sobota, 19 września 2026

KOMNATA SEKRETÓW

ALEK ROGOZIŃSKI

„Są takie sekrety, które dopiero po czyjejś śmierci zaczynają być najbardziej niebezpieczne.”

Dawno nie sięgałam po komedię kryminalną, a poczułam chęć wejścia w te klimaty czytelnicze, zatem wybór padł na opowieść „Komnata sekretów”, w końcu wszelkie spiski, teorie, tajemnice i sekrety idealnie nadają się, aby wymieszać je w intrygującym a jednocześnie humorystycznym scenariuszu zdarzeń. Czytałam „Śmierć w blasku fleszy” tego autora i wyniosłam sympatyczne wrażenia po spotkaniu z książką. Wiem, że to mało z jakże bogatego dorobku pisarza, tym bardziej, że bardzo lubianego przez odbiorców, ale za to często zaglądam na facebookowy profil Alka Rogozińskiego, aby złapać uśmiech na początek dnia. Nie zawsze zgadzam się z przemycanymi przez autora opiniami o rzeczywistości i postaciach w niej uczestniczących, ale jestem pod wrażeniem niekończących się pomysłów na przedstawiane realiów codzienności, w przyjemnym krzywym zwierciadle i ciepłej autoironii.

I właśnie, lekkie nabijanie się z osób obecnych w nagłówkach mediów, bezpośrednie ich przywoływanie, lub za pośrednictwem wykreowanych bohaterów, okazało się głównym nurtem humoru, oczywiście, wspartym kontekstem sytuacyjnym. Liczne i barwne postaci. Halina, urocza starsza pani, najbardziej rozbawiała wypowiedziami i podejściem do świata, w tym męża i zasadności funkcjonowania szajki hejterskiej. Imponowała niespożytą energią i entuzjazmem. Pozostałe umiarkowanie przekonywały. Jeśli chodzi o intrygę, w skrócie opisując, pogoń za bursztynowym skarbem, przez kilku wtajemniczonych i zainteresowanych, nie wciągnęła tak, jak na to liczyłam. Scenariusz wypakowany naprzemiennie zmieniającymi się scenami, różnorodnymi osobowościami, pragnieniami i ambicjami bohaterów, co dobrze rokowało na pozytywny odbiór powieści, jednak w pewnym momencie, zamiast zaangażowania w akcję, poczułam lekkie znużenie, tym bardziej, że zakończenie przewidywalne. Tym niemniej, „Komnatę sekretów” szybko poznawałam, nie sposób nie podkreślić przyjaznego i lekkiego stylu narracji, dowcipnych zabaw językowych i skojarzeniowych, chciałoby się ich więcej. Wszystko zaczęło się od pojawienia się na uroczystości pogrzebowej babci Pauliny, nieznanego rodzinie zmarłej, historyka sztuki i archeologa. Mężczyzna zdawał się coś sygnalizować, może o dziele, które krzyczało historią, a może o historii rodzinnej, która nigdy nie powinna była wyjść na jaw. Jak to się stało, że śledztwo dziennikarskie weszło w etap gry, które mogło kosztować znacznie więcej niż planowała pracownica portalu? Czy pytania mogły być groźniejsze od odpowiedzi?

3.5/6 – w wolnym czasie
komedia kryminalna, 318 stron, premiera 11.03.2026
Tekst powstał w ramach współpracy z Secretum.pl

piątek, 18 września 2026

NIEUDANE DORĘCZENIE

KOMISARZ MAJA LEWANDOWSKA I ANTONI SZYMAŃSKI tom 1

ŻANETA GÓRECKA

"Śmierć to proces, nie moment.”

Żaneta Górecka powinna podążać ścieżką pisarstwa, przejawia do tego dryg, wyobraźnię i to coś nieuchwytnego, co się ma lub nie, a co sprawia, że czytelnik chętnie zanurza się w fabule. „Nieudane doręczenie” to książka z potencjałem, niestety skażonym jeszcze debiutanckimi niedociągnięciami. Ale nie szkodzi, i tak prowadzona jest w przyjaznym i wciągającym stylu. Jestem przekonana, że kolejna powieść autorki, a zapowiada się, że taka powstanie, pozbędzie się pewnych zgrzytów w intrydze i usterek w konstrukcji postaci, a warsztat zyska na elastyczności i zaskakiwaniu. 

Przekonuje osadzenie wątków kryminalnych w obyczajowej otoczce, barwnie brzmi, prowadzi ku komplementarności, a nawet w psychologicznej oprawie, odbieram ją jako przymiarkę, tym niemniej, podchwytuję niektóre udane elementy z próby. Pomysł na scenariusz zdarzeń ciekawy, przemieszczający się na osi czasu, pozwalający, aby przeszłość doszła do głosu i dramatycznie namieszała w teraźniejszości. Wszystko zaczyna się od odnalezionych zmasakrowanych zwłok mężczyzny, później dużo się dzieje, zdecydowanie na plus. Wiodące i zakulisowe następstwo scen podgrzewa atmosferę niepewności, chociaż brakuje w tym wprawy, to pole do popisu w zakresie interpretacji incydentów i dochodzenia do prawdy. Niestety, nie udaje się autorce namieszać w tej grze na tyle, abym stosunkowo szybko nie domyśliła się, może nie całej prawdy, ale kluczowych fragmentów, a od tego już wolna droga do złożenia przypuszczalnej całości. Odczuwam moc mrocznej odsłony człowieka i za szybko odgaduję tożsamość źródła zła, jednakże początkowo naprawdę nieźle się bawię. Przewiduję, że w kolejnym tomie pewne aspekty nie będą za szybko czytelne, a rozwiązania będą zawdzięczały mniej szczęśliwym zbiegom okoliczności. Naprawdę wierzę w jeszcze lepsze możliwości autorki.

Odpowiada mi, że powieść ma liczne grono postaci, Żaneta Górecka stara się o różnorodność, ciekawe portrety i bogactwo życiorysów, w stopniu wystarczającym na kryminalną opowieść. Atutem są opisy scenerii i przebiegu zdarzeń, lekko niosą w powieściową rzeczywistość, wspierają się klimatem miasteczka, gdzie wszyscy doskonale znają się i wiedzą o sobie niemal wszystko. Natomiast dialogi sprawiają wrażenie nieco ciężkich i nieuwzględniających odmienne typy osobowości postaci. Czasami śledczy szli na skróty, jak przy rozmowie ze świadkiem sąsiadką ofiary, jedynie do pierwszej wskazówki, mało przekonujące. Podobnie jak nawiązywanie przyjacielskiej relacji natychmiast po zawarciu znajomości. Powolność wkroczenia do akcji antyterrorystów nieco zaskakuje, jak i szybkie oddanie przewagi strzeleckiej w zakończeniu. Dokładnie podążam tropem całej książki, aby poczuć się oszukaną w finałowej odsłonie, jednak są czytelnicy, którzy uwielbiają zawieszenia losów bohaterów i otwarte ścieżki do kontynuacji. „Nieudane doręczenie” to kryminał, w którym przeszłość dogania postaci, zbrodnia przywołuje szaleństwo, brutalność odżegnuje się od logiki, chaos uderza z chirurgiczną precyzją, zaś pytania prowadzą do odpowiedzi, których nikt nie chce usłyszeć.

4/6 – warto przeczytać
kryminał, 334 strony, premiera 25.02.2026
Tekst powstał w ramach współpracy z Secretum.pl

czwartek, 17 września 2026

GEN ZŁA

KOMISARZ OLGA BALICKA tom 11

KATARZYNA WOLWOWICZ

"Wstrzymała oddech i nasłuchiwała…”

W jedenasty tom serii z komisarz Olgą Balicką weszłam gładko i swobodnie, pomimo nieznajomości poprzednich odsłon. Katarzyna Wolwowicz zręcznie poprowadziła po meandrach wydarzeń z poprzednich odsłon, wybierając informacje przydatne z punktu widzenia obecnej przygody czytelniczej, bez obciążania mniej istotnymi. Dobrze poczułam się w „Genie zła”, zaangażowałam się w zagadkę kryminalną, chętnie dociekałam prawdy. Intryga okazała się złożoną wielowątkową konstrukcją, zaś śledztwo przybrało znamiona zawiłości i zagmatwania. Jednak w połowie powieści poczułam, że niczym kluczowa postać, intuicyjnie odbierałam miejsca źródła mrocznej otchłani. Gdyby nie zbyt mocno nagłośniony instynkt Olgi Balickiej, pewnie przez jakiś czas jeszcze przebywałabym w zawieszeniu między prawdą a kłamstwem, a tak nieco za szybko przybliżyłam się do tożsamości mordercy. Autorka atrakcyjnie zapętliła w krótkim czasie kilka podobnych modus operandi pozornie niezwiązanych ze sobą ofiar, zdarzeń i podejrzanych. Odpowiadało mi nasycenie akcji licznymi zgonami, zupełnie jakby diabeł nieustannie podsycał ogień nienawiści i zemsty. Doceniłam różnorodność portretów postaci, każda coś ciekawego wnosiła do sprawy. Niekiedy pisarka szła za mocno na skróty i z wyraźnym schematyzmem, co nieco drażniło, ale można było na to przymknąć oko ze względu na dynamiczność zmian scen. 

Komisarz Olga Balicka nie została moją powieściową przyjaciółką, coś mi w niej nie pasowało, najprawdopodobniej mieszanka mniejszego lub większego profesjonalizmu zawodowego, uzależniona nie tyle od jej przekonań, co chwilowego nastroju. Nie rozumiałam, dlaczego natychmiast składała dziecku po traumie obietnice, dawała się kierować kaprysowi chwili, wydawała się za rozchwiana, szybko przechodząca z jednej skrajności w drugą. Taki odbiór komisarz mógł wynikać po części z nieznajomości wszystkich dramatów, które odcisnęły na niej piętno, a przekonałam się, że było ich wiele. Nie do końca udało się autorce wiarygodnie odmalować dwulicowość postaci z mroku, jak na doświadczonego przestępcę i wyszkolonego człowieka za szybko ukazała swoją przemianę, na czym straciła tajemniczość w jej odbiorze. Plus dla Katarzyny Wolwowicz za poruszenie istotnych aspektów społecznych, jak przemoc w rodzinie i patologię w domach dziecka. Nie przekonuje sam tytuł powieści, nie ma czegoś takiego jak gen zła, owszem są genetyczne predyspozycje, które wsparte środowiskowymi czynnikami mogą jedynie zwiększać skłonność do agresji, lecz co bardzo istotne, nie determinują jej.

4.5/6 – warto przeczytać
kryminał, 350 stron, premiera 28.01.2026
Tekst powstał w ramach współpracy z Secretum.pl

środa, 16 września 2026

PIĄTA EWANGELIA

PHILIPP VANDENBERG

„Wszystkie tajemnice ludzkości mają niepozorne początki.”

Klasyczny styl sensacji spiskowej, sprawdzone metody przyciągania uwagi czytelnika, zachęcające do śledzenia barwnego scenariusza zdarzeń. Początkowo wydawało mi się, że Philipp Vandenberg zapewni mocne przeżycia, gdyż powieść już na wstępie przyjęła dramatyczny obrót spraw. Jednak z każdym rozdziałem entuzjazm malał. Pomysł na intrygę zaliczyłam do ciekawych i atrakcyjnych, ale sposób jego podania do miałkich i nieprzekonujących. Tym niemniej, jeśli lubicie zanurzać się w zakodowanych tajemnicach, wzmiankach o historycznych fantomach, fałszywych tożsamościach, osobliwych postaciach, elitarnych zakonach, skupiskach genialnych naukowców, podejrzanych grupach interesów, różnego rodzaju przestępstwach i morderstwach, to dynamicznie przebiegająca akcja może sympatycznie wypełnić wolny czas.

Nadrzędną osią fabuły okazało się docieranie do źródła, znaczenia i posiadania przedmiotu, za który oferowano majątek, a który naraził wielu ludzi na niebezpieczeństwo, a zwłaszcza Kościół. Wiedza na jego temat była niczym powracająca forma zwątpienia i wywrócenia chrześcijańskiego świata do góry nogami. Gdyby artefakt wpadł w niepowołane ręce, Watykan stałby się muzeum a papież postacią operetkową. To właśnie pergamin sprzed dwóch tysięcy lat odgrywał główną rolę we wszystkich osobliwych wydarzeniach. Ktokolwiek zabrał się za rozwiązywanie jego zagadki napotykał mur milczenia i narażał się na ryzyko utraty życia. Zdawało się, że przyległa do niego straszliwa klątwa. 

Anna, główna bohaterka książki, której mąż zginął w wypadku samochodowym, starała się dotrzeć do prawdy o dramatycznej śmierci partnera, zajrzeć za kulisy spraw wyłaniających się z jej dociekań, ale kręciła się w kółko i coraz bardziej oddalała od niej. Chwytała różne tropy prowadzące ją przez pół świata, zaś fakty krążące wokół znaleziska cechował najwyższy poziom niedorzeczności. Wydawało się, że w żadnym miejscu na ziemi, nieszczęście, wrogość i kłamstwo były tak powszechne jak w klasztorze, zaś zbrodnia i pobożność nigdzie nie szły w parze tak często jak w Rzymie. Kościołowi udało się więcej nagrzeszyć w milczeniu niż innym ludziom złymi słowy. Diabeł również nosił sutannę. Zerknij również na inne książki tego autora, zaprezentowane na Bookendorfinie („Akta Golgoty”, „Cienie purpury”, "Ósmy grzech główny").

3.5/6 – w wolnym czasie
sensacja, 310 stron, premiera 08.06.2008 (1993), tłumaczenie Sława Lisiecka
Książka wypożyczona z biblioteki.

wtorek, 15 września 2026

APETYT NA ŻYCIE. KORNELIA OD SERCA

RENATA CZARNECKA

„Ten gwar, ten hałas są życiodajne, pełne energii, świadczą o tym, że życie toczy się tuż obok, pod nosem, i trzeba w tym życiu uczestniczyć.”

Zajawka na okładce podsunęła trop czegoś nieoczekiwanego, trochę przewrotnego i przekornego, ale szybko zrozumiałam, że wchodzę w powieść mocno trzymającą się rzeczywistości, w dużym stopniu prawdziwą i bez sztucznego ubarwiania. Dopóki sami nie dobijemy do brzegu pewnego wieku, możemy tylko przypuszczać, z czym wiążą się wyzwania codzienności, jak człowiek funkcjonuje i czuje się na danym etapie życia, do jakiego stopnia ulega wezwaniom serca i uważnie wsłuchuje się w głos rozsądku, jak podchodzi do drzemiących w nim marzeń i pragnień. Dwudziestolatka wiele różni od trzydziestolatka, czterdziestolatka od pięćdziesięciolatka, a między sześćdziesięciolatkiem i osiemdziesięciolatkiem to przepaść. Im więcej dziesiątek od roku urodzenia, tym szersza odległość wzajemnego postrzegania przez młodą i starszą osobę. 

Ale czyż w naszym wewnętrznym dziecku, zwłaszcza świadomie pielęgnowanym i docenianym, bez względu na metrykę, znaczącą rolę nie odgrywają podobnie targające emocje? Szczęśliwi ci, którzy doceniają każdy aspekt życia, bez względu na troski i straty, szczęście i spełnienie. Najgorzej, kiedy człowiek sam sobie odbiera radość, chwytając się przekonania, że nie wypada mu już czegoś robić w pewnym wieku. Lepiej podążać za myślą, że jako senior czy seniorka bardziej powinniśmy przejmować się opinią własną o nas samych niż komentarzami i kpiącymi uśmieszkami innych. W końcu, życie ma się tylko jedno i trzeba z niego wycisnąć ile się tylko da, także w jego zimowej porze. Dopóki nie krzywdzimy innych, świat nam wiele wybacza.

Renata Czarnecka przedstawiła codzienność osiemdziesięciolatki, spojrzenie doświadczonymi oczyma na świat, nią samą i rodzinny dorobek. Świadomość powolnego odchodzenia, żegnania z życiem z godnością i zrozumieniem cyklu natury, należy do najtrudniejszych wyzwań. Podobnie ciężko jest ustępować pola młodszym, powierzać swoje życie, wybory i decyzje innym, nawet życzliwym bliskim. Chcą dobrze, ale nieświadomie mogą krzywdzić nadmierną troską, czułością i empatią. Kornelia, matka dwójki starszych już córek, z diametralnie różnymi pomysłami na scenariusz życia, pod patronatem opieki została przesadzona z domu z ukochanym ogrodem do mieszkania w bloku. Nie chciała nikomu sprawiać kłopotu, narażać Michalinę i Iwonę na dodatkowe obowiązki, dlatego z bólem serca, ale podporządkowała się ich wskazówkom. 

Autorka znakomicie ukazała społeczne niezrozumienie i niecierpliwość wobec starszych, często lekceważenie i upokarzanie, a nawet agresję, albo niedostrzeganie i pomijanie wzrokiem, także niewielką chęć czerpania z dobrych rad i hierarchii wartości. Oczywiście, nie każdy tak postępuje, ale jest trend odgradzania się od starszych. Kornelia ceniła rutynę codzienności, spokojny rytm dnia, drobne przyjemności, zaś córki pragnęły, aby towarzyszyła im w szybko rozwijającej się współczesności. To, co dla nas dobre, niekoniecznie innym odpowiada. Wiele aspektów zostało poruszonych w powieści, chociażby samotność, tęsknota za tym, co było, przywiązanie do znanych miejsc, sprzeciw wobec bierności, spadek sprawności psychicznej i fizycznej. Bardzo w to wszystko wpasowała się finałowa odsłona powieści, cechująca się normalną naturalnością.

Kornelia zaskakiwała fizycznym duchem, wielokilometrowymi spacerami i biegami. Bardzo żałuję, że moi rodzice nie mogli cieszyć się taką sprawnością, że nie było im dane wyłapać wzrokiem kleszcza u psa. Niestety, ze względu na różne choroby, nie każdy może dobrze przeżyć ostatni okres życia. Jakże ważną staje się wówczas obecność kogoś z dobrym słowem, pocieszeniem, przytuleniem i pomocną dłonią. Emocjonalnie podchodziłam do refleksji kobiety, prawdziwych i szczerych, wartych przemyślenia i odniesienia do własnych. Nie przekonywały dialogi, niekiedy wymuszone, odsłaniające sprzeczność osobowości drugoplanowych bohaterów, nieco na siłę naprzemienną rolę w interpretacji zdarzeń. Zbiegi okoliczności, chociaż mało prawdopodobne, to jednak podkreślały, że wiele zależy od splotu okoliczności, ale jeszcze więcej od nas samych. 

Im jestem starsza, tym bardziej cenię sobie satysfakcję wypływającą z regularności stałych zajęć, uśmiech dla drobnych przyjemności, swobodne wyrażanie siebie, oddalenie od toksycznych osób a zbliżenie do realizacji odkładanych marzeń. Dostrzegam w sobie coraz większe zrozumienie i cierpliwość do popełnianych pomyłek, zapominania o czymś, powolniejszego kojarzenia, potknięć językowych, nieogarniania żargonu młodzieżowego i szybkości rytmu dzisiejszego życia. Brakuje mi jeszcze trochę do okazywanej przez Kornelię pokory wobec życia i śmierci, pogodzenia się z tym, co nieuniknione, patrzenia na starzenie się własnych dzieci, ale mam jeszcze dwadzieścia lat, aby dorównać bohaterce. Jak wiele mogę jeszcze zrozumieć i zinterpretować, dotknąć i poczuć, ogarnąć i uporządkować, na swój sposób delektować się życiem, pasjami, obecnością bliskich i radosnymi niespodziankami. Idę we właściwym kierunku, w zgodzie z indywidualną melodią ducha, czasem w wygodnych kapciach, kiedy indziej z uwierającymi drzazgami. 

4.5/6 – warto przeczytać
literatura obyczajowa, 230 stron, premiera 22.10.2025
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Axis Mundi.

niedziela, 13 września 2026

ÓSMY GRZECH GŁÓWNY

PHILIPP VENDENBERG

„Tam, gdzie nauka się kończy, zaczyna się wiara, a to stanowi, jak powszechnie wiadomo, największy problem ludzkości.”

Powieść zrobiła dobre wrażenie, jak dotąd najlepsze z poznanych pióra tego autora (wcześniej chwyciłam za „Akta Golgoty” i „Cienie purpury”). W "Ósmym grzechu głównym" sporo się działo, wiele intrygujących zwrotów akcji, chciałam szybko poznawać kolejne rozdziały. Ujął klimat starych ksiąg, tajnych archiwów, osobliwych funduszy, tajemniczych wpisów w notatniku. Nie obyło się, co cechuje twórczość Philippa Vandenberga, bez obecności strażników wiary, w tej odsłonie samozwańczych. Jakie konsekwencje wywołało pojawienie się płótna, w które zawinięty był Jezus z Nazaretu po śmierci na krzyżu? 

Książka na wakacyjny relaks w sensacyjnych barwach, spiskowych otoczkach, morderczych rozwiązaniach i wielowiekowych klątwach. Wielu zaciekłych przeciwników, kardynalska krew, grzeszne ambicje, szemrane interesy, wszechobecna korupcja i skażony wymiar sprawiedliwości. Miałam zatem w co się zagłębiać, odkrywać sekrety, interpretować fakty i dopasowywać elementy układanki obrazu prawdy. Angażowałam się w niebezpieczną grę, wręcz diabelnie ryzykowną, rozgryzałam tajne kontakty świata przestępczego sięgające aż za mury Watykanu. Natychmiast nasunęło się pytanie, jak wiele z najznamienitszych relikwii chrześcijaństwa mogłoby być publicznie uznanych za falsyfikaty? Przeszkadzało rozkapryszenie jednej z postaci, zbyt szybko nakręcony wątek miłości i za proste branie odwetu na ludzkości. Na plus zaliczyłam zazębianie się wszystkiego w przedziwny sposób i sporą podejrzliwość wobec interesów władz kościelnych. Ścigający stał się ściganym, zaś intrygi w Watykanie nie miały sobie równych. Nie było to pierwsze morderstwo, za którym stała stara cenna księga z tajemnicą w tle.

4/6 – warto przeczytać
sensacja, 382 strony, premiera 01.01.2008, tłumaczenie Julian Brudzewski
Książka wypożyczona z biblioteki.

sobota, 12 września 2026

ULICA SZPIEGÓW

MICK HERRON

SLOUGH HOUSE tom 4

„Większą władzę ma ten, kto stoi za tronem, niż ten, kto na nim siedzi.”

Pierwszy tom „Kulawe konie” oscylował wokół porwania pakistańskiego studenta, drugi „Martwe lwy” wszedł w cień kontrwywiadu, trzeci „Prawdziwe tygrysy” mierzył się z niebezpiecznymi przeciwnikami, zaś czwarty „Ulica szpiegów” próbował odkryć tożsamość terrorystów. Powieść wypełniona różnorodnymi incydentami, wiele się działo, mniej lub bardziej spektakularnego. Trzymała w napięciu, do szybkiego poznawania kontynuacji fabuły.

Intrygująco zrobiło się wokół dawnego szpiega, teraz staruszka z problemami z pamięcią, wciąż mającego we krwi szkolenie wywiadu i kontrwywiadu. Ale nie było co się dziwić, legenda nadal mogła imponować, chociaż utrata bystrości umysłu niepokoiła nie tylko chorego i bliskich, ale również tajnych agentów. W przerażającym akcie terroru w centrum handlowym życie straciło ponad czterdzieści osób. Slough House przenikał świat spisków i brudnych machinacji, aby dotrzeć do prawd i złapać złych ludzi. Kilkorgu udało się uciec przed losem, do innych wracał w krwawej odsłonie niezależnie od tego, co zrobili. Szpiegowski świat pokazał, że historia nigdy nie była zamkniętą księgą, a jej strony można odczytać wielokrotnie. „Ulica szpiegów” to mocniejsza odsłona serii o kulawych koniach, wciągająca i zapewniająca atrakcyjną sensacyjną przygodę.

4.5/6 – warto przeczytać
sensacja, thriller szpiegowski, 408 stron, premiera 07.09.2022 (2017)
tłumaczenie Robert Kędzierski, Anna Krochmal
Książka wypożyczona z biblioteki.

środa, 9 września 2026

POLKI W POLU

NIEZNANA HISTORIA POLSKICH CHŁOPEK WE FRANCJI

SYLVIE APRILE, MARYLA LAURENT, ELŻBIETA ŁĄTKA-LIKH, MONIKA SALMON-SIAMA, JANINE PONTY

„Pamięć o tej migracji kobiet, długo ukrytej na francuskich wsiach, odżywa również dzięki pracy zbierania świadectw podejmowanej przez potomków – nosicieli często traumatycznej pamięci pokoleniowej.”

Warto było sięgnąć po reportaż, odsłaniał wąski fragment historii żeńskiej części polskiego społeczeństwa. Kobiet podążających za chlebem do Francji, do regionu Indre i Loary, pracujących w rolnictwie i gospodarstwach domowych, w latach 1930-1935. Wówczas Francja bardzo potrzebowała taniej zagranicznej siły roboczej do pomocy w odbudowie kraju i zapełnieniu luki powstałej w wyniku ucieczki za lepszym życiem ludności ze wsi do miast. Książka odkurzała małą, ale jakże ważną część przeszłości, umożliwiła poznanie okoliczności pracy, świadectw w postaci listów, językowych i społecznych odniesień. 

Z zainteresowaniem poznawałam kolejne rozdziały. Każdy ukazywał wybraną tematykę z innej perspektywy. Jedne były mniej wciągające, inne bardziej. Kilka bazowało na podłożu naukowym, pozostałe opracowano w luźniejszej formie. Trzonem stały się listy dziewcząt i młodych kobiet o tym, co je spotykało ze strony pracodawców, jak czuły się na obczyźnie, oraz prośby o wsparcie. Adresatką była Julia Duval, inspektorka, ciekawa postać, o której wcześniej nic nie wiedziałam. Zapomniane papiery, podniesione do rangi świadectw, trudnych i bolesnych doświadczeń, odzwierciedlały ułamki przykładów losów, od pełnych nadziei do pełnych obaw o przyszłość. 

Korespondencja cechowała powtarzalność, prosty język obarczony błędami ortograficznymi, niewyrobiony charakter pisma, jednak wyraziście odczuwałam emocje samotnych kobiet, przeciążonych pracą, przygnębionych moralnie, pozostawionych w obcym kraju z niechcianymi ciążami i długami. Dołączone do publikacji zdjęcia na zawsze utrwaliły młode twarze imigrantek, przemawiały do wyobraźni zatrzymanymi w obiektywie ułamkami chwil, pozwalały zajrzeć na moment w duszę uchwyconych kobiet. Publikacja zawierała także przykłady dokumentacji dotyczącej imigrantek. Nie zabrakło bibliografii i przypisów. Chętnie wsłuchiwałam się w głosy polskich chłopek, poznawałam skalę i barwę listów, jak mocno przebijały się nuty izolacji, samotności i poczucia krzywdy. Jednocześnie miałam świadomość wybiórczości relacji w książce, ze względu na brak świadectw o dobrym traktowaniu, warunkach mieszkaniowych i płacy, przystosowaniu się do obcego języka, stylu życia, kuchni, zwyczajów i religijności.

4/6 – warto przeczytać
praca zbiorowa, reportaż, 20.08.2026, tłumaczenie Elżbieta Łątka-Likh
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

OBŁOK MAGELLANA

STANISŁAW LEM

„Jak dziwnymi drogami chadza rozwój ludzki! To, co żyjącym wydaje się często niezrozumiałe... z perspektyw czasu wydaje się oczywistą koniecznością...”

Sięgając po książkę warto pamiętać, że po raz pierwszy wydana była w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym piątym roku, a napisana kilka lat wcześniej, w czasach głębokiego komunizmu. Zatem pewne skażenie ideologią i cenzurą pozostawiło na niej rysy, ale i tak było ich mniej niż się spodziewałam. „Obłok Magellana” czytałam dla przyjemności poznawania futurologicznej przygody, gwiezdnej wyprawy wypełnionej tragicznymi wypadkami i naukowymi pomysłami, przelania w czyn ambitnych planów międzyplanetarnych naszej cywilizacji. Ale również podchodziłam do niej z perspektywy tego, co uwidoczniło się już w połowie dwudziestego wieku w zdobyczach naukowej wiedzy a co po niej pozostało, jak zostało na przestrzeni wieków rozwinięte i do czego doprowadziło ludzkość, w wymiarze naukowym, technologicznym, kulturowym i społecznym. 

Jak mógłby wyglądać nasz świat w trzydziestym drugim wieku, co po nas pozostałoby, oprócz zniekształconej historii, z czym przyszłoby się nam zmierzyć i jakim kosztem, a nade wszystko czy człowieczeństwo znaczyłoby to samo co dziś? Czy nasycenie cechami i dramatyzmem pozostałoby bez zmian, bez względu na okoliczności, a może wytoczyłoby nowe szlaki myśli i przekonań? Podobały mi się odwołujące się do nauki opisy odmalowywanej rzeczywistości przyszłości. Zadziwiające, jak wiele udało się autorowi trafnie przewidzieć. Właśnie futurystyczne pomysły, z socjologiczną aurą, uznałam za mocny atut książki. Podobnie jak dostarczanie materiału do refleksji o nas samych i człowieczeństwie, perspektywie zastoju lub nawet śmierci cywilizacji po bujnym i szybkim postępie. Odpowiadało mi zastanawianie się nad nowymi problemami, podejściem do nieskończoności w ujęciu kosmosu i atomu, długością wyczekiwania aż przestaniemy być więźniami ziemskiej przestrzeni, możliwością narodzenia się nowej indywidualności, wynikającej nie z niedostatku wiedzy, ale z jej nadmiaru. Jak bardzo jako ludzie pragniemy być zawsze na samej granicy możliwości, gdzie zbadane i pokonane styka się z niezdobytym i groźnym, Zerknij również na wrażenia po spotkaniu z podsuwającymi materiał do refleksji "Niezwyciężonym" i "Solaris", rewelacyjną komiksową przygodą "Podróż siódma", interesującą korespondencją między Stanisławem Lemem a Ursulą K. Le Guinza "I mów, że moja chwała z przyjaciół się bierze", tytułami zaprezentowanymi na Bookendorfinie.

4.5/6 – warto przeczytać
fantastyka naukowa, 516 stron, premiera 29.10.2025 (1955)
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

wtorek, 8 września 2026

OSNOWA

[PRZEDPREMIEROWO]

KRZYSZTOF PISKORSKI

„Bo widzicie, strach czasem może być tak silny, że sam staje się rzeczywistością.”

Wciągająca podróż w świecie fantastyki i rzeczywistości, czerpiąca garściami z baśni i mitów, odwołująca się do postaci historycznych, dorobku starożytnych cywilizacji i współczesnych technologii. Subtelnie dotykająca pradziejów i początku świata. Zastanawiacie się, jak można to wszystko powiązać w ciekawy splot wydarzeń, a ponadto na wysokim poziomie zaangażować czytelnika? Krzysztof Piskorski to potrafi, kreuje coś na kształt baśni, ale takiej, w której czytelnik nie tylko odnajduje nawiązania do bajkowych bohaterów, miejsc i przesłań, ale również sposobów przemieszczania się między odmiennymi światami, uczestniczenia w niebezpiecznych incydentach i przeżywania niesamowitych przygód. Nie tylko ekscytująco oprowadza czytelnika i postaci po dwóch światach, ale również z wyczuciem pozwala na balansowanie na ich granicy. Zawieszenie między światami doskonale wyczuwa się w dialogach, myślach i subtelnych ruchach bohaterów. Podobnie jak głębię, w której czas nie ma znaczenia, zaś dzień jest nocą zakłóconą przez jasność.

Podoba mi się duża rozpiętość i fluktuacja między prawymi i lewymi brzegami cieni rzucanych przez jednostkę i grupę. Ratowanie czegoś delikatnego, przeciwstawianie się czemuś groźnemu, podejmowanie ryzyka w imię misji, wnikanie w długie cienie śmiertelności i nieśmiertelności. Wierzę w osobowość, postawy i zachowania bohaterów, ale dopiero na koniec książki rozgryzam otulające ich sekrety i tajemnice. Dwadzieścia pięć lat, jakże kosmicznie mała długość czasu w ujęciu istnienia planety, a jak znacząca z perspektywy życia człowieka. Podchwytuję frapujące odwołanie do sposobu postrzegania czegoś, do czego powróciło się po wielu latach, w ujęciu osób, miejsc i wydarzeń. Jak bardzo coś przeżytego, znajomego i oswojonego może zmienić się pod wpływem wspomnień, interpretacji i motywów zapamiętania, od strony wielkości, wyglądu, cech i brzmienia? Jak gęsta mgła potrafi spowijać przywołane obrazy i do jakiego stopnia prawdziwość staje się czymś umownym? I znów pytanie o zaletę powieści, jak zręcznie można rozciągnąć magię na stronach powieści, w naturalny, mroczny i intrygujący sposób, pomieszać rzeczy, których nikt jeszcze nie pomyślał zmieszać, by zaskoczyć wydźwiękiem? A udało się. 

Ciekawy splot odwiecznych praw, ludzkich losów, fundamentalnych praw i nieujarzmionych sił, tych wiecznych i chwilowych, dawnych i współczesnych. Sunięcie wydarzeń po niewidzialnych dla siebie torach, budujących w osnowie wyraźny wzór, podlegający zafalowaniu, zawirowaniu i zakłóceniu. Przemijanie jako forma odradzania się, tylko właśnie, w imię czego i jakim kosztem? Czy jako ludzie powoli wyzbywamy się prawa do tkania wzorów ziemskiej egzystencji przez mózg żywego człowieka i stopniowo dajemy przyzwolenie na kreację przez syntetyczne neurony, czyli tworzenie opowieści przez sztuczną inteligencję? Przyznaję, że entuzjastycznie daję ponieść się intrygującemu klimatowi opowieści, zaskakującym obrotom spraw, szybkiej dynamice akcji i wielowarstwowej fabule. Przy takim materiale jako odbiorca chętnie uruchomiam wyobraźnię, wyraźnie odbieram emocje postaci, także te sprzeczne, wypełnione wstydem i poczuciem winy, domagające się naprawienia błędów z przeszłości i zamknięcia pewnych wątków. Przychylnie podchodzę do żargonu sfery kryptowalut, gdyż jest mi ona mało znana. Nie dostrzegam w „Osnowie” istotnych wad, jedynie drobnostki, które nie mają wpływu na pozytywny odbiór tytułu. Przy okazji, zerknijcie na wrażenia po spotkaniu z innymi książkami Krzysztofa Piskorskiego ("Zadra", "Czterdzieści i cztery"), które z przyjemnością przedstawiam na Bookendorfinie.

5.5/6 – warto przeczytać
fantasy, 422 strony, premiera 09.09.2026
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.