środa, 4 marca 2026

POWOLNOŚĆ

MILAN KUNDERA

"Szybkość jest formą ekstazy, którą rewolucja techniczna złożyła człowiekowi w darze.”

Sto trzydzieści stron interesującej przygody czytelniczej, zachęcającej do refleksji, z filozoficznymi odniesieniami, ciekawymi dygresjami i znakomicie rozpisanymi dialogami. Milan Kundera zachęcająco pcha czytelnika ku powolnemu delektowaniu się zawartością, żeby podchwycił koncepcję, wydźwięk, wyraz i obraz. Bez pośpiechu analizował fabułę, w skupieniu i z cierpliwością. Test dla odbiorcy, czy we współczesnym świecie z dominantą presji czasu i pogoni za nim, potrafi z uwagą odkrywać cenne przesłania i ironiczne wstawki. Wciągająca i zajmująca gra, różny klimatycznie i rytmicznie taniec, jawna i ukryta prowokacja. 

Rzeczywistość przeplata się z surrealnymi odniesieniami, grzeczność wykluczona zostaje przez frustrację, zaś poprawność językowa ustępuje miejsca sprośności. Momentami bez owijania w bawełnę i bezpośrednio, kiedy indziej zmysłowo i finezyjnie. Kontrast na kilku płaszczyznach, w klimacie, wątkach, miłości, nauce, rozmowie i twórczości. Siedemnastowieczny libertynizm i dwudziestowieczne odbicie obyczajowe i intelektualne. Wspólny punkt przeplatających się wątków to stare zamczysko, świadek miłosnych uniesień hrabiny z kochankiem, uczestnik kongresu entomologicznego, miejsce przystanku podróżniczego autora z żona. Zastanów się, wolisz uczucie podążania za spełnieniem, czy samo spełnienie? Preferujesz powolne tempo życia z intensywnymi doznaniami, czy pospieszne i pobieżne relacje ze światem? Uznajesz przyjemność, rozkosz i szczęście za nadrzędny cel życia, czy aprobujesz szczyptę cierpienia jako przyprawę życia? Rozumiesz tajemną więź między powolnością a pamięcią, między szybkością a zapomnieniem? Zerknij na wrażenia po spotkaniu z inną książką Kundery, zaprezentowaną na Bookendorfinie, zatytułowaną "Kubuś i jego Pan".

4/6 – warto przeczytać
literatura współczesna, 128 stron, premiera 10.04.2025 (1993), tłumaczenie Marek Bieńczyk
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

wtorek, 3 marca 2026

ŚWIĘTOWANIE ŻYCIA

EWA WOYDYŁŁO

"Zakładając maskę, nie godzimy się na siebie. Chcąc uniknąć odrzucenia przez innych, odrzucamy sami siebie.”

Osoby obserwujące i czytające Bookendorfinę wiedzą, że po trudnych doświadczeniach życiowych w ostatnich kilku latach i braku czasu dla samej siebie, po lekkim odpoczynku od niemal wszystkiego, wreszcie nabrałam sił, aby zadbać o siebie mentalnie, dotrzeć do najgłębszych pokładów duszy, uruchomić proces oczyszczania z toksycznych myśli i relacji. 

Jestem bardzo zadowolona z tego, jak pozwalam rozwijać się dialogowi samej ze sobą, przychylnym okiem spoglądać na własną osobowość, doceniać pozytywny wpływ samoświadomości. Aby podtrzymać dobrą passę po poradzeniu sobie z poczuciem straty i niesprawiedliwości dotykającej mojej bliskich, z przyjemnością trwam w postanowieniu dbania nie tylko o innych, ale i o siebie samą. Dlatego chętnie zaglądam do różnorodnych publikacji, nie tylko popularnonaukowych z dziedziny psychologii i neurologii, ale również poradników o charakterze terapeutycznym, przypominających o najważniejszych wartościach w wysokiej jakości prawdziwego życia. 

Przy książkach Ewy Woydyłło sympatycznie spędzam czas, nie czuję presji szybkiego poznawania. Celowo umawiam się z nimi na spokojne spotkanie, tak aby jak najwięcej złapać cennych myśli i trafnych przekazów. Oczywiście, prezentowany materiał nie należy do nieznanych mi, wiele już w życiu przeżyłam, pokonałam długą drogę, nazbierałam sporo inspirujących doświadczeń, jednak wciąż mam wrażenie, że warto sobie o nim przypominać, dopingować się do trafniejszej aktywności, wyciągać z treści to, co w danym momencie najbardziej potrzebuję lub najlepiej mi służy.

„Świętowanie życia” to w zasadzie trzy książki w jednym wydaniu. Napisane w dwa tysiące piątym roku „Sekrety kobiet” pięknie odnoszą się do różnych odcieni kobiecości, wyobrażenia o nas samych, poczuciu wartości, pozytywnych wzmocnieniach, ale i szeroko omówionych chorobach duszy. Sporo o emocjach, lękach, samotności, płaczu, krzywdach, nierówności i sekretach. Podobała mi się propozycja ujmowania problemów w formie pytań, wywołania odwagi do przeprowadzenia zmian, odrzucenia mitów krzywdzących związki. Miałam możliwość przeprowadzenia różnych testów, w tym autodiagnozy. Poznałam konkretne przypadki innych osób, ukazujące problemy, podłoże, podejście i sposoby rozwiązywania. 

W „Butach szczęścia”, powstałych w dwa tysiące dziesiątym roku, szczególnie zainteresowałam się zjawiskiem intuicji w ocenianiu właśnie poznanych osób, zdrowym egoizmem, źródłami kompleksów i nieśmiałości, zasadami budowania optymizmu, niezbędnością zabawy, śmiechu, radości, sportu i porządku, a nade wszystko świętowania codzienności. Ciekawym uznałam aspekt dojrzewania do miłości i przyjaźni, oraz wkładanych przez nas różnych masek społecznych. Ta część publikacji wzbogacona została klimatycznymi i przyjaźnie przemawiającymi zdjęciami, rzut oka na nie już podsuwał właściwe skojarzenia. 

Wydana w dwa tysiące dwudziestym drugim roku „Droga do siebie” najbardziej mi się obecnie przysłużyła, gdyż zawierała informacje, które bardzo mnie obecnie interesują. Należały do nich filary poczucia wartości, zwłaszcza aspekty niskiej samooceny negatywnie wpływającej na jakość życia, alfabet samoakceptacji, instrukcje regulowania emocji, szczególnie gniewu i wybaczania, i coś nad czym pracuję od wielu lat, czyli alternatywy dla perfekcjonizmu. Zachęcam do uwzględnienia książki w planach czytelniczych, dociera do źródeł tego, co sprawia nam trudność w świętowaniu codzienności, napełnia optymizmem i podsuwa rozwiązania samorealizacji. Zerknijcie również na inne książki Ewy Woydyłło, przedstawione niedawno na Bookendorfinie, zatytułowane "Wszystkiego najlepszego!" i "Cztery pory roku z Ewą Woydyłło".

4.5/6 – warto przeczytać
poradnik, psychologia, 490 stron, premiera 15.10.2025 (2005, 2010, 2022)
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

poniedziałek, 2 marca 2026

PTASIEK

WILLIAM WHARTON

"Udawałem, że jestem ptakiem. Teraz udaję, że jestem sobą. To też nie jest cała prawda. Nie wiem, kim naprawdę jestem...”

Stopniowo nadrabiam zaległości z tytułów, które powinnam znać a jakoś nie trafiłam na nie wcześniej. Jedną z książek, o której myślałam od bardzo dawna, był „Ptasiek” Williama Whartona. Po spotkaniu z nim stwierdziłam, że bardzo dobrze się złożyło, że dopiero teraz po niego sięgnęłam. Nie miałam przekonania, że doceniłabym go, a przynajmniej nie odniosłabym wielkiej korzyści z refleksyjnej strony, jaką zaoferował. Podobał mi się nieszablonowy pomysł na fabułę, w wielu odsłonach osobliwy i dziwaczny, ale jakże atrakcyjny i wciągający. 

Dwustronny nurt narracji sprawiał, że powieść zyskała cechy komplementarności i szczególnego spoiwa w postaci rzutu oka na skomplikowaną naturę człowieka. Młodzi chłopcy, później młodzi mężczyźni, z innym mentalnie startem w życie, z przyjacielskim stykiem losów, doprowadzeni do różnych okaleczeń, fizycznych i psychicznych. Wydarzenia i wspomnienia mieszały się czasowo i osobowo. Autor rewelacyjnie zaglądał w dusze postaci, odsłaniał myśli, ujawniał spostrzeżenia, odkrywał prawdę o ludziach. Pozornie zwykła rzeczywistość potrafiła głęboko zranić, wbić w szaleństwo i oderwać od rzeczywistości. Symboliczny wybór ptaka na postać ludzkiej egzystencji. Lot jako wolność osobista, klatka izolacja społeczna. Jakże trudno podołać nagromadzonemu życiowemu doświadczeniu z elementami porażki i zniechęcenia. Rozwiązaniem ucieczka do świata wyobraźni i sennych przeżyć. Kiedy za długo się w nim siedzi, powrót bywa niemożliwy.

I wojna, z dramatyzmem i wyniszczeniem, zasłaniająca prawdę, aby nie analizować, oddalająca się od szczerości, aby znieść to, czego się doświadczyło. Świadomość, że nie miało się żadnego wpływu na własne życie, ster szybko oddało się innym, zostało zmuszonym do posłuszeństwa i wykonywania rozkazów, wypełniania misji i, jeśli to konieczne, oddawania życia. Rany z czasem goją się, blizny pozostają na zawsze. Powieść niezwykle sugestywna, napisana z wrażliwością, odwołująca się do silnych emocji, z szacunkiem i w barwnej odsłonie. W „Pasieku” namacalnie czułam ideę przyjaźni i oddania, silnego przywiązania, nawet przy zerwanej na jakiś czas nici relacji. Dopracowana pod każdym względem, zdecydowanie warto uwzględnić ją w planach czytelniczych. Są ślady ptasich lotów w niebie. I nic więcej; coś było, coś odeszło, pozostało coś.

5.5/6 - koniecznie przeczytaj
literatura współczesna, 352 strony, premiera 28.10.2025 (1978), tłumaczenie Jolanta Kozak
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.

niedziela, 1 marca 2026

JAK ŚWIAT STWORZYŁ ZACHÓD

JOSEPHINE QUINN

CZTERY TYSIĄCE LAT HISTORII

"Czy optyka cywilizacyjna pomaga cokolwiek wyjaśnić?… nieaktualna i ewidentnie błędna… Pora znaleźć nowe sposoby organizowania naszego wspólnego świata.”

Nie do końca zgadzam się ze spojrzeniem na historię prezentowanym w cytacie, aczkolwiek i w moich przemyśleniach i rozważaniach o dziejach świata, dynamiczne relacje stanowią jeden ze znaczących czynników jego definiowania i kształtowania. Tym niemniej, „Jak świat stworzył Zachód” to satysfakcjonujące spotkanie z historią, wiele wiedzy do wyciągnięcia, sporo materiału do refleksji. Propozycja czytelnicza do spokojnego i wnikliwego zgłębiania, najlepiej z podstawami wiedzy o przeszłości świata. Nawet jeśli odbiorcy brakuje szerszej znajomości dziejów, to i tak warto zmierzyć się z poznawaniem materiału. W publikacji mniej chodzi o specjalistyczne uszczegółowienia a bardziej o wykazanie uzasadnienia i omówienie innej perspektywy spojrzenia na źródła ukształtowania i opiniowania współczesnego świata. Plusem styl narracji prowadzony w przyjaznym odcieniu i ze zrozumiałymi wyjaśnieniami. 

Josephine Quinn zachęca, aby prześledzić powiązania i relacje jako budulce dzisiejszego Zachodu. Nie z punktu widzenia cywilizacji, ale mieszania się społeczności jako motoru historii. Od epoki brązu do wielkich odkryć geograficznych. Nie jedynie od strony starożytnego Rzymu i Grecji, państwowości i intelektu, a przekroju mobilności, migracji, miksowania się, wzajemnych kontaktów. Nie ludy tworzą dzieje a ludzkie relacje, pozytywne i pokojowe, wojenne i podbojowe, kulturowe i handlowe, wymienne i krzyżujące się. Sieć społecznych, handlowych i politycznych powiązań sprzyja wywieraniu wzajemnego wpływu i budowaniu zależności, co autorka podkreśla w książce, jednakże strategicznie uwzględniam także powstanie, rozkwit i upadek różnorodnych cywilizacji, nie tylko śródziemnomorskich. Globalna przeszłość wywiera wpływ na teraźniejszość, ta zaś warunkuje przyszłość. Zachód tworzy świat i sam pozostaje pod jego wpływem. Publikacja logicznie i usystematyzowanie ułożona, zawartość wypełniona ciekawymi informacjami. Przed rozdziałami mapki regionu, którym przyglądamy się, z uwzględnieniem osi czasu. W środku wkładka z kolorowymi zdjęciami. Nie zabrakło rozbudowanych przypisów i przydatnego indeksu.

5/6 – koniecznie przeczytaj
literatura popularnonaukowa, historia, 656 stron, premiera 12.11.2025 (2024)
tłumaczenie Norbert Radomski
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.

sobota, 28 lutego 2026

JEDZ, MÓDL SIĘ, KOCHAJ

ELIZABETH GILBERT

"Mów prawdę, mów prawdę, mów prawdę.” Sheryl Louise Moller

Elizabeth Gilbert w niesamowitym stylu uwiodła mnie „Botaniką duszy”, zapewniła intelektualne i emocjonalne przeżycie na najwyższym poziomie, nie mogłam oderwać się od książki, pokochałam jej klimat i doceniłam cudowne opisy rozpalające wyobraźnię. Przeniosła w cudowny świat, z którym za nic nie chciałam się rozstać. Dlatego z ogromnym zainteresowaniem sięgnęłam po inną powieść autorki, oczekując podobnych wrażeń czytelniczych. 

„Jedz, módl się, kochaj” wprawiło w konsternację, zaskoczyło odsłoną spowitą w czytelnicze znużenie, monotonność relacji, której nie ożywiły zmiany miejsc i nici humoru. Wiedziałam, że nie chodziło w niej o poznawanie Włoch, Indii i Indonezji, a wewnętrzną podróż, lecz nie dostałam tego, na co liczyłam. Wydawało mi się, że pisarka obdarzona wyjątkowo lekkim i przyjaznym stylem pisania, umiejętnością sugestywnego przybliżania świata i ludzi, odsłoni barwność i atrakcyjność własnego ja. Nie przekonała osobowość Gilbert, jedzenie, modlitwa i miłość, mocno ograniczone w odbiorze i niedostrzegające inne walory. Skupianie się na zaledwie trzech czynnościach, i to w porcjach, nie wpłynęło dobrze na odbiór relacji. 

Rozumiałam, że rozwód i depresja, zwątpienie w siebie, rozchwianie równowagi, wywołują w człowieku silne emocje i zagubienie, ale Elizabeth straciła samą siebie i dopuściła do tego niejako na własne życzenie. Co z tego, że weszła w szerszy świat niż Stany Zjednoczone, odważyła się wyjść poza swój kraj, pchana pragnieniem radykalnych zmian, kiedy zgubiła po drodze uważność i ograniczyła duchowe dociekania. Zdaję sobie sprawę, że każdy indywidualnie i po swojemu odbiera straty, radzi sobie z nimi i próbuje się po nich podnieść, ale zaglądanie w proces powrotu do harmonii i wyciszenia, czyli etapy przyjemności, pobożności i równowagi, brzmiały barwnie, lecz mało atrakcyjnie. W Italii nie ograniczałabym się do jedzenia, również zwiedzałabym ją, zaglądała w imponującą przeszłość i nawiązywała kontakty z codziennością Włochów. 

Ucieczka w podróż czy zmiana miejsca zamieszkania po przykrych życiowych doświadczeniach i nietrafionych wyborach nie są gwarantami odnalezienia własnego ja. Człowiek zabiera zew sobą wszelkie problemy i zadry życia. Dopóki ich nie rozwiąże i nie oczyści ran, niewielkie są szanse pojęcia sensu życia i dotarcie do szczęścia. Tym niemniej, wiele osób decyduje się na takie właśnie rozwiązanie, radykalny reset i świadomą izolację od przeszłości. Dlatego książka może się spodobać czytelniczkom z życiowymi zawirowaniami, stojącymi na rozdrożu, pragnącymi odnaleźć się po latach. Daje optymistyczne spojrzenie, wypełnia nadzieją na osobisty sukces, pozytywnie nastawia do samego siebie. Przekonajcie się, może bardziej się wam spodoba.

3.5/6 – w wolnym czasie
literatura współczesna, 420 stron, premiera 28.10.2025 (2006)
tłumaczenie Marta Jabłońska-Majchrzak
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.

piątek, 27 lutego 2026

BĘDZIE BOLAŁO

SEKRETNY DZIENNIK MŁODEGO LEKARZA

ADAM MAY

"Moja twarz pokerzysty przydawała mi się wielokrotnie w ciągu dotychczasowej medycznej kariery.”

Kolejna książka wybrana do omówienia w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki. Nie zdecydowałam się na spotkanie z nią, kiedy miała premierę osiem lat temu, uznałam, że jest spoza moich czytelniczych zainteresowań. Teraz czując się w obowiązku przygotowania na spotkanie DKK zabrałam się za nią. Po poznaniu podtrzymałam opinię, że z mojego punktu widzenia są ciekawsze książki, z których więcej wynoszę. Książka oferuje wejrzenie nie od strony wyobrażeń o zawodzie lekarza i podręczników medycznych, ale bezpośredniej relacji uwikłanego w zawód ginekologa i położnika, ostrzegającego, w co tak naprawdę studenci medycyny chcą się wpakować, z czym przychodzi im się mierzyć, i jak to wszystko ma się do etosu lekarza.

„Będzie bolało” ukazuje arcyważne aspekty funkcjonowania brytyjskiej służby zdrowia z perspektywy młodego lekarza, choć można znaleźć wiele punktów stycznych także z polską. Narrację wypełnia humor, ironia, celne ujęcie tematyki, ciekawe spostrzeżenia i zaskakujące fakty, jednak przez wszystko przebija się smutek i dramat zderzenia prozy profesji lekarskiej i kadry środowiska medycznego z ambicjami, marzeniami, misją i etyką zawodów powiązanych z medycyną. Nie ma się co czarować, lekarz to najbardziej wymagający i obciążony psychicznie zawód. Wynika to nie tylko z ekstremalnie trudnego trybu pracy i nieustannej nauki, o czym wspominał Adam Kay, ale również ze szczególnych predyspozycji i cech osobowości, aby być w stanie go wykonywać, radzić sobie ze stresem, odpowiedzialnością za życie i śmierć, poświęcać życie osobiste, w tym zdrowie i relacje rodzinne. 

Tak ekstremalnie potrafią funkcjonować tylko wybitne jednostki, elastycznie dostosowujące się do warunków, oczekiwań, osobistych kontaktów z pacjentem i bliskimi. Inna sprawa, jak wiele reprezentantów środowiska medycznego szuka ukojenia w alkoholu i innych używkach. Jako pacjenci wyczuwamy, który z lekarzy dysponuje empatią i zrozumieniem, wychodzi poza schematy i niezbędną wiedzę, potrafi słuchać i odpowiadać, a w tym wszystkim zmieścić się w limicie czasu dla jednostki, rozbudowanej biurokracji i oczekiwań przełożonych. Temat można rozwijać w nieskończoność, omawiać konkretne przypadki, zająć się polityką medycyny, a jednak niewiele wniosłoby to do realiów biznesowych zasad i uwarunkowań szpitali, oraz kampanii propagandowych ministerstwa zdrowia. Walka na pierwszej linii frontu w publicznej służbie zdrowia to tak naprawdę forma swoistego przetrwania, zwłaszcza w ujęciu młodych lekarzy. 

„Będzie bolało” dobitnie pokazuje wadliwe realia systemu kształcenia lekarzy i służby zdrowia, ale też szeroką gamę emocji towarzyszących zawodowi lekarza i konieczności złapania do nich odpowiedniego dystansu. Adam Kay nie dał rady wytrwać w zawodzie, miał odwagę, aby porzucić coś, nad czym ciężko przez wiele lat pracował, czego oczekiwali od niego najbliżsi. I za to go szanuję, ale szkoda, że wcześniej nie poddał się diagnozie własnych predyspozycji i wyobrażeń o spełnianiu się w zawodzie. Jego zapiski z notesów, które prowadził jako lekarz, ujęte w lekkiej i przyjaznej narracji, wypełnionej dowcipem i absurdami profesji lekarskiej, warte są poznania przez osoby zamierzające związać się z medycyną. Przekonają się, czy faktycznie, oczywiście do pewnego stopnia, pogodzą się z podobnymi dramatycznymi doświadczeniami i będą umiały poradzić sobie z nimi w codziennym funkcjonowaniu. 

                                                                                                              (zdjęcie: Biblioteka przy Zielonej)
3.5/6 – w wolnym czasie
literatura współczesna, autobiografia, 308 stron, premiera 06.06.2018 (2017)
tłumaczenie Katarzyna Dudzik
Książka wypożyczona z biblioteki w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki.

czwartek, 26 lutego 2026

PODRÓŻE KONIKA MORSKIEGO

PETR ŠABACH

"Małe dziecko pracuje według scenariusza, który samo sobie przygotowało, nie mówiąc o tym rzecz jasna nikomu innemu.”

Wydaje się nam, że zaczynając osiemnasty rok wkraczamy w dorosłość, ale to dopiero początek zdobywania doświadczeń i nauki życia. Najwięcej lekcji w tej dziedzinie otrzymujemy, kiedy stajemy się rodzicami, dojrzewamy do odpowiedzialnej roli, uczymy się w niej funkcjonować, zwykle pod presją czasu, a jednocześnie dumy przy obserwacji dorastania i sukcesów dziecka. Przekonujemy się, że mniej lub bardziej zmieniają się nasze wewnętrzne priorytety, pod innym kątem patrzymy na świat, zdobywamy nowe umiejętności, i jakże często, zaskakujemy przy tym samych siebie. Kiedy kobieta decyduje się zawiesić karierę zawodową i zająć się codzienną opieką nad dzieckiem, społeczeństwu wydaje się to naturalną, wręcz oczekiwaną decyzją. Ale co się dzieje, kiedy to mężczyzna decyduje się na ten krok?

Pamiętam wielkie zdziwienie urzędniczek, kiedy mój mąż jako pierwszy w województwie łódzkim poszedł na tacierzyński przy drugim naszym dziecku. Przy pierwszym udawało mi się godzić pracę naukową z prowadzeniem własnej firmy, przy kolejnym było to nie do ogarnięcia, ze względu na uwarunkowania zdrowotne i wyjątkowo czasochłonny aspekt zawodu. Mąż z obawami, lecz śmiało, wkroczył w opiekę nad niemowlakiem i roczniakiem. Kiedy czytałam „Podróże konika morskiego” jakbym zaglądała w jego ówczesny świat, pełen obaw, ale i barw. 

Tacierzyństwo w pełnym wymiarze, z licznymi zwrotami akcji, niespodziewanymi zdarzeniami i dowcipnymi scenkami. Mieszanka poczucia obowiązku, zwykłych rozterek, zaskakujących przemyśleń, cennych przeżyć w roli rodzica. Wszystko okraszone dobrym humorem, ciekawymi refleksjami, szczyptą groteski i absurdu. „Podróże konika morskiego” to zabawna propozycja czytelnicza na jeden wieczór, zanurzona w charakterystycznym czeskim klimacie, prowadzona w formie pamiętnika relacjonującego codzienność z dzieckiem. Serdeczna i ciepła, sympatyczna i wprawiająca w dobry nastrój, ale nieuciekająca od refleksyjnych nut, czasami z gorzkim smakiem. Na Bookendorfinie przybliżyłam już „Babcie”, „Dowód osobisty” i "Masłem do dołu".

4.5/6 – warto przeczytać
literatura współczesna, 156 stron, premiera 14.02.2012 (1993), tłumaczenie Julia Różewicz
Książka wypożyczona z biblioteki.

środa, 25 lutego 2026

UPADŁY ANIOŁ

JAVIER SIERRA

"Dostatecznie zaawansowana technologia nie różni się od magii.”
Arthur C. Clarke

Powieść napisana w stylu, który bardzo lubię. Chętnie relaksuję się w klimatach sensacji podszytej historią i spiskiem. Javier sierra zaproponował czytelnikowi gęstą mieszankę faktów historycznych, legend, wierzeń i fantastyki. Nie zabrakło tajemniczych odkryć archeologicznych, tajnej grupy religijnej, mitologicznych nawiązań i religijnych świadectw. Doceniłam fantazję w tworzeniu bazy merytorycznej pod fabułę, w postaci spiskowej teorii dziejów, atrakcyjnego uszczegółowienia i ciekawej interpretacji. Jednak elementów tych nie udało się rozprzestrzenić w zgrabny sposób z pozostałą otoczką powieści. Wyczuwałam sztuczność w łączeniu z akcją w sensacyjnym rytmie. Poszczególne składniki scenariusza zdarzeń nie mieszały się na tyle frapująco i udanie, by odczuwać niepewność co do losów postaci, odgrywanych przez nich ról i wypełnianych różnorodnych misji. 

Owszem, niekiedy sceny potrafiły zaskoczyć wydźwiękiem w odbiorze, co tak naprawdę się działo, jednak mało to wszystko było przekonujące i trzymające w napięciu. Zastrzeżenia miałam do płaskiego i powierzchownego portretowania bohaterów, blado się prezentowali, często wypadali z powierzonych ról poprzez głęboką naiwność i słaby profesjonalizm. Finałowa odsłona powieści to totalny odlot w fantastykę, ale mogła się spodobać. Pierwsze spotkanie z twórczością pisarza zaliczam do średnio udanych. „Upadły anioł” sympatycznie zapełnił wieczór czytelniczy, nieco podgrzał atmosferę tajemnic sięgających pradziejów, pradawnych inwokacji, magicznych właściwości przedmiotów, wyjątkowych umiejętności wybrańców, ale liczyłam na mocniejsze wrażenia i mniejszy schematyzm. A wszystko zaczęło się od porwania naukowca i strzelaniny w hiszpańskiej katedrze. Włączyły się w to osobliwe kamienne siły, pozaziemskie pochodzenie promieniowania, fragmenty wiedzy dostępne jedynie dla wybrańców i magiczne uzasadnienia egzystencji. Osobliwa kombinacja najnowszej technologii, starożytnej wiedzy i średniowiecznej magii potwierdziła, że aby zrozumieć koniec, trzeba najpierw pojąć początek.

4/6 – warto przeczytać
sensacja, 446 stron, premiera 13.05.2013 (2011), tłumaczenie Bożena Sęk
Książka wypożyczona z biblioteki.

wtorek, 24 lutego 2026

SMRODLIWA HISTORIA TOALET

SPŁUKANA CIEKAWOSTKAMI I OBRZYDLIWYMI ODKRYCIAMI

OLIVIA MEIKLE, KATIE NELSON

"Bakterie pierdzące! To maleńkie organizmy w twoich jelitach ucztują na zjedzonym pokarmie i wydzielają gazy.”

Czy warto wprowadzać do literatury dziecięcej tematykę toalet? Jak najbardziej tak. Czy zasadne jest na jej bazie stworzyć całą książkę o charakterze wyjaśniającym? Ponownie tak. A czy można to zrobić z przymrużeniem oka trafiającym do młodych czytelników? Kolejny raz, tak! W końcu osiem miliardów ludzi robi kupę i coś z nią trzeba począć. A zatem, dowiedzmy się, na jakie sprytne rozwiązania trafiono od epoki kamienia łupanego do współczesności, i co odkryli naukowcy. Przyjrzyjmy się odchodom od strony badawczej, z czego się składają i dlaczego brzydko pachną? Zerknijmy w fakty, kiedy przekonaliśmy się, że sprawne kanalizacje to warunek konieczny zachowania zdrowia? Jak dawno temu zorientowaliśmy się o istnieniu maluteńkich złych bakterii, które posiadają ogromną siłę wywołania zakaźnych chorób?

Czy kupa może być skarbem? Na to pytanie dużo nam powiedzą powody zainteresowania się archeologów dołkami, wychodkami i gnojowiskami sprzed wieków. Wciąż odnajdują cenne od strony wiedzy zmumifikowane przedmioty. Wiesz, kiedy i w jakich warunkach kupa była używana jako narzędzie broni biologicznej? Trzeba przyznać, że armia mongolska wpadła na ciekawy pomysł, mieszania prochu strzelniczego z.. no właśnie, odchodami chorych żołnierzy. Jakim powodzeniem cieszyły się w starożytnym Rzymie publiczne toalety? Jak sprzątają po sobie syberyjscy mieszkańcy tundry, albo Indii? A co bardziej frapujące, jak uzyskać barwnik z sików, nawóz i paliwo z kupy? Autorki przytaczają japońską legendę o stolcu szoguna, wyjaśniają czym była piernikowa toaleta Majów, co należało do obowiązków królewskiej spłuczki, a nawet przywołują historię papieru toaletowego.

Czym groziły konstrukcje pierwszych systemów kanalizacyjnych? Jakie mniej lub bardziej szalone pomysły powstały na zbudowanie toalet, sposoby korzystania z nich i spłukiwania odchodów? A na koniec, jak będą wyglądać toalety przyszłości? W książce znajdziecie wiele innych smrodliwych historii, ciekawostek o ściekach i wysypiskach, żołnierskich perypetiach z kibelkami. Autorki dopełniają książkę krótkim słowniczkiem i przydatnym indeksem. Nie tylko tekstowi warto poświęcić uwagę. Sporo atrakcyjnej wiedzy w tylko pozornie niewygodnym temacie dostarczy przyciągająca oko oprawa graficzna. Ella Kasperowicz świetnie poradziła sobie ze śmierdząca tematyką, tak aby nie tylko ją zobrazować, ale też wesprzeć różnorodnością formy i żartobliwym ujęciem. Fantastycznie, że powstają takie tematyczne publikacje, zaciekawiają, uświadamiają, uczą, bez wstydu, ale za to z humorem. Czy „Smrodliwa historia toalet” sprawdzi się jako prezent dla młodych odbiorców? Jestem przekonana, że tak!


4.5/6 - warto przeczytać
literatura dziecięca, wiek 6+, 48 stron, premiera 26.03.2025 (2024)
tłumaczenie Adam Pluszka, ilustracje Ella Kasperowicz
twarda oprawa, format 22,8cm x 28cm
Tekst powstał w ramach współpracy z Szkrabajki.pl

poniedziałek, 23 lutego 2026

DEMON-SZPIEG

EDGAR WALLACE

"Dla każdej kobiety istnieje gdzieś na świecie mężczyzna, z którym wystarczy się spotkać, by go zrozumieć i być rozumianą przez niego.”

Bardzo lubię kryminały w klasycznej odsłonie, w klimacie retro, z sprytnie przemyślaną fabułą i ciekawymi bohaterami. Początkowo niespieszny rozwój akcji z czasem nabiera wartkości. Postaci różnorodne, każda coś atrakcyjnego oferuje w scenariuszu zdarzeń, kłębią się w tajemnicach i spiskach. Londyn lat dwudziestych z jednej strony przyciąga wiarygodnym obrazem świata prawa i przestępczości, z drugiej wydaje się główną arterią ludzkiej natury, mieszanki światła i mroku. Intryga rozbudowana, wiele nici do podchwycenia, jednakże poprzez cierpliwą dedukcję i sprytną interpretację elementy dopasowują się. Im głębiej wchodzi się w powieść, tym sprawy morderstwa przybierają coraz bardziej zaskakujący obrót. Dokonuje się spektakularny przewrót znaczeń i funkcji, co znacząco ubarwia wydźwięk scenariusza zdarzeń.

Zachwycam się misternym wzorem fałszu, oszustw, złodziejstw i morderstw, skąpanych w aurze społecznych konwenansów i niebezpiecznych sytuacji. Udanie sportretowane kluczowe kobiece postaci, jedna stojąca po stronie dobra, tłamszona przez przypisaną jej rolę, ale odważnie, jak na współczesne jej czasy, walcząca o prawo wyboru i podejmowania własnych decyzji. Druga zamknięta w pierścieniu zazdrości i nienawiści, z silną osobowością i świadomością własnej wartości. Przyjazna narracja, z barwnymi i sugestywnymi opisami, zabawnymi i złowróżbnymi dialogami. A wszystko zaczyna się od kradzieży i handlu drogocenną biżuterią, a w konsekwencji pobytem w więzieniu, a następnie zastrzeleniem znanego włamywacza i międzynarodowego złodzieja. W tle rozwija się romantyczne uczucie, bankowy rabunek, dziennikarskie śledztwo, tropienie złoczyńców i działalność klubu dżentelmenów. Wątki zgrabnie przeplatają się.

Powieść „Demon-szpieg” powstała wiek temu, siłą rzeczy lekko wytraciła impet w podgrzewaniu atmosfery kryminalnej niepewności, obecnie wszystko dzieje się szybciej i więcej, ale jej spokojne prowadzenie, przywiązywanie wagi do detali i uroczy retro klimat sprawiają, że chętnie się ją poznaje. Dotychczas przeczytane książki Edgara Wallace wywołują mocno dobre wrażenia. Sympatycznie spędzam z nimi czas, śledzę zbrodnie, bawię się w detektywa, rozszyfrowuję ludzkie osobowości, daję się podpuścić pójściem fałszywymi tropami, podążam za motywami, odkrywam tożsamość sprawcy, z zainteresowaniem zerkam w okno przeszłości obyczajowej i literackiej. Na Bookendorfinie przybliżyłam „Zagadkową księżnę”, „Drzwi z siedmioma zamkami” i „Romans z włamywaczem”, do szybkiego nadrobienia pozostał „Człowiek bez twarzy”.

4.5/6 – warto przeczytać
kryminał retro, powieść awanturniczo-kryminalna, 206 stron, premiera 14.01.2026 (1927)
tłumaczenie Maria Kreczowska
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu MG.