do spowalniania, ale nie obywało się to w sposób uniemożliwiający pozytywny odbiór przygody czytelniczej. Pierwszy tom zapowiedział wartą uwzględnienia w planach sensację szpiegowską. Chętnie wezmę się za kolejne odsłony trylogii, zwłaszcza jak dalej będzie wkraczała w tematykę AI, bezpośrednich zastosowań i pośrednich konsekwencji.
4.5/6 – warto przeczytać
sensacja, 350 stron, premiera 24.03.2026
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.
poniedziałek, 2 marca 2026
PTASIEK
WILLIAM WHARTON
"Udawałem, że jestem ptakiem. Teraz udaję, że jestem sobą. To też nie jest cała prawda. Nie wiem, kim naprawdę jestem...”
Stopniowo nadrabiam zaległości z tytułów, które powinnam znać a jakoś nie trafiłam na nie wcześniej. Jedną z książek, o której myślałam od bardzo dawna, był „Ptasiek” Williama Whartona. Po spotkaniu z nim stwierdziłam, że bardzo dobrze się złożyło, że dopiero teraz po niego sięgnęłam. Nie miałam przekonania, że doceniłabym go, a przynajmniej nie odniosłabym wielkiej korzyści z refleksyjnej strony, jaką zaoferował. Podobał mi się nieszablonowy pomysł na fabułę, w wielu odsłonach osobliwy i dziwaczny, ale jakże atrakcyjny i wciągający.
Dwustronny nurt narracji sprawiał, że powieść zyskała cechy komplementarności i szczególnego spoiwa w postaci rzutu oka na skomplikowaną naturę człowieka. Młodzi chłopcy, później młodzi mężczyźni, z innym mentalnie startem w życie, z przyjacielskim stykiem losów, doprowadzeni do różnych okaleczeń, fizycznych i psychicznych. Wydarzenia i wspomnienia mieszały się czasowo i osobowo. Autor rewelacyjnie zaglądał w dusze postaci, odsłaniał myśli, ujawniał spostrzeżenia, odkrywał prawdę o ludziach. Pozornie zwykła rzeczywistość potrafiła głęboko zranić, wbić w szaleństwo i oderwać od rzeczywistości. Symboliczny wybór ptaka na postać ludzkiej egzystencji. Lot jako wolność osobista, klatka izolacja społeczna. Jakże trudno podołać nagromadzonemu życiowemu doświadczeniu z elementami porażki i zniechęcenia. Rozwiązaniem ucieczka do świata wyobraźni i sennych przeżyć. Kiedy za długo się w nim siedzi, powrót bywa niemożliwy.
I wojna, z dramatyzmem i wyniszczeniem, zasłaniająca prawdę, aby nie analizować, oddalająca się od szczerości, aby znieść to, czego się doświadczyło. Świadomość, że nie miało się żadnego wpływu na własne życie, ster szybko oddało się innym, zostało zmuszonym do posłuszeństwa i wykonywania rozkazów, wypełniania misji i, jeśli to konieczne, oddawania życia. Rany z czasem goją się, blizny pozostają na zawsze. Powieść niezwykle sugestywna, napisana z wrażliwością, odwołująca się do silnych emocji, z szacunkiem i w barwnej odsłonie. W „Pasieku” namacalnie czułam ideę przyjaźni i oddania, silnego przywiązania, nawet przy zerwanej na jakiś czas nici relacji. Dopracowana pod każdym względem, zdecydowanie warto uwzględnić ją w planach czytelniczych. Są ślady ptasich lotów w niebie. I nic więcej; coś było, coś odeszło, pozostało coś.
5.5/6 - koniecznie przeczytaj
literatura współczesna, 352 strony, premiera 28.10.2025 (1978), tłumaczenie Jolanta Kozak
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.
niedziela, 1 marca 2026
JAK ŚWIAT STWORZYŁ ZACHÓD
JOSEPHINE QUINN
CZTERY TYSIĄCE LAT HISTORII
"Czy optyka cywilizacyjna pomaga cokolwiek wyjaśnić?… nieaktualna i ewidentnie błędna… Pora znaleźć nowe sposoby organizowania naszego wspólnego świata.”
Nie do końca zgadzam się ze spojrzeniem na historię prezentowanym w cytacie, aczkolwiek i w moich przemyśleniach i rozważaniach o dziejach świata, dynamiczne relacje stanowią jeden ze znaczących czynników jego definiowania i kształtowania. Tym niemniej, „Jak świat stworzył Zachód” to satysfakcjonujące spotkanie z historią, wiele wiedzy do wyciągnięcia, sporo materiału do refleksji. Propozycja czytelnicza do spokojnego i wnikliwego zgłębiania, najlepiej z podstawami wiedzy o przeszłości świata. Nawet jeśli odbiorcy brakuje szerszej znajomości dziejów, to i tak warto zmierzyć się z poznawaniem materiału. W publikacji mniej chodzi o specjalistyczne uszczegółowienia a bardziej o wykazanie uzasadnienia i omówienie innej perspektywy spojrzenia na źródła ukształtowania i opiniowania współczesnego świata. Plusem styl narracji prowadzony w przyjaznym odcieniu i ze zrozumiałymi wyjaśnieniami.
Josephine Quinn zachęca, aby prześledzić powiązania i relacje jako budulce dzisiejszego Zachodu. Nie z punktu widzenia cywilizacji, ale mieszania się społeczności jako motoru historii. Od epoki brązu do wielkich odkryć geograficznych. Nie jedynie od strony starożytnego Rzymu i Grecji, państwowości i intelektu, a przekroju mobilności, migracji, miksowania się, wzajemnych kontaktów. Nie ludy tworzą dzieje a ludzkie relacje, pozytywne i pokojowe, wojenne i podbojowe, kulturowe i handlowe, wymienne i krzyżujące się. Sieć społecznych, handlowych i politycznych powiązań sprzyja wywieraniu wzajemnego wpływu i budowaniu zależności, co autorka podkreśla w książce, jednakże strategicznie uwzględniam także powstanie, rozkwit i upadek różnorodnych cywilizacji, nie tylko śródziemnomorskich. Globalna przeszłość wywiera wpływ na teraźniejszość, ta zaś warunkuje przyszłość. Zachód tworzy świat i sam pozostaje pod jego wpływem. Publikacja logicznie i usystematyzowanie ułożona, zawartość wypełniona ciekawymi informacjami. Przed rozdziałami mapki regionu, którym przyglądamy się, z uwzględnieniem osi czasu. W środku wkładka z kolorowymi zdjęciami. Nie zabrakło rozbudowanych przypisów i przydatnego indeksu.
5/6 – koniecznie przeczytaj
literatura popularnonaukowa, historia, 656 stron, premiera 12.11.2025 (2024)
tłumaczenie Norbert Radomski
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.
sobota, 28 lutego 2026
JEDZ, MÓDL SIĘ, KOCHAJ
ELIZABETH GILBERT
"Mów prawdę, mów prawdę, mów prawdę.” Sheryl Louise Moller
Elizabeth Gilbert w niesamowitym stylu uwiodła mnie „Botaniką duszy”, zapewniła intelektualne i emocjonalne przeżycie na najwyższym poziomie, nie mogłam oderwać się od książki, pokochałam jej klimat i doceniłam cudowne opisy rozpalające wyobraźnię. Przeniosła w cudowny świat, z którym za nic nie chciałam się rozstać. Dlatego z ogromnym zainteresowaniem sięgnęłam po inną powieść autorki, oczekując podobnych wrażeń czytelniczych.
„Jedz, módl się, kochaj” wprawiło w konsternację, zaskoczyło odsłoną spowitą w czytelnicze znużenie, monotonność relacji, której nie ożywiły zmiany miejsc i nici humoru. Wiedziałam, że nie chodziło w niej o poznawanie Włoch, Indii i Indonezji, a wewnętrzną podróż, lecz nie dostałam tego, na co liczyłam. Wydawało mi się, że pisarka obdarzona wyjątkowo lekkim i przyjaznym stylem pisania, umiejętnością sugestywnego przybliżania świata i ludzi, odsłoni barwność i atrakcyjność własnego ja. Nie przekonała osobowość Gilbert, jedzenie, modlitwa i miłość, mocno ograniczone w odbiorze i niedostrzegające inne walory. Skupianie się na zaledwie trzech czynnościach, i to w porcjach, nie wpłynęło dobrze na odbiór relacji.
Rozumiałam, że rozwód i depresja, zwątpienie w siebie, rozchwianie równowagi, wywołują w człowieku silne emocje i zagubienie, ale Elizabeth straciła samą siebie i dopuściła do tego niejako na własne życzenie. Co z tego, że weszła w szerszy świat niż Stany Zjednoczone, odważyła się wyjść poza swój kraj, pchana pragnieniem radykalnych zmian, kiedy zgubiła po drodze uważność i ograniczyła duchowe dociekania. Zdaję sobie sprawę, że każdy indywidualnie i po swojemu odbiera straty, radzi sobie z nimi i próbuje się po nich podnieść, ale zaglądanie w proces powrotu do harmonii i wyciszenia, czyli etapy przyjemności, pobożności i równowagi, brzmiały barwnie, lecz mało atrakcyjnie. W Italii nie ograniczałabym się do jedzenia, również zwiedzałabym ją, zaglądała w imponującą przeszłość i nawiązywała kontakty z codziennością Włochów.
Ucieczka w podróż czy zmiana miejsca zamieszkania po przykrych życiowych doświadczeniach i nietrafionych wyborach nie są gwarantami odnalezienia własnego ja. Człowiek zabiera zew sobą wszelkie problemy i zadry życia. Dopóki ich nie rozwiąże i nie oczyści ran, niewielkie są szanse pojęcia sensu życia i dotarcie do szczęścia. Tym niemniej, wiele osób decyduje się na takie właśnie rozwiązanie, radykalny reset i świadomą izolację od przeszłości. Dlatego książka może się spodobać czytelniczkom z życiowymi zawirowaniami, stojącymi na rozdrożu, pragnącymi odnaleźć się po latach. Daje optymistyczne spojrzenie, wypełnia nadzieją na osobisty sukces, pozytywnie nastawia do samego siebie. Przekonajcie się, może bardziej się wam spodoba.
3.5/6 – w wolnym czasie
literatura współczesna, 420 stron, premiera 28.10.2025 (2006)
tłumaczenie Marta Jabłońska-Majchrzak
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.
wtorek, 27 stycznia 2026
GŁĘBOKO POGRZEBANY
NAOMI NOVIK
"Moje życie to nieustanna próba ucieczki od prozy życia.”
Sherlock Holmes
Pięć lat temu zabrałam się za serię „Scholomance”, z nadzieją, że fantasy mnie pochłonie, ale spotkanie z pierwszym tomem „Mroczna wiedza” należało do średnio udanych, zatem pozostawiłam w zawieszeniu poznawanie kolejnych odsłon. Po czasie, zdecydowałam się wejść, dla odmiany, w zbiór opowiadań autorki, testując, czy krótkie formy jej pióra bardziej przekonają. „Głęboko pogrzebany” pozwolił na sympatyczne spędzenie czasu, w różnorodnej pomysłowo fantastyce, jednak i w tym przypadku wrażenia miały charakter pozytywny i dobry, ale nie zachwycający i wciągający.
Doceniłam świeże i oryginalne podejście do historii literatury, które znałam wcześniej, zabawę z klasyką, nawet tą uznawaną za nienaruszalną ze względu na mocne osadzenie w pamięci odbiorców. Novik uprawiała ciekawą grę z własną i czytelnika wyobraźnią, stawiając przede wszystkim na wytworzenie specyficznego klimatu, i w tym zakresie opowiadania bardzo zyskały. Wykorzystanie elementów mitycznych, magicznych i z legend przebiegało w lekkim i swobodnym stylu, zgrabnie współgrało z pierwotnym zamysłem i wersją autorki. Dziwiło zatem, że nie do końca dałam się zaangażować, jakbym nie przekroczyła granicy światła i mroku, dobra i zła, na tyle, aby nawiązać z nimi głębsze porozumienie. Może dlatego, że mało znam twórczości autorki, a utwory do niej nawiązywały, może wynikało to z odczucia, że każde opowiadanie to wprawka do potencjalnego pomysłu na powieść, przetestowanie gotowości do jej powstania, sprawdzenie nośności odpowiedniej mieszanki intrygi i humoru, nastroju i inwencji twórczej. Przygoda z książką na kilka wieczorów, gdyż wskazane jest robienie przerw między wczuwaniem się w krótkie formy, zaglądaniem do odmiennych światów i poznawaniem przeróżnych postaci.
4/6 - koniecznie przeczytaj
literatura młodzieżowa, fantasy, antologia, 436 stron, premiera 18.12.2025 (2024)
tłumaczenie Zbigniew A. Królicki
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.
niedziela, 14 grudnia 2025
KOŚCI PROROKA
AŁBENA GRABOWSKA
„Natura ludzka jest zawsze i wszędzie mniej więcej jednakowa.”
Agatha Christie
Dotychczas wysoko oceniałam książki autorki, chętnie po nie sięgałam ze względu na ciekawie odmalowane klimaty i nasączenie emocjami, pomagał również historyczny rys i magiczne nuty („Lady M”; seria „Alicja w Krainie Czasów” – „Czas zaklęty”, „Czas opowiedziany”; seria „Stulecie winnych” – „Ci, którzy przeżyli”, „Ci, którzy walczyli”, „Ci, którzy wierzyli”). „Kości proroka” nie przekonały mnie, nie tego oczekiwałam, nie tak wyobrażałam sobie przygodę czytelniczą.
Szalenie drażniła główna bohaterka, nie dało się z nią wytrzymać, totalny chaos w głowie, emocjonalna huśtawka, nieprzystosowanie do życia w rzeczywistości. Margarita Nowak nie wiedziała czego chce, jak się zachować, co mówić, jak patrzeć perspektywicznie, a nawet, co to znaczy miłość. Wątek romantyczny właśnie z jej winy stracił na blasku i cieple, prawdziwości i szczerości, żal było Dimityra. Miałam wrażenie, że świat kluczowych postaci kręcił się bardziej wokół jedzenia niż śledztwa. Rozumiałam, że autorka chciała jak najwięcej przemycić do powieści akcentów z kuchni bułgarskiej, ale wprowadzanie ich do scen, które nie na tym miały polegać, raziło nadmiarem. Ogólne i pobieżne śledztwo zasługiwało na większą oprawę i profesjonalizm. Przydałoby się mniej debatowania w oparach amatorstwa. Jak na thriller, mało było napięcia i niecierpliwości poznawania. Co do biblijnych opowieści, trochę zanudzały, lecz to subiektywne odczucie, inni czytelnicy mogli być w większym stopniu zainteresowani tematyką.
A co mi się podobało? Złożoność fabuły pod względem ścieżek czasowych. Ałbena Grabowska prowadziła czytelnika po scenariuszu zdarzeń z pierwszego wieku, dwunastego wieku i czasów współczesnych. Intrygująco przeplatała rozgrywające się wątki, zgrabnie łączyła nici wspólnych zależności i interpretacji. Do scenariusza zdarzeń włączyła kilka zaskakujących obrotów spraw, choć całość łatwa było wydedukować. Podobał mi się bułgarski rys nadany powieści, skierowanie w miejsca ciekawe lub szczególne, oprowadzanie po kulturze codzienności i mentalności narodu, sięgnięcie po historyczne akcenty. Z entuzjazmem, jakkolwiek to zabrzmi, przyjęłam szczególną brutalność morderstwa, oprawę wizualną złożenia zwłok i tajemnicę skrywaną za dziwaczną mieszanką języków i symboli wyrytych na skórze ofiary. Miejsce złożenia zwłok nietypowe.
Współczesność, czerwcowy dzień, teatr antyczny w Płowdiwie. Znaleziono sprofanowane nagie zwłoki mężczyzny, biznesmena z Warszawy, dawnego posła i działacza społecznego. Na zaproszenie bułgarskiej policji z Polski przyjechała Margarita, aby pomóc w śledztwie. Pierwszy wiek naszej ery, pojawienie się Nauczyciela, chrześcijańskiego proroka, prowadzącego uczniów do Jerozolimy. Dwunasty wiek naszej ery, wędrówka bogomiłów do Konstantynopola ze skarbami bractwa. Trzeba nadmienić, że Ałbena Grabowska przygotowała szeroką bazę, aby na jej podstawie przygotować przygodę dla czytelników, wyobrażam sobie, że zajęło to sporo czasu i trudu. Szkoda, że nie przełożyło się na ekscytację i entuzjazm wobec prezentacji złożonej intrygi.
3/6 – w wolnym czasie
thriller, 488 stron, premiera 09.09.2025
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.
piątek, 12 grudnia 2025
PIĄTE SŁOŃCE
CAMILLA TOWNSEND
"Piąte Słońce opowiada o traumie podboju, ale także o przetrwaniu i ciągłości… Tutaj hiszpański podbój nie jest ani wstępem, ani punktem kulminacyjnym – jest punktem zwrotnym.”
Po „Ordzie” Marie Favereau i „Imperiach Normanów” Levi Roach, kolejna bardzo ciekawa i dobrze przygotowana publikacja oferująca odświeżoną wiedzę, tym razem o potężnej cywilizacji indiańskiej z Mezoameryki. „Piąte Słońce” uwzględnia dotąd mało znane źródła, utrwalane przez Azteków w języku nahuatl, azteckiej historii i literatury ustnej. Camilla Townsend kreśli wciągającą wielowarstwową opowieść, wychodzącą poza utrwalone stereotypy o przerażającym skrajnym barbarzyństwie i przejaskrawienia czynione przez szesnastowiecznych Hiszpanów na temat autochtonicznego ludu, i jego sojuszników. Ludu dominującego w środkowym Meksyku, czyli Mexica, oraz innych ludów również zamieszkujących środkowy Meksyk, z własnym językiem i kulturą, w większości podbitych przez Mexica, czyli Nahua. Autorka sięga po szeroki zakres źródeł badawczych i naukowych, rozmów z azteckimi nauczycielami i wykładowcami, pisarzami i wydawcami, a nawet filmowcami. Uwzględniając meksykański intelektualny dorobek, w tym roczniki nahuatlańskie, znacznie wzbogaca publikację.
Camilla Townsend przeprowadza czytelnika przez dokonywane odkrycia na temat egzystencji i osiągnięć Azteków, jak naprawdę wyglądała historia, czym charakteryzowała się kultura i na czym polegała religia. Bohaterowie książki zdawali sobie sprawę z tego, że politykę stanowią zmieniające się układy władzy, a nie religijne składanie ofiar. Postrzegali wymienność funkcji społecznych poza kategoriami dobra i zła. Znakomicie umieli oszacować własne szanse i techniczną przewagę wroga, nie wpadali w fatalizm i irracjonalność. Wykazywali gotowość do eksperymentowania z nowościami, pod warunkiem zachowania swojego poglądu na świat, oraz pragmatyzm, nie użalali się nad sobą. Zostali podbici, ale uratowali się przed zagładą, przeżyli, bo nie stracili równowagi. Niesamowita historia przezorności i przetrwania, zmiany wierzeń i praktyk, zachowania świadectw biegu zdarzeń i dziedzictwa kulturowego w opowiadaniach. "Piąte Słońce" czyta się pierwszorzędnie, z dużym entuzjazmem i zaciekawieniem, w przyjaznym i przystępnym stylu narracji. Początek każdego rozdziału urozmaica ilustracja i fabularne tło życia jednostki, tak aby poprzez przekonania i odczucia odbiorca głębiej wkroczył w świat Azteków. Oprócz licznych przypisów, wygodnego indeksu, tradycyjnej bibliografii, autorka dołączyła bibliografię roczników w nahualtl z komentarzami, dodatek o badaniu historii Azteków, zasady przybliżonej wymowy słów w języku azteckim, drzewo rodowe władców Tenocha, mapę Doliny Meksyku z 1519 roku i pomocny słowniczek.
5.5/6 - koniecznie przeczytaj
literatura popularnonaukowa, historia, 392 strony, premiera 09.09.2025 (2019)
tłumaczenie Andrzej Jankowski
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.
czwartek, 11 grudnia 2025
IMPERIA NORMANÓW
LEVI ROACH
"Dwie armie stanęły naprzeciwko siebie po obu stronach rzeki Epte w północnej Francji. Na jednym brzegu rozłożył się dwór króla francuskiego Karola III Prostaka...na drugim zaś świta Rollona, wikińskiego grabieżcy, który od kilku już lat grasował wzdłuż brzegów Sekwany.”
Wcześniej prezentowałam wrażenia po spotkaniu z książką „Orda” Marie Favereau, poświęconą mongolskiemu globalnemu zmienianiu świata, a teraz przybliżam równie wciągającą historię ludu z imponującą ekspansją i ogromnym wpływem na rozwinięcie cywilizacji. Tytuł „Imperia Normanów” okazał się atrakcyjną i wciągającą przygodą czytelniczą, co bardzo cenne, uwzględniającą najnowsze odkrycia i interpretacje historyków. Przystępnie i przyjaźnie przekazywał wiedzę, często łączoną z fragmentarycznych źródeł. Dopełnieniem okazały się poglądowe mapy, przydatny indeks, zestawienie przypisów i klimatyczna wkładka z kolorowymi zdjęciami. Ciekawą bazą prezentowanego materiału stały się istotne szczegóły i pomocne wyjaśnienia, przybliżające zrozumienie wkładu i rozmachu roli Normanów, jaką odegrali we wszechobecnych wpływach i kreśleniu mapy świata, zwłaszcza zachodniej Europy. Zadziwiające, jak wielkie pozostawili po sobie dziedzictwo w ramach osiedlania się i zapuszczania korzeni w nowych miejscach, oraz jak ewaluowała ich tożsamość, jak stopniowo zanikali dostosowując, integrując i wtapiając się w regionalne społeczności.
Potomkowie garstki wikingów, ludzi Północy, skandynawskich intruzów, piratów Rollana, którzy około dziewięćset jedenastego roku przypłynęli na ledwie kilku okrętach i osiedlili się w ujściu do Sekwany. Dokonali tego dzięki śmiałości, zaciekłości, szczęściu i pobożności. Niezaprzeczalnie, osiągnęli coś mega imponującego. Połączyli i zintegrowali duże połaci Europy Zachodniej i basenu Morza Śródziemnego. Ich wpływy sięgnęły także do Hiszpanii, Egiptu, Maroka, a nawet Azji Mniejszej. Wzmacniali ekspansje terytorialne, unie i zjednoczenia, zakładali potężne księstwa i rody arystokratyczne, nawiązywali bliskie powiązania z papieżem i Rzymem, uruchamiali ciąg wydarzeń osłabiających rządy. Wprowadzali kamienne zamki, rycerską służbę i kulturę rycerską, zaszczepiali nowe podejście do prawa i sprawiedliwości. Wraz z koronacją Fryderyka II na króla niemieckiego potęga i wpływy Normanów osiągnęły apogeum. Ostatecznie, Normanowie padli ofiarą własnego sukcesu. Do połowy trzynastego wieku trudno było już znaleźć jakichkolwiek Normanów poza Normandią. Jednocześnie byli wszędzie i nigdzie, ludem o sławnej przeszłości, lecz krótkiej przyszłości. Rozpłynęli się w otoczeniu i popadli w zapomnienie, ale ich spuścizna wciąż kształtuje oblicze świata.
5.5/6 - koniecznie przeczytaj
literatura popularnonaukowa, historia, 368 stron, premiera 28.10.2025 (2022)
tłumaczenie Tomasz Fiedorek
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.
środa, 10 grudnia 2025
ORDA
MARIE FAVEREAU
"Opowieść zaczyna się na wschodnioazjatyckim stepie, gdzie na początku XIII wieku Czyngis-chan zjednoczył koczowniczych Mongołów i inne ludy stepowe, kładąc podwaliny pod największe lądowe imperium na świecie.”
Wiele skorzystałam na spotkaniu z książką. Przypuszczałam, że mnie zaciekawi, gdyż stosunkowo mało wiedziałam o Mongołach, ogólne informacje, ale nie spodziewałam się, że będę miała okazję wejść w tematykę z innej niż powszechnie przyjmowanej opinii. Już podtytuł naprowadził, że kierunek analiz i przemyśleń autorki pójdzie w stronę przywołania dziedzictwa i docenienia osiągnięć, lecz otrzymałam również mocny wydźwięk globalnego wpływu Ordy na historię świata. Zdominowanie kontynentalnego handlu euroazjatyckiego, wymiany dóbr i kultury na ogromne odległości, przerzucenie mostu między starożytnym Jedwabnym Szlakiem a nowożytną erą wielkich odkryć geograficznych, pomoc w stworzeniu największego jednolitego rynku w czasach przednowożytnych, wypełnienie luk dzielących rynki czterech stron świata i zaprowadzenie kontynentalnego ładu gospodarczego.
Marie Favereau ukazała fascynującą złożoną społeczną, polityczną i gospodarczą naturę ogromnej koczowniczej federacji zrodzonej z ekspansji Mongołów, konnych wojowników, w trzynastym wieku. Przywołała zapomnianą i tajemniczą historię Ordy, powstanie, rozwój na przestrzeni wieków, rozkwit Pax Mongolica, przekształcenia bez tracenia koczowniczego charakteru i historycznie zakorzenionej tożsamości. Prowadzenia szczególnej imperialnej polityki integracji, opartej na swobodzie tożsamości, pochodzenia, religii, stylu życia, praktyk, tradycji, własnej waluty podbitych ludów, w zamian za podpisywanie umów, obłożenie podatkami, często nawet zaniechanymi w intencji pobudzenia gospodarczego. Autorka wyjaśniała jak udało się połączyć koczowniczy lud i mieszkańców stepów z prowadzącymi osiadły tryb życia.
Pomogła w zrozumieniu zależności i niezależności od mongolskiego ośrodka władzy, stabilności wspartej jednocześnie ciągłością i zmianą, wyjątkową elastycznością i umiejętnością adaptacji. Kształtowania przez Odrę otaczającej rzeczywistości i wpływu zewnętrznego świata na Ordę. Monumentalnych zmian ułatwiających rozkwit sztuki, rękodzieła, rzemiosła i wiedzy. Wpisania mobilności, ekspansji, asymilacji, dyplomacji i handlu w strategię rządzenia. Pozornej politycznej i religijnej niekonsekwencji jako starannie obliczonej strategii i praktycznego podejścia. Fenomenalne utrzymanie odrębnego, a jednak globalnego, porządku społecznego i politycznego. Bardzo ciekawym aspektem okazało się spojrzenie na to, jak Złota Orda pomogła stworzyć współczesne państwo rosyjskie, włożyła wkład w rozwój Rosji, zwłaszcza Wielkiego Księstwa Moskiewskiego, carstwa rosyjskiego, poprzez wspieranie interesów i umożliwianie niezwykłej witalności gospodarczej, a zatem obdarzając władzą i zasadniczo zmieniając bieg dziejów.
Publikacja nie sprawiła kłopotów w kwestii słownictwa odmiennego językowo i kulturowo, tym bardziej, że pojawiające się nazwy i terminy autorka szczegółowo wyjaśniała, a na końcu zamieściła słowniczek. Udało mi się zrozumieć różnice między ułusem i ordą. Przypomniałam sobie znaczenie słów chan i bej. Dostrzegłam dominację kryjącą się za sarajem i sporym niedopowiedzeniem w użyciu słowa stolica dla Karakorum. Odpowiadał mi styl narracji, przyjazny i przystępny, bez zbędnej naukowej terminologii, za to z entuzjastycznym i szczegółowym podejściem do historii Ordy. Jak na literaturę popularnonaukową, nie zabrakło przydatnego indeksu i rozbudowanych przypisów. Śledzenie terytorialnych ruchów ułatwiały liczne mapki, ilustracje i zdjęcia, znakomicie wprowadzały w klimat mongolskiej epoki, zaś komentarz do wydania polskiego wiele wyjaśniał w kwestii nazewnictwa.
5.5/6 - koniecznie przeczytaj
literatura popularnonaukowa, historia, 432 strony, premiera 14.10.2025 (2021)
tłumaczenie Adam Bukowski
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.
środa, 12 listopada 2025
WIECZNY POKÓJ
JOE HALDEMAN
WIECZNA WOJNA tom 2
"Może po wojnie znów się ucywilizujemy, tak jak to zawsze bywało w przeszłości.”
Początkowo, kiedy przebijałam się przez tekst, wydawało mi się, że spotkanie z drugim tomem okaże się dobrą, ale nie nadzwyczajną przygodą w klimacie science fiction. Nie uwzględniłam, że powieść będzie ewoluować, w miarę upływu stron coraz mocniej odwoływać się do istoty człowieczeństwa, poddawać zatrważający w wydźwięku materiał do przemyśleń. Pierwsze rozdziały ukazujące obraz wojny w niedalekiej przyszłości, połowy dwudziestego pierwszego wieku, ogarniętej konfliktami na wszystkich kontynentach, wykorzystującej zdalnie sterowane maszyny, nie ujawniały, że nastąpi znaczący zwrot w wadze przekazywanych treści. Od klasycznego science fiction do sensacji. Pomiędzy wojną a pokojem, dychotomicznym brzmieniem i kontrastowym uzależnieniem.
Czy faktycznie natura człowieka jest tak łatwa do rozszyfrowania, jeśli u podstaw w obserwacji gatunku ludzkiego leży pewność skłonności do samozagłady? Jakby destrukcja, toksyczność i okrucieństwo wpisane były w kod genetyczny, zaś pragnienie władzy i posiadania stały się wyzwalaczami tego, co w nas najgorsze. Joe Haldeman zdawał się pokazywać potęgę wojny, niezdolność człowieka do utrzymania pokoju, preferowanie zniszczenia i traumy przed wolnością i samostanowieniem. I sytuację jednostki, zmuszonej przez zbiorowość do podporządkowania się woli nie tyle większości, co pragnieniom przywódców. Czy jakikolwiek ruch społeczny jest wstanie przeciwstawić się deptaniu człowieczeństwa, moralnych zasad i etycznych zachowań?
Autor wkładał w fabułę nie tylko zagadnienia warte bliższego przyjrzenia się od strony odwiecznej skłonności człowieka do wikłania się w wojenne konflikty, ale również skutki ekspansji technologii, i co frapujące, zapytania, co tak naprawdę dzięki niej zyskujemy, a co bezpowrotnie tracimy, w którą stronę przeważa się szala. Wydawać by się mogło, że wykreowana rzeczywistość daleka była od prawdziwej, lecz kiedy przyglądałam się jej bliżej, dostrzegałam, że wyobraźnia pisarza sięgnęła celniej niż na pierwszy pospieszny rzut oka. To, co działo się, w wielu aspektach jest niemal na wyciągnięcie ręki we współczesnym świecie. Jeszcze kilka kroków do życia w jednym ciele kilku osób, współdzielących emocje i kasowania na życzenie fragmentów pamięci. Krok od wszczepionych złącz i ciężko uzbrojonej maszyny podejmującej samodzielne decyzje taktyczne na polu walki. Wdrożone śmiałe wykorzystywanie możliwości zdalnej eliminacji przeciwników.
Alianci, Ngumi i Enterzy, trzy liczące się siły na ziemskiej scenie „Wiecznego pokoju”, każda z innym przesłaniem i pomysłem na przyszłość ludzkości. Momentami powieść nieco przegadana, niepotrzebnie rozciągnięta, ale jednocześnie wiele oferująca czytelnikowi. Julian Class, dowódca plutonu i operator zdalnej maszyny bojowej, kluczowa postać, ciekawie sportretowana. Autor uwzględnił szeroki wymiar psychologicznych aspektów wynikających z uczestnictwa w wojnie, ratowania ludzkości z brutalnej opresji, ocalenia świata, wręcz wszechświata, przed rozpadem. Atrakcyjnie spojrzenie na wytyczne rządu, zapewniające każdemu dowolne dobra materialne, troszczące się o zaspokojenie podstawowych potrzeb, ale zmuszające ludność do zarabiania na dobra luksusowe. "Wieczny pokój" nie był kontynuacją powieści "Wieczna wojna", przybliżoną na Bookendorfinie, lecz stanowił swoiste rozwinięcie. Zerknij również na wrażenia po spotkaniu z trzecim tomem "Wieczna wolność".
Inne dotychczas przedstawione na Bookendorfinie tytuły z serii Wehikuł czasu: "Księżycowy pył", "Wszystko jest iluzją", "Filmowy wehikuł czasu", "Poranek dnia zagłady", "Najazd z przeszłości", "Powtórka", "...i ujrzeli człowieka", "Kukułcze jaja z Midwich", "Czarna chmura", "Odyseja kosmiczna 3001. Finał", „Odyseja kosmiczna 2001”, „Odyseja kosmicznej 2010”, "Odyseja kosmiczna 2061", "Spotkanie z Ramą", "Rama II", "Koniec dzieciństwa", "Bill, bohater galaktyki", "Biada Babilonowi", "Olśnienie", "Równi bogom", "Klany księżyca Alfy", "Radio Wolne Albemuth", "Czas jest najprostszą rzeczą", "Umierając żyjemy", "Ziemia trwa", "Opowiadania najlepsze", "Osa", "Kwestia sumienia", "Ostatni brzeg", "Człowiek do przeróbki", "My", "Gdzie dawniej śpiewał ptak", "Gwiazdy moim przeznaczeniem", "Drzwi do lata", "Wieczna wojna", "Cieplarnia", "Przestrzeni! Przestrzeni!", "Non stop", "Aleja potępienia", "Kwiaty dla Algernoma", "Hiob. Komedia sprawiedliwości", "Rój Hellstroma", "Wieczna wolność", "Więcej niż człowiek", "Gwiazdy jak pył", "Prądy przestrzeni", "Kamyk na niebie", "Koniec wieczności".
5/6 - koniecznie przeczytaj
science fiction, 398 stron, premiera 21.10.2025 (1997) ?
tłumaczenie Zbigniew A. Królicki
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.
środa, 22 października 2025
OKO ZA OKO
JEFFREY ARCHER
WILLIAM WARWICK tom 7
„Jeden głos to więcej niż tyle, ile trzeba.” Winston Churchill
Poznane tomy serii („Nic bez ryzyka”, „Ukryte na widoku”, „Przymknięte oko sprawiedliwości”, „Brama zdrajców”, "Oko za oko") utwierdzają w przekonaniu, że są przygodami kryminalnymi z dużą dawką sensacji, nie wprowadzają w wielki zachwyt, jednak sprawiają, że przyjemnie spędzam czas. Perfekcyjnie skonstruowana fabuła od strony logicznej, interesujące prowadzenie bohaterów, uwzględnianie kontynuacji elementów z poprzednich odsłon serii. Narracja czysta, przyjazna i przekonująca, bazuje na solidnych podstawach stylistycznych. Chociaż każdą odsłonę można czytać niezależnie, to i tak lepiej po kolei zapoznawać się z nimi, wówczas podtrzymany zostaje klimat osobistych relacji, zawodowych osiągnięć, walki między dobrą a złą osobowością. Właśnie element zderzenia pozytywnej postaci z negatywnie odbieraną jest solidnym wyzwalaczem magazynowania akcji i rozwijania intrygi. Wątek między śledczym Williamem Warwickiem ze Scotland Yardu i zaciekłym wrogiem Milesem Faulknerem wpada nieco w schematyczność motywów i zachowań, lecz za każdym razem uwzględnia inną kolorystykę scenerii. Motywy pozostają bez zmian, zaś sposób zwalczania kalkulowanej na zimno zemsty przedstawia różnorodne obrazy, dosłownie i w przenośni.
Jeffrey Archer proponuje nie tylko wciągającą przygodę kryminalną, zbliżenie ze światem sztuki, ciekawe odniesienia do historii angielskiej i amerykańskiej, ale również punkty zaczepienia ze współczesnych czasów, miejsc, osób, urzędów i polityki. Dzięki temu powieść zyskuje dodatkowy efekt świeżości i solidne podstawy do nieustannej rozgrywki między dwoma przeciwnymi siłami. Sporo uników i podchodów, ucieczek na ostatnią chwilę z pułapek, wyprzedzania zamierzeń nieprzyjaciela. Co osobliwe, oczywiście w większości kibicujemy starszemu nadinspektorowi, jednak w pewnym stopniu, nie tyle obdarzamy sympatią, co doceniamy determinację i zmysł knucia intrygi adwersarza. Osobista wendeta nakłada się z wysłaniem brytyjskiej delegacji do Arabii Saudyjskiej w ramach negocjowania wartego wiele miliardów kontraktu zbrojeniowego. Do czego zdolny jest rząd, aby podpisać korzystną umowę? Czy życie znaczącej, ale jednak tylko jednostki, ma wartość w świetle możliwych finansowo korzyści dla państwa? Bardzo podoba mi się wplecenie w intrygę czystopisu Deklaracji niepodległości Stanów Zjednoczonych, brakujących klauzul i portretu wielce czcigodnego Davida Hartleya Młodszego. Pionki zostają rozstawione na szachownicy, strategie posunięć realizowane są na bieżąco, powstaje pytanie, czy do gry musi wejść królowa? Zerknij również na inne książki napisane przez Jeffreya Archera. "Ścieżki chwały" thriller w zimowym wydaniu, "I tak wygrasz" dreszczowiec z pazurem fantastyki, "Czas pokaże" intrygujący początek kronik rodu Clifftonów i "Za grzechy ojca" dynamiczną kontynuację.
4/6 – warto przeczytać
kryminał, 360 stron, premiera 19.09.2025 (2024), tłumaczenie Maja Justyna
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.
niedziela, 5 października 2025
OKRĘT
„Na jakiej dokładnie głębokości okręt pęka - to doświadczenie załoga może zdobyć tylko raz.”
Jestem pod wielkim wrażeniem przygody czytelniczej, niesamowicie przekonująca, oddziałująca na wyobraźnię, dostarczająca mnóstwo emocji. Wraz z pięćdziesięcioosobową załogą uczestniczę w działaniach drugiej wojny światowej, przemierzam atlantyckie wody w poszukiwaniu wroga, nurkuję w głębinach szukając ratunku przed bombami, walczę z nieprzyjacielem, odosobnieniem, zamknięciem, świadomością znikomej szansy pomocy w razie niebezpieczeństwa i bezpośredniej bliskości śmierci. Lothar-Günter Buchheim prowadzi narrację wyjątkowo plastycznie, z dbałością o najmniejszy detal. Publikacja obszerna, z ujęcia ilości stron i wysokiej jakości merytorycznego przedstawienia przeżyć ludzkich podczas służby w łodzi podwodnej. Posługiwanie się żargonem morskim i okrętowym czyni powieść namacalną w postrzeganiu, sugestywną w odbiorze i prawdziwą w wydźwięku. Łatwo przyswajam nieznane branżowe terminy, pomaga słownik zamieszczony na końcu książki. Dostrzegam przełożenie doświadczenia zdobytego przez autora na okrętach podwodnych na to, co dzieje się w książce.
Akcja powieści obejmuje jesienną i zimową porę tysiąc dziewięćset czterdziestego pierwszego roku. Załoga okrętu VII C, fundamentu niemieckiej floty podwodnej w bitwie o Atlantyk, spędza ostatnią noc na lądzie, aby później aktywnie uczestniczyć w teatrze działań wojennych. Sam opis kilku godzin przed wypłynięciem w misję daje obraz stopnia charakterystyki detali miejsca i osób. Niezwykłe jak młodzi są reprezentanci marynarki, a niewiele starsi podoficerowie i oficerowie. Zdobywają wiedzę i umiejętności w rejsach, próbnych i prawdziwych alarmach. Wyczekiwanie, zmęczenie i morale wymagające nieustannego wsparcia dowódcy. Buchheim ze szczegółami przedstawia personel, okręt i wyposażenie w broń. Imponuje dokładny opis warunków i pracy okrętu, przydziału obowiązków, wyglądu morza, nieba i wybrzeża. Odbieram różnorodne nastroje załogi, relacje pomiędzy członkami, podejście do mrocznego oblicza wojny, chorych ambicji Führera, bacznie obserwujących politycznych agentów i zalewających marynarzy kampanii propagandowych. Perfekcyjnie prowadzone dialogi cechuje wysoki stopień autentyczności i wiarygodności. Wiele czarnego i frywolnego humoru wśród załogi, będącego antidotum na powtarzalność czynności, ekstremalne warunki, wszechogarniający strach przed sztormem, zasadnością odgórnych rozkazów, wrogimi okrętami i samolotami. "Okręt" to lektura dla wszystkich, ale szczególnie miłośnicy literatury wojennej i psychologicznej, w tym badacze zachowania człowieka w ekstremalnych warunkach, doceniają jej walory i wartość.
5/6 – koniecznie przeczytaj
literatura wojskowa, klasyka, 658 stron, premiera 26.08.2025 (1973), tłumaczenie Adam Kaska
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.
niedziela, 28 września 2025
SZPITAL BELLEVUE
„Wszak w dziejach ludzkości nie brakowało zdarzeń, których nie spodziewał się absolutnie nikt – a jednak zaistniały.”
Bardzo lubię sięgać po książki Robina Cooka, zapewniają nie tylko sporo dreszczyków emocji, ale również dostarczają wiedzy ze strefy medycyny. Uszczegółowienia wciągają, nawet jeśli mam świadomość, że nie spamiętam naukowej terminologii i informacji. Znakomicie tworzą klimat, intensywnie odbierany, wszak zdrowie, choroby, operacje i opieka medyczna, w mniejszym lub większym stopniu, dotyczą każdego. Z zainteresowaniem śledzę funkcjonowanie amerykańskich instytucji badawczych, ośrodków zdrowia i szpitali skąpanych w biznesowej otoczce. Widać, co już zaczyna z ich realiów dotykać i polskie.
W „Szpitalu Bellevue” stykamy się z blisko trzystuletnią historią i tradycją, wielkimi nazwiskami, przełomowymi metodami i kontrowersyjnymi osiągnięciami. Dwudziestotrzyletni Michael podąża śladem przodków, jest piątym pokoleniem chirurgów w rodzinie Fullerów związanych z Bellevue. Zaczyna pracę jako rezydent i od razu trafia w zdradliwy nurt wymagającej i wyczerpujących dyżurów. Presja wiąże się ze specyfiką wykonywania zawodu, oraz osobliwymi zjawiskami i złowrogimi omenami. Autor wprowadza wiele paranormalnych elementów do fabuły, dziwnych mocy, zjaw i halucynacji. Stopniowo zagęszcza doznania kluczowej postaci. Otrzymuję dokładne relacje, co dzieje się wokół i w wyobraźni Mittego. Intryga efektownie zahacza o horror, zwłaszcza w końcowej odsłonie, a stary budynek szpitalny skrywa wiele zatrważających tajemnic.
Książkę dobrze mi się czyta, przyjazna narracja, logicznie skonstruowany scenariusz zdarzeń, zręcznie narastająca atmosfery lęku. Główny bohater w odsłonie temperamentu i osobowości niczym szczególnym nie wyróżnia się, ale dysponuje szczególnymi zdolnościami prekognicji i wyczuwania myśli innych. Pisarz zręcznie stawia na nieciągłość predyspozycji Michaela i nie mogę być pewna interpretacji incydentów. Pomimo wielu atutów, „Szpital Bellevue” nie trzyma mocno w napięciu, wywołuje stonowane podekscytowanie, niespecjalnie zaskakuje, lecz pozwala przyjemnie spędzić wieczór. Mniej frapuje przebieg zdarzeń, więcej wydźwięk możliwości, podobają mi się brzmienia thrillera. Finałowa odsłona na plus, różne wnioski mogę wyciągnąć.
Zerknijcie na inne tytuły Cooka zaprezentowane na Bookendorfinie. Lawina przypadków śmierci w "Oświeceniu", cykl tragedii w „Pandemii”, zaskakujące obroty spraw w „Znieczuleniu”, sprytnie zaciskana pętla niepewności w „Szarlatanach”, seria zagadkowych incydentów w „Polisie śmierci”, intryga wokół osiągnięć genetyki w "Genezie", demaskacja pazerności firm ubezpieczeniowych w „Wirusie”, klasykę thrillera medycznego „Epidemia”, trzymający do końca w sensacyjnym napięciu "Nocny dyżur", oraz "Przyczyna zgonu" z serią nieoczywistych przypadków
samobójstw w zagęszczonym czasie.
4/6 – warto przeczytać
thriller medyczny, 266 stron, premiera 19.09.2025 (2024), tłumaczenie Maciej Szymański
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.
poniedziałek, 22 września 2025
KSIĘŻYCOWY PYŁ
[PRZEDPREMIEROWO]
ARTHUR C. CLARKE
„Umysł ma wiele psów stróżujących i chociaż czasem szczekają bez potrzeby, mądry człowiek nigdy nie ignoruje ich ostrzeżenia.”
Przyjemna przygoda, prosta, ale wciągająca, bez udziwnień, za to z wizją kosmicznych podróży człowieka. Ludzie w dziesiątkach tysięcy zamieszkują bazy miasta na Księżycu, przemieszczają się między planetami, jednak wciąż, pomimo badań naukowych, mało wiedzą o naturalnym satelicie Ziemi. Niektóre obszary księżycowego krajobrazu pozostają nieznane, zaskakują odkrywców, pionierów, badaczy, firmy nastawione na biznes, turystyczny jak w przypadku tej historii. Ludzie szybko zapominają, że Księżyc to dziwny i piękny świat, potrafi zachwycić i okazać się bezwzględnym zabójcą.
Scenariusz zdarzeń nie należy do skomplikowanych. Dwadzieścia dwie osoby, po nagłym wstrząsie księżycowej materii, pochłania pył o specyficznych właściwościach. Wycieczka turystyczna, baza do cudownych wspomnień, za sprawą naturalnego kataklizmu, staje się walką o przetrwanie. Monotonna, pozbawiona cech szczególnych, powierzchnia Morza Pragnienia, nie ułatwia pracy ekipie poszukiwawczej. Pat Harris, kapitan uwięzionego pojazdu, stara się za wszelką cenę nie tracić ducha i nadziei na ocalenie pasażerów. Zdaje sobie sprawę, że szanse na przeżycie są minimalne a sytuacja wymaga walki nawet z groźnym przeciwnikiem.
Obserwuję próby bohaterów utrzymania się przy życiu od strony fizycznej i psychicznej. Zachowania ofiar trzęsienia atrakcyjnie ukazują mentalność i naturę człowieka w przerażającej sytuacji praktycznie bez wyjścia. Odzywają się naturalne instynkty, ambicje i pragnienia, do głosu dochodzą różne temperamenty, ale też rodzi się coś szczególnego. Athur C. Clarke frapująco ukazuje łatwość, z jaką ludzie zapominają ziemskie wspomnienia, wystarczy kilka pokoleń, aby historia macierzystej planety zatarła się w pamięci, świadectwach i podręcznikach. Jest w tym coś surowo prawdziwego a zarazem przewrotnego. Daje do myślenia z perspektywy życia jednostki, cywilizacji i gatunku ludzkiego. Co więcej, aby docenić własny świat ludzie muszą zobaczyć go z kosmosu. Przekazy powieści wciąż pozostają aktualne, nie starzeją się.
Autor interesująco, w żartobliwej odsłonie, przedstawia społeczną fascynację spiskowych teorii powiązanych z niezidentyfikowanymi obiektami latającymi. Socjologiczne spojrzenie na to, co działo się w amerykańskiej mentalności lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Liczyłam na odmienne brzmienie finałowej odsłony, lecz nie narzekam, elementy księżycowej układanki dobrze do siebie pasują, chociaż pod koniec czuć pospiech dopasowywania. Ciekawie spogląda się na przyszłe wizje znajomości kosmosu i technologie zdobywania, biorąc pod uwagę, że książka powstała w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym roku. Nauka bardzo rozwinęła się, ale natura człowieka niczym nie zaskakuje. Z jednej strony to atut, specyficzna pewność, trwałość i znajomość, z drugiej coś ograniczającego, zawadzającego i kolidującego z planami ekspansji.
Inne dotychczas przedstawione na Bookendorfinie tytuły z serii Wehikuł czasu: "Wszystko jest iluzją", "Filmowy wehikuł czasu", "Poranek dnia zagłady", "Najazd z przeszłości", "Powtórka", "...i ujrzeli człowieka", "Kukułcze jaja z Midwich", "Czarna chmura", "Odyseja kosmiczna 3001. Finał", „Odyseja kosmiczna 2001”, „Odyseja kosmicznej 2010”, "Odyseja kosmiczna 2061", "Spotkanie z Ramą", "Rama II", "Koniec dzieciństwa", "Bill, bohater galaktyki", "Biada Babilonowi", "Olśnienie", "Równi bogom", "Klany księżyca Alfy", "Radio Wolne Albemuth", "Czas jest najprostszą rzeczą", "Umierając żyjemy", "Ziemia trwa", "Opowiadania najlepsze", "Osa", "Kwestia sumienia", "Ostatni brzeg", "Człowiek do przeróbki", "My", "Gdzie dawniej śpiewał ptak", "Gwiazdy moim przeznaczeniem", "Drzwi do lata", "Wieczna wojna", "Cieplarnia", "Przestrzeni! Przestrzeni!", "Non stop", "Aleja potępienia", "Kwiaty dla Algernoma", "Hiob. Komedia sprawiedliwości", "Rój Hellstroma", "Wieczna wolność", "Więcej niż człowiek", "Gwiazdy jak pył", "Prądy przestrzeni", "Kamyk na niebie", "Koniec wieczności".
4.5/6 – warto przeczytać
science fiction, 284 strony, premiera 23.09.2025 (1961), tłumaczenie Radosław Kot
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.
W GŁĘBINIE
[PRZEDPREMIEROWO]
WILL DEAN
„Wyglądaj na silnego, gdy jesteś słaby, i na słabego, gdy jesteś silny.”
Książka miała w sobie coś, co sprawiało, że zanurzyłam się w jej głębinach z poczuciem zagadkowo spędzanego czasu. Odczuwałam grozę sytuacji, w której znalazła się główna bohaterka, narratorka opowieści. Intensyfikujący się strach przed czymś co nie powinno stać się, niemożność decydowania o własnym losie, całkowite uzależnienie od załogi. Will Dean poradził sobie z intensyfikowaniem niepokoju i kryminalnej intrygi. Oddał atmosferę zaglądania w otchłań czegoś, co przyciągało i jednocześnie niszczyło krok po kroku. Z jednej strony środowisko zmieniające perspektywę postrzegania, z drugiej ludzki umysł walczący o przetrwanie. Nie wiadomo było, czego bardziej bać się, oceanicznych zagrożeń czy intencji człowieka. Intryga stwarzała pole do interpretacji źródeł postaw postaci. Nić tajemnicy oplatała poznawane prawdy, a źródło światła niewiele ujawniało. Finałowa odsłona także niosła w sobie coś zwodniczego i zdradliwego.
Dobrze bawiłam się przy thrillerze ze sprawnie rozbudowaną sferą psychologiczną i atrakcyjnie zróżnicowanymi postaciami. Co prawda, w pewnym momencie schemat incydentów scenariusza zdarzeń powielał się, jednakże nie czułam znudzenia a frapującą ciekawość. Atrakcyjny pomysł na fabułę, zręczne oddanie specyfiki nurkowania głębinowego i wszelkiego niebezpieczeństwa z tym powiązanego, to mocne atuty powieści. Sześciu nurków głębinowych zostało zatrudnionych przez spółkę naftową do prowadzenia przez niemal miesiąc prac sto metrów pod powierzchnią wód Morza Północnego. Kiedy słona woda i ropa naftowa sterowały życiem głębinowym wszystko mogło zmienić się w mgnieniu oka. Zamknięta ciasna przestrzeń nie była niczym nowym dla „szczurów komorowych”, a jednak niemal od początku nie wszystko szło zgodnie z planem. Do niemogącej tolerować żadnego błędu walki z przeciwnościami morskiego środowiska docierała przerażająca świadomość konieczności walki o przetrwanie w zagrożeniu z ludzkich rąk. Kiedy jeden z nurków został odnaleziony martwy, nikt nie spodziewał się kierunku, w jakim potoczą się losy innych. „W głębinie” wsysało w katastroficzny wir mrocznych czynów, klaustrofobiczną mieszankę lęków, nienasycony nurt zwodniczej ludzkiej wyobraźni. Przydatny okazał się mini słowniczek nurkowania głębinowego i poglądowy schemat jednostki wsparcia dla grupy nurków.
4.5/6 – warto przeczytać
thriller psychologiczny, 336 stron, premiera 23.09.2025 (2024), tłumaczenie Radosław Kot
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.


















