sobota, 29 listopada 2025

CZARCIE WZGÓRZE

EUGÈNE SUE

"Tak, ma przyjaciół, których niebezpiecznie jest spotkać wieczorem na wybrzeżu, nocą w lesie albo w górach po zachodzie słońca.”

Krótka powieść, zaledwie 130 stron, zatem mało przestrzeni na rozwinięcie wątków i przygotowanie gruntu pod szerszą przygodę, za to wystarczająco, aby nadać jej awanturniczy klimat. Akcja dynamicznie rozwija się, a każdy rozdział przynosi zaskakujący obrót spraw. Kondensacja zmiany nastawienia wobec postaci i zdarzeń, naprzemiennego odwracania ról dobra i zła, mnożenia fałszywych bytów, cechuje sprawny warsztat pisania. Książka sprzed stu osiemdziesięciu trzech lat, traci na oryginalności z perspektywy współczesnego czytelnika, w końcu to niemal dwa wieki, różne epoki, jednak niezaprzeczalnie stanowi coś wielce intrygującego w swoich czasach. Ciekawie rozpisana przygoda, mnożące się tajemnice, egzotyczny klimat, morskie podróże, wyspa ze ściśle strzeżonym zamkiem i osobliwi mieszkańcy. To zaledwie elementy tła fabuły, podobnie jak ostrzeżenia, niebezpieczeństwa, dzikie wycie i przygnębiające milczenie, albo wysokie pionowe grafitowe skały, przerażająca przepaść i podziemny loch, miejsca akcji podatne na podkręcenie wyobraźni odbiorcy opowieści.

Eugène Sue zręcznie manipuluje napięciem i niepewnością, śmiało podgrzewa atmosferę lęku, udanie używa narzędzi portretowania postaci. Główny bohater, Croustillac, wywodzący się z ubogiej rodziny szlacheckiej, wesoły awanturnik, beztroski poszukiwacz przygód, balansujący na granicy prawa, wpada w sidła pułapki, którą sam na siebie zastawia poprzez śmiałą i ryzykowną obietnicę. Misjonarz Griffon z głęboką wiarą pomocy ubogim, kiedy tylko się pojawia, sprawia, że rzeczy przybierają zadziwiający obrót. Sinobroda, młoda trzykrotna wdowa, nadzwyczaj bogata, wyjątkowo strzeżona przez korsarza, łowcę dusz i ludożercę, owiana przerażającymi legendami w oczach mieszkańców wyspy. Ścieżki losów wykreowanych osób przecinają się wielokrotnie i zaskakująco. Autor stawia nie tylko na przygodę, rozpoczynającą się pod koniec tysiąc sześćset dziewięćdziesiątego roku, licznych bohaterów z sekretami i zleceniami, ale również na obraz kolonialnego świata, jasną i mroczną mentalność ludzką, niezmienną pomimo różnorodnych okoliczności i upływu wieków. Wszystko rozwija na tyle, na ile pozwala mu objętość książki, żałuję, że nie więcej i głębiej. Odbieram „Czarcie wzgórze” jako szkic potencjalnie obszernej wciągającej opowieści, jak w przypadku „Tajemnic Paryża” (prezentowałam na Bookendorfinie), jednakże spójny i atrakcyjny, w sam raz na wieczór w aurze tajemniczej awanturniczej przygody. 

3.5/6 – w wolnym czasie
powieść awanturnicza, klasyka, 128 stron, premiera 18.06.2025 (1842), tłumaczenie anonimowe
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu MG.

piątek, 28 listopada 2025

NA SKRAJU WIELKIEGO LASU

LEO VARDIASHVILI

„My (Gruzini) nie mamy wina we krwi. Ono jest naszą krwią.”

Szybko chwyciłam za książkę pod wpływem impulsu, intuicyjnego przyciągania i większego niż zazwyczaj zainteresowania treścią. Wiele dzięki tej decyzji zyskałam. Niesamowicie spodobała mi się przygoda czytelnicza, natrafiłam na coś oryginalnego, zdecydowanie wartego poznania, na materiał do głębszego przeżywania. Krwawa i cierpiąca Gruzja nie powinna mieć w sobie aż tyle magnetyzmu, a jednak, Leo Vardiashvili ukazał ją w formie przemawiającej do serca. Kraj na pograniczu Europy i Azji, z dramatyczną wielowiekową historią, wyniszczony siedemdziesięcioletnią sowiecką okupacją, wojną domową (1991-1993), która zburzyła stary porządek, uwikłała w krwawy zbrojny konflikt etniczny z Abchazją i Osetią Południową, zabrała tysiące ofiar, zmusiła do przesiedleń, drastycznie obniżyła standard życia. Brakowało jedzenia, wody, gazu, prądu. Jeszcze tydzień wcześniej żyli normalnie – i nagle stali w kolejkach po chleb i nosili wodę ze studni.

Wraz z kluczową postacią przemieszczałam się po opuszczonych poradzieckich blokowiskach, ulicach naznaczonych strachem i biedą, najstarszej dzielnicy i najstarszym cmentarzu w Tbilisi, a dla kontrastu także po zamożnej części i świadectwach nowoczesności jako punktach na mapie. Zastałam obraz miasta sparaliżowanego przez gwałtowną powódź z czerwca dwa tysiące piętnastego roku, z zalanym ogrodem zoologicznym i licznymi poruszającymi się po stolicy zwierzętami. Podobnie jak główny bohater powieści, poddałam się kilku odmianom okupacji, zwierzęta rozszalałej wodzie, zaś człowiek mrocznej przeszłości, stracie i przymusie poszukiwań. Sugestywnie odbierałam gruzińską mentalność, gościnność, radzenie sobie z przeciwnościami, oszczędzanie innym bolesnej prawdy, postawienie na wszystko albo nic, balansowanie na granicy katastrofy, strategię ucieczki w kaukaskie góry podczas zagrożenia ze strony najeźdźców.

Saba jako ośmioletni chłopiec, wraz z starszym o dwa lata bratem, i ojcem opuścili niebezpieczną Gruzję, po tułaczce osiedlili się w Londynie i zaczęli wieść zwyczajne życie. Jedyne, czego im emocjonalnie brakowało, to obecności pozostawionej ze względów ekonomicznych w ojczyźnie matki. Autor zadawał ciekawe pytania, czy człowiek bez przeszłości, bez znajomości historii, bez osadzonych głęboko korzeni, ma szansę zdobyć wewnętrzny spokój i odczuć moc poczucia przynależności? Czy, jak to mówi Nodar, jedna z ważniejszych postaci, wystarczy wetknąć sobie piórka w dupę, żeby stać się kogutem? Dlaczego powiadają, że do domu nie da się wrócić? Czy to, co się kiedyś tak bardzo kochało, może stać się źródłem największego zwątpienia i lęku?

Po osiemnastu latach Saba podążał szlakiem bliskich, milknących wiadomości, przerażających snów, Tbilisi usianego wspomnieniami i głosami zmarłych osób. Było w tym wiele symboliki i metafory. Aura powracających dialogów z bliskim, którzy odeszli, na wskroś przenikała myśli i wyobraźnię młodego mężczyzny, poddawała kierunek działań, odkrywała tajemnice, pomagała, ale i wciągała w pułapki. Miejsca odwiedzane po dwóch dekadach, świadectwa brutalnej historii, również rodzinnego życia, przemawiały w szczególny sposób, utwierdzały w zakorzenionych odczuciach, negowały zafałszowania wspomnień. Utrata czegoś cennego boli. Ale jeszcze bardziej boli, gdy odzyskany skarb jest popsuty. Wszystkiemu przyglądał się posąg Matki Gruzji.

Vardiashvili utrzymywał szybkie tempo akcji, co nie znaczy, że nie pozostawiał przestrzeni do snucia rozmyślań o różnorodnej tematyce. Życiu, miłości, przyjaźni, poświęceniu, oddaniu, także nienawiści, zdradzie, manipulacji i kłamstwie. Element wyrywkowej kontroli i pościgu policji, ucieczka przed nią, podążanie ścieżką usypaną okruchami świadectw istnienia, literackiej opowieści, wymyślnymi wskazówkami, punktami zaczepienia, autor prowadził w ekscytującym i zajmującym stylu. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że bezpośrednio uczestniczyłam w podróży o kilku znaczeniach, tak dobrze odbierałam emocje, odczucia, wątpliwości i prawdę. Pasował mi styl narracji, na przemian ciepły i chłodny, poważny i z humorem, ironiczny i dosłowny. Żeby odrzeć coś ze znaczenia, czasem trzeba to obśmiać. Szalenie udany debiut literacki.

5/6 – koniecznie przeczytaj
literatura współczesna, 382 strony, premiera 22.10.2025 (2024), tłumaczenie Ewa Borówka
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Marginesy.

czwartek, 27 listopada 2025

CZY NIKA ZNIKA?

ANNA BICHALSKA

"Chyba każdy człowiek jest trochę jak książka.”

Niesamowicie ciepła i przyjazna książka, jedna z tych, co chętnie się przytula do serducha, entuzjastycznie chłonie słowa, intuicyjnie odbiera ważny przekaz. Czytałam ją dzieciom z klubu młodych pasjonatów książek i widziałam jak bardzo do nich przemawiała, jakby znajdywały styczność z własnym doświadczeniem życiowym. Odnajdywały w niej odpowiedź na nurtujące ich, w mniejszym lub większym stopniu, myśli o własnym znikaniu w oczach bliskich, o którym niekoniecznie potrafiły opowiedzieć rodzicom. 

Współczesne czasy charakteryzują się pośpiechem, pogonią za pracą i pieniędzmi, nie sprzyjają spokojnej celebracji codzienności i społecznych kontaktów. Bliskość przybliża się do powierzchowności, towarzyszenie zmienia się w nieobecność, poświęcanie uwagi najbliższym staje się dobrem luksusowym, a niezastopowane zapominanie wkracza w szkodliwy nawyk. Ale czy naprawdę tak ma być, czy nic z tym nie można zrobić, dokąd zaprowadza to rodziny? Dlaczego akceptujemy stopniowe zanikanie szczerych gestów, spojrzeń i słów, intensyfikującą się izolację, pozbawianie uczuć i wspomnień. Nie warto do tego dopuszczać, trzeba działać póki jeszcze nie jest za późno. Jak? Kierując się sercem, otwartością, prawdą i wyczuciem, spędzać czas z dziećmi na różne sposoby. Niekiedy trzeba coś wymyślić i stworzyć, aby powiadomić otoczenie o własnym znikaniu w jego oczach i nieobecności?

Anna Bichalska przedstawiła historię sześcioletniej Niki, dziewczynki wrażliwej na otaczający świat, chętnie przebywającej wśród przyrody, radośnie poddającej się przygodom. Wiele działo się w jej życiu, przeprowadzka z szarego wieżowca do domu z ogrodem i huśtawką, odkrywanie bajkowego przejścia do sąsiedniego starego domu z pięknym ogrodem i niezwykłą właścicielką. Poznawanie budynku z mnóstwem kryjówek i tajemniczych zakamarków, magicznego zapachu książek i przedmiotów z przeszłości. Kiedy rodzice za sprawą zaangażowania w życie zawodowe przestali bawić się z Niką, a nawet zwracać uwagę na to, co do nich mówiła, dziewczynka czuła, że najwyższy czas dać im o tym znać, przypomnieć, co jest największym skarbem ich życia. 

Jak sobie poradziła z zadaniem, jakim sposobem, w jakim stylu? Tego dowiecie się ze stron „Czy Nika znika?”. Historię szybko czytaliśmy, spodobała się nam przyjemna narracja, wpatrywaliśmy się w barwne ilustracje znakomicie dopełniające treść. Autorka podsuwała młodym odbiorcom pomysł na pisanie tradycyjnego listu, nie musiał być tekstem, mógł być stworzony z obrazków. Najważniejsze, aby wyrażał emocje i oczekiwania, zapewniał adresata o potrzebie bliskości i miłości, skłonił do zmiany zachowania i uznania potęgi wspólnie spędzonych chwil. Właśnie taką lekcję radzenia sobie z życiowymi doświadczeniami i odczuciami dostałam ponad pół wieku temu od mojej mamy. Zapewniam, że działała dawniej i wciąż rewelacyjnie się sprawdza.

5/6 - koniecznie przeczytaj
literatura dziecięca, wiek 5+, 80 stron, premiera 03.03.2025
tłumaczenie, ilustracje Marta Rydz-Domańska
twarda okładka, format 16,5cm x 23,5cm
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Bis.

wtorek, 25 listopada 2025

JA KONTRA MÓZG

PORADNIK DLA TYCH, CO MYŚLĄ ZA DUŻO

HAYLEY MORRIS

"Każdy z nas musi się nauczyć dbać o swoje małe, szare, gadatliwe komórki mózgowe. Mózg jest jak dzikie zwierzątko, którym warto się zaopiekować.”

No cóż, zupełnie nie tego spodziewałam się po książce. Nie potrafiłam się z nią zgrać, nie wciągnęłam się w tematykę, inaczej, może nie tyle w tematykę, co wybrane zagadnienia do omówienia. Nie nawiązałam więzi z autorką, choć tak wiele przekazuje o swoim życiu, także bardzo intymnym i sekretnym, bo obejmującym ukryte myśli. Nie czułam, aby publikacja czegoś mnie uczyła, na coś szczególnego zwracała uwagę, czy podsuwała materiał do refleksji. Być może to kwestia odległości pokoleniowej między mną a autorką, innego spojrzenia na otaczający świat, ludzi i siebie samego. A może niedopasowanie wynikało z innego poczucia humoru, ale nie twierdzę, że był zły lub nieodpowiedni, po prostu nie trafiał do mnie. Albo zwyczajnie w świecie, obszar, w którym poruszała się komiczka tiktoka wydał mi się zawężony i wypaczony, przekoloryzowany i spłaszczony. Liczyłam na więcej treści mniej zabawy. Nie sądzę, aby przyczyną zawodu była śmiałość w podejmowaniu pozornie wstydliwych zagadnień, nie mam z tym najmniejszych problemów. Przyczyn bardziej upatrywałabym w tym, że nie byłam docelowym odbiorcą „Ja kontra mózg”, gdyż co prawda, czasem doświadczam przywoływane myśli, jednak nie przybierają kształtu natrętnych, dokuczliwych i przerażających. 

Ale uwaga! Nie uważam, że książka była nudna i bezwartościowa, wręcz przeciwnie, jednak pod warunkiem, że trafiła na potrzeby młodej osoby, mierzącej się z różnego rodzaju l’appel du vide i pragnącej nauczyć się pokojowej koegzystencji ze swoim mózgiem. Otrzymała wówczas ciekawe wyjaśnienia, praktyczne wskazówki i mogące przynieść pożądany efekt rady. Narracja opierała się na opisie osobistych zdarzeń i odczuć Hayley Morris, przekroju wspomnień od dzieciństwa do dorosłości. Uwzględniała spory rozstrzał poruszanych aspektów potwierdzających, że mózg potrafi nieustannie poddawać właściciela krytyce, wystawiać na próby cierpliwości, ściągać w kierunku negatywnych emocji, dużego ryzyka, a nawet śmierci. Jego skłonność do psot, ciągłe zadawanie pytań, przewrotność i gadatliwość potrafi irytować, stresować i przerażać. Może wpływać na niskie poczucie wartości, wpędzać w poczucie winy, wzbudzać wstyd w wielu sferach życia. Jeśli to co powyżej nie jest w nadmiarze, to wszystko przebiega normalnie i naturalnie, co więcej, jest potrzebne i uzasadnione, ponieważ wynika z prób mózgu ostrzeżenia właściciela przed czymś groźnym, stanowi ochronę i przygotowanie na czarne scenariusze. Mózg działa i w pozytywnym wydźwięku, komplementuje, podsuwa pomysły i miłe wspomnienia. Emocjonalnie odniosłam się do rozdziału „Tata kontra mózg”, bardzo styczny z przeżyciami moimi i autorki.

2.5/6 – czytasz i zapominasz
poradnik, psychologia, obsesje, 290 stron, premiera 09.04.2025 (2023)
tłumaczenie Maria Jaszcurowska
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Marginesy.

poniedziałek, 24 listopada 2025

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!

JAK DBAĆ O WŁASNE SZCZĘŚCIE

EWA WOYDYŁŁO

"Kiedy rodzi się nawyk, mózg przestaje w pełni uczestniczyć w podejmowaniu decyzji.” Charles Duhigg

Ostatnie lata, zwłaszcza dwa, życie wypełniał mi smutek, ból i rozpacz, ale także poczucie straty, siebie samej i szczęścia. Paliatywna opieka nad tatą, obecność przy śmierci, opieka nad mamą z Alzheimerem i afazją, okres, kiedy nie byłam przy niej, bo byłam przy drugim rodzicu, rodził ogromne wyrzuty sumienia. I powrót do troszczenia się o mamę. Z jednej strony ulga, że stać mnie na prawdziwe człowieczeństwo, zaskakujące odkrycie, że wiele sobą reprezentuję w sferze emocji, zdolna jestem do ofiarnego działania, kiedy pojawia się ku temu konieczność. 

Z drugiej strony świadomość utraty części życia w zamian za poświęcenie dla kogoś, wypalenie chęci do celebrowania codzienności, brak możliwości realizowania marzeń i zawodowych planów, ze względu na brak spokoju, czasu, snu i sił. Wielki uszczerbek na życiu psychicznym, fizycznym i społecznym, ale gdybym zawróciła czas, postąpiłabym tak samo, bez wahania i wątpliwości. I to właśnie trzymało mnie w poczuciu miłości, oddania, zrozumienia i pomocy dla rodziców. Chociaż towarzyszyła mi świadomość słusznego postępowania, w zgodzie z moją hierarchią moralną, to bardzo, ale to bardzo, brakowało mi, nie wsparcia bliskich i nie wiedzy koniecznej do zajęcia się ciałem i umysłem chorych, bo jedno otrzymałam a drugie zdobyłam, nawet nie zwykłych dni, bo o nie siłą rzeczy ekstremalnie trudno w takich okolicznościach, ale poczucia styku z prawdziwym szczęściem. Szczęściem z perspektywy, no właśnie, dbania o umysł i ciało, wolnej i zdrowej duszy, o czym pisze Ewa Woydyłło w książce „Wszystkiego najlepszego!”.

Teraz, kiedy przepracowałam etapy żałoby po tacie, w jakimś stopniu pogodziłam się z chorobą mamy, skonkretyzowałam plany na obecność w jej życiu i fachową pomoc, nabrałam więcej sił, najwyższy czas pomyśleć o sobie w szerszym zakresie, powrócić do dawnych pasji i ambicji. Kieruję się przyjętą z pełną świadomością wytyczną życia tu i teraz, nie rozkładam na czynniki pierwsze przeszłości i nie buduję strategii przyszłości. Aby w pełni wykorzystać własny potencjał, w tym twórczy i samodoskonalenia, bo je traktuję jako potężne filary esencji życia, podnieść jakość nadszarpniętej trudnymi doświadczeniami kondycji psychicznej, budzić się z wewnętrznym uśmiechem, witać nowy dzień z entuzjazmem należnym nowym możliwościom, entuzjastycznie podchodzić do otoczenia i siebie samej, pracuję nad sobą i czerpię radość z tego procesu. 

Dlatego z zainteresowaniem sięgnęłam po poradnik, licząc na wyjaśnienia i wskazówki. Była to słuszna decyzja, wiele skorzystałam na spotkaniu, nie tylko z książka, ale i z samą sobą, do czego zachęciła. Miałam okazję spojrzeć bliżej na różnorodne zagadnienia składające się na szczęście, a przede wszystkim na to, co je burzy, zakłóca i nie dopuszcza do pierwszego głosu. Nie zdawałam sobie sprawy, jak wiele w moim życiu pojawiło się elementów świadczących o tym, że nie podchodziłam do równowagi i szczęścia z należytą troską i dbałością. Nie były to błędy wielkiego kalibru, ale z pewnością drzazgi, które uwierały, dokuczały i przypominały o sobie.

Ewa Woydyłło niesamowicie przystępnie przemawia do odbiorcy, nie ocenia i nie osądza. Podaje kluczową myśl, rozwija i wspomaga zrozumienie przykładami z życia wziętymi, adekwatnymi cytatami i fragmentami literatury. Pojawia się również psychozabawa i uniwersalna recepta na szczęście. Autorka gorliwie agituje do szczęścia z humanistycznych pobudek, życzliwie zaprasza do pisanego gabinetu terapeutycznego, przybliża sposoby na świadome kierowanie własnym życiem, programowanie szczęścia i akceptacji samego siebie. Celnie zniechęca do toksycznych, niepożytecznych, psujących samopoczucie i obniżających efektywność praktyk w radzeniu sobie z krzywdami, przykrościami i trudami. Ukazuje jakie zło się w nich kryje i jak je pokonać.

Spojrzałam na oduczanie się złych nawyków jak na możliwość nauczenia się czegoś innego, nie podchodziłam do zagadnienia w ten sposób, a jak wiele ułatwia takie nastawienie. Chcę więcej myśleć o sobie, kiedy trudno przychodzi mi przebaczanie doznanych krzywd, a w szczególności wybaczanie samej sobie. Utwierdzam się w przekonaniu, że postawa nieużalanie się nad sobą, nierozpamiętywania porażek i naprawianie win, to mądry wybór. Zgrzyta u mnie w sferze honoru i poczucia wartości, krytykowania, nawet jeśli konstruktywnego. Malkontenctwo i narzekanie już dawno doprowadziłam do zminimalizowanej wersji, przekonałam się, że to autosabotaż. 

Co do ujawniania sekretów, nietłamszenia ich w sobie, nie muszę już się uczyć, uznaję, że to jedyna droga prowadząca ku szczerości w relacji z bliskimi, podobnie jak właściwe wyrażanie emocji. Tematyka uzależnień i współuzależnień mnie nie dotyczy, ale może zainteresować wielu czytelników. Ciekawe przedstawienie złości, która niekoniecznie musi wpaść w agresję, sposoby na jej rozładowanie, przydadzą się każdemu z nas, w końcu, kto ich nie doświadcza. Długie lata uczyłam się asertywności, z sukcesem, o ile jest z nią łatwiej. I rzecz o humorze, wspaniałym lekarstwie nie tylko dla duszy, ale i dla ciała, obie sfery potrzebują fizycznej aktywności.

5/6 - koniecznie przeczytaj
poradnik, psychologia, 210 stron, premiera 30.07.2025
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

niedziela, 23 listopada 2025

FRANZ KAFKA. KOSZMAR ROZUMU

ERNST PAWEL

„Taka była atmosfera świata Kafki – przesycona nienawiścią. Ponieważ nie znał innego, zrozumienie, jak trudno w nim oddychać, zajęło mu trochę czas. I stało się równie szkodliwe jak wdychane powietrze.”

Niedawno prezentowałam arcyciekawą biografię Mojszy Zacharowicza Szagałowowa („Chagall”), pełną kolorów, form i energii. Po niej sięgnęłam po opis życia i twórczości Franza Kafki (1883-1924), niemieckojęzycznego pisarza, żydowskiego pochodzenia, związanego z Pragą. I weszłam w mrok, duchotę, nieufność, kompleksy, wewnętrzny niepokój, histeryczną udrękę, ból i strach. Naprzemiennie odbijałam się od ścian euforii i depresji. Niestabilny stan duchowy, rozdwojenie jaźni, odnajdywał odzwierciedlenie w twórczości pisarza. Wiodącymi kierunkowskazami stały się samotność, wyobcowanie, klęska, bezsilność i zadręczanie się. A jednak okazało się, że Ernst Pawel znakomicie ukazał nie tylko ciemną stronę Kafki, ale też sferę, do której docierało światło geniuszu, wyjątkowej inteligencji i poczucia humoru.

Złożona osobowość i sprzeczności z niej wynikające, wspomagane poczuciem zagrożenia, osobliwym podejściem do społecznym związków, w zadziwiający sposób nakręcały twórczość prekursora egzystencjalizmu, znakomicie manewrującego groteską i ironią. Człowieka traktującego pisarstwo jako sposób na określanie swojej osobowości. Autor przybliżał obraz Kafki jako człowieka wymykającego przypisywanej mu legendzie. Kreślił z innej perspektywy niż zazwyczaj psychologiczny portret. Sam będąc przyjacielem i wykonawcą testamentu Kafki, włączał do materiału wypowiedzi innych przyjaciół, fragmenty listów, odwołania do utworów, podróży i choroby. Zręcznie oplatał wszystko tłem historycznym, ogromną zawieruchą przetaczającą się przez europejskie kraje, atmosferą środowiska i mentalnością epoki. Prezentował prosty i rzetelny styl narracji, łączył cechy przenikliwości z precyzją. Odnosiłam wrażenie kompletności i dużej wartości biografii. Minęło już sporo czasu od poznawania przeze mnie dzieł Franza Kafki, teraz chętnie do części powrócę, jestem dobrze przygotowana do odświeżenia ich sobie i podchwycenia wypływających z nich przekazów.

5/6 – koniecznie przeczytaj
biografia, literatura, 504 strony, premiera 17.09.2025 (1984), tłumaczenie Irena Stąpor
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Marginesy.

piątek, 21 listopada 2025

TOKSYCZNA DUCHOWOŚĆ

JAK UWOLNIĆ SIĘ OD DESTRUKCYJNYCH PRZEKONAŃ RELIGIJNYCH

BERNARDO STAMATEAS

"Celem tej książki jest pokazanie, że istnieje zdrowa wiara, która przywraca radość życia, marzenia, ducha solidarności i sprawiedliwości oraz pozwala zawierzyć dobremu Bogu, który głęboko nas kocha.”

Książka przypadkowo trafiła w moje ręce, ale ucieszyłam się z tego. Nie przypuszczałam, że wędrówka śladem wolnej duchowości sprawi wiele przyjemności, pozwoli zerknąć na bolesne sprawy z przeszłości z wyważonym dystansem, nakłoni do różnorodnych refleksji. Wydawało się, że „Toksyczna duchowość” kierowana do osób wierzących w różnie nazywanego Boga, mniej lub bardziej pogubionych w religijności, może dostarczyć wiele materiału do rozmyślań i wskazówek do kształtowania siebie także tym pozostającym poza wiarą. Odebrałam ją jako osobistą wędrówkę w głąb siebie, do esencji własnych przekonań, w sferę zebranych życiowych doświadczeń i intymnych myśli. Kluczem do pozytywnego przyjęcia książki stało się dotykanie człowieczeństwa, poczucia własnej wartości, świadomości satysfakcji z rozwoju, chwytania wielkich marzeń, czerpania radości z codzienności, niezgadzania się na wewnętrzne sprzeczności wywołane osobistym odbiorem i narzuceniem interpretacyjnym. 

Bernardo Stamateas to doktor psychologii, seksuolog kliniczny, pastor, mówca o przywództwie i samodoskonaleniu. Oczywiście, w publikacji rozpatrywał wszystko przez pryzmat religijności, ale dzięki skoncentrowaniu na jednostce, zwykłym człowieku, odniosłam wrażenie uniwersalności tekstu, wskazówek, rad i praktycznych sugestii. Wiele wybierałam dla siebie, poddawałam analizie, konfrontowałam z własnymi przekonaniami i utartym szlakiem myślenia. Podobało mi się, że nie było suchych przesłań, gdyż wspierały je przykłady z życia, elementy pojawiające się w scenariuszach duchowej egzystencji i różnorodne cytaty, nieodkrywcze, bo powszechnie znane, ale warte przypomnienia. Rozdziały omawiały toksyczne postawy, w których religia bardziej szkodzi niż pomaga, ponieważ zagraża egzystencji tłamsząc wolność. Ukazywały kierunek, w jakim powinno się je identyfikować i przezwyciężać wypaczone schematy. Zachęcały do skupienia się na wzbogaceniu wnętrza, ludzkiego potencjału, poszerzeniu perspektyw, aktualizacji postaw religijności, dążeniu do integralności i spójności doświadczania życia. 

Autor inspirował do wyrobienia krytycznego myślenia, przyznania sobie prawa do subiektywnego doświadczania religijności, postawienia na autonomią egzystencjonalną. Omawiał skutki poczucia winy, wystawiania się na cierpienie, dążenia do perfekcjonizmu, obsesji w paradygmatach, czekania na boski ruch, obciążania się powinnościami, uważania, że świat jest zły, a dobro tylko w niebie. Negatywne następstwa pogardy dla ciała, podporządkowania się upokarzającym karom, szkodliwemu osądzaniu, zastraszającej uległości i destrukcyjnym przywódcom. A co niezwykle cenne, pokazywał, co można zrobić, by świadomie dokonywać zmian w myślach, czynach i postawach, co czyni zdrowa wiara w kontraście do toksycznej. Używając podsumowań wypunktowywał kluczowe przekazy na sprawdzanie przynależności do zdrowej duchowości i na dalsze rozmyślania o tym, co zyskujemy na wznieceniu odwagi, samodzielnej naprawie własnej wiary i przekształceniu negatywnych odniesień w pozytywne. Podjął trudną i wymagającą skupienia tematykę, odbiegał od pierwotnej misji religii, zatruwania czyjejś wiary jako praktyczne niszczenie życia tej osoby, pozbawiania prawa do kwestionowania i interpretowania, jednakże posługiwał się językiem przyjaznym, klarownym, pełnym nadziei, otuchy i dobrych emocji. 

5/6 - koniecznie przeczytaj
poradnik, religijność, nauki społeczne, 304 strony, premiera 30.06.2025 (2010)
tłumaczenie Maria Zawanowska
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Bellona.

czwartek, 20 listopada 2025

POŻEGNANIE Z NARWIĄ

HANNA KRALL, rozmawia WOJCIECH TOCHMAN

"Jak człowiek nie wie, co ma robić, to może poprawić coś dookoła siebie.”

Przysłuchiwałam się rozmowie z zainteresowaniem. Opowieści o życiu, doceniłam, że na publicznym forum za pośrednictwem książki. Dzieleniu się wiedzą i przemyśleniami zdobytymi podczas przeżyć i doświadczeń. Składały się na nie różne barwy, jedne pozornie zwykłe i proste, inne naznaczone dramatem i tragedią, kolejne nawiązujące do ciepłych uczuć i myśli, a pomiędzy, mnóstwo dalszych. Wszystkie wymieszane, z niektórymi, o których nie tyle chce się zapomnieć, co pogodzić, które poprowadziły w różne miejsca, umożliwiły spotkanie z różnymi ludźmi, naznaczyły obecnością różne czasy. Nie jestem na etapie dokonywania podsumowań własnego losu, jeszcze nie czuję takiej potrzeby, koncentruję się na życiu tu i teraz, ale z ogromną ciekawością spoglądam na to, co innym było dane przejść. Nie wiem, czy stać mnie będzie na poszukiwanie śladów własnej przeszłości ze szczegółowością i imponującą pamięcią, jak w „Pożegnaniu z Narwią”. Pośrednio odnosić się do zdarzeń z historii, głęboko splecionych z życiem Hanny Krall, warunkujących decyzje i wybory, naprzemiennie odbierających szanse możliwości, i dających nowe opcje i coś w prezencie.

Czułam zawiązaną nić szacunku, przyjaźni i zrozumienia między dwójką reporterów. Rozmowa wydawała się przyjazna i twórcza. Odkrywała coś, czemu nie zawsze chciałoby się dać wypłynąć na powierzchnię. Wspomnienia z wojny, pobytu w domu dziecka, zdobywaniu edukacji, pracy w charakterze reportera, konfrontacji ze starym systemem politycznym i cenzurą, bycie świadkiem narodzin Polski w nowej solidarnościowej odsłonie. I oczywiście, twórczość autorki, nawiązania do książek, uchylanie tajemnic ze źródeł powstawania i symboliki. Sprawy leżące na sercu i wokół bliskich. Niepodobne do moich, jednak wpływające na wyobraźnię, wyzwalające empatię, zrozumienie i podziw. Dostrzegłam punkt styczny, doktora Marka Edelmana, z którym pracowała moja mama w Szpitalu Pirogowa w Łodzi, w jednym gabinecie. I jeszcze, zbliżone odczucia związane z chwilą zrozumienia, że się umrze… kiedy zobaczyłam śpiącego tatę na łóżku.

Więcej niż chwilę poświęciłam na rozważania o nieuleganiu przeciwnościom, nietkwieniu w mrokach, niepewności tego, czy zachowałabym się należycie w godzinie próby, docieraniu do świadomości społecznej, czym była druga wojna światowa i obecnie toczące się konflikty, ginięciu za ideę i zabijaniu dla idei, wpisaniu w naturę człowieka szkodzeniu własnemu gatunkowi, przygotowaniu się na śmierć bliskiej osoby, uwolnieniu od tego, co przeżyte, wierze w Boga i wierze Boga w człowieka. Książka uprzyjemniła wieczór czytelniczy, poddała materiał do refleksji, pozwoliła na przyjrzenie się rozmówczyni. Zachęciła do dalszego odkrywania twórczości autorki. Poznałam dwie książki Hanny Krall ("Biała dama" i "Synapsy Marii H."), Wojciecha Tochmana ("Pianie kogutów, płacz psów"), wrażeniami ze spotkania z nimi dzielę się na Bookendorfinie

4.5/6 – warto przeczytać
reportaż, biografia, 178 stron, premiera 24.09.2025 (2014-2025)
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

środa, 19 listopada 2025

KWANTY NIE GRYZĄ

BEZBOLESNY PRZEWODNIK PO DZIWACTWACH MECHANIKI KWANTOWEJ

NINA MAZUREWICZ

"Szukamy luk w przyjętym sposobie myślenia i niedociągnięć w uznawanych twierdzeniach naukowych.”

Kiedy pojawia się ciekawa publikacja poświęcona współczesnej fizyce, staram się po nią sięgnąć, aby do mojej wyobraźni, za kolejnym powtórzeniem materiału, ale z innej formy, docierało to, co stopniowo odkrywają naukowcy. Zatem, kiedy dostrzegłam tytuł „Kwanty nie gryzą”, nie mogłam go pominąć. Zachęcał obietnicą przyjaznego stylu narracji, na tyle przekonującego i zrozumiałego, by nawet osoba bez ścisłego wykształcenia była w stanie dotrzymać kroku przekazywanej wiedzy przez autorkę. Otrzymałam więcej niż oczekiwałam. Moje sprzężenie z danymi o mechanice kwantowej, pojmowaniem i poruszaniem się w jej sferze, fascynująco przybliżyła do teorii opisującej świat mikrocząstek. 

Nina Mazurewicz bardzo ułatwiła proces podążania za naukowymi informacjami. Odniosłam wrażenie, że już prościej i klarowniej nie mogłoby być. Spodobało mi się, że opisy zawierały sporą dawkę dobrego humoru, znakomicie zdejmującego ciężar z wagi zagadnień, ułatwiającego poukładanie w głowie partii materiałów, bezbolesne i trwałe zapamiętanie. Wydawało mi się, że każdy rozdział to osobny wykład, w którym z przyjemnością uczestniczyłam. Właśnie partiami, naturalnie wynikającymi z rozdziałów, najlepiej przyswajało mi się książkę. „Kwanty nie gryzą” wzbogacały ilustracje, ciekawie i przejrzyście dopełniające tekst, jednak dla mnie użyta w nich czcionka okazała się zdecydowanie za mała, miałam problemy z przeczytaniem. Doceniłam to, że autorka stopniowo, z historycznego ujęcia, wprowadzała w zakres nauki, kolejnych osiągnięć, aż do fizyki kwantowej, ze spojrzeniem w przyszłość oczekiwań. Znakomicie, że trzymała się ujednoliconych pojęć, koncentrowała na tym, co najważniejsze, ale nie zapominała o tym, co atrakcyjne z punktu ujęcia tematyki, co mogło przywabić dodatkowe zainteresowanie czytelnika. W moim odczuciu, jak najbardziej warto sięgnąć po książkę, zwłaszcza przez osoby amatorsko stykające się z mechaniką kwantową, mnóstwo klarownie przekazanej wiedzy i entuzjazmu wobec odkrywania tajemnic świata.

5/6 - koniecznie przeczytaj
literatura popularnonaukowa, fizyka kwantowa, 204 strony, premiera 24.06.2025
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

poniedziałek, 17 listopada 2025

BŁĘKITNY ZAMEK

LUCY MAUD MONTGOMERY

"Moment, w którym kobieta uświadamia sobie, że nie ma po co żyć – ani dla miłości, ani dla obowiązku, ani dla celu czy nadziei – smakuje gorzko jak śmierć.”

Zadziwiające, jak mocno krępują społeczne konwenanse, oczekiwania ogółu, narzucone normy postrzegania otoczenia i nas samych. Dopiero, kiedy świat zdaje się przed nami zamykać, z powodu straty bliskiej osoby lub śmiertelnej choroby, zdajemy sobie sprawę, że nie mamy nic do stracenia, a to, co uważaliśmy za ważne z punktu widzenia innych, okazuje się rzeczą niemal bez znaczenia i wartości. Tuż przed końcem życia, zaczynamy prowadzić szczery dialog z sobą, dowiadujemy się, czego pragniemy, co chcemy by wydarzyło się zanim znikniemy na zawsze. I choć brakuje już czasu, zaskakująco mocno tkwi w nas nadzieja na poprawienie losu, choćby na krótki okres. A staje się to, kiedy odważnie bierzemy ster życia we własne ręce, wywalczamy osobistą wolność, podążamy tropem własnych zasad i reguł. 

We współczesnym świecie, ze względu na dokonane zmiany kulturowe i społeczne, łatwiej tego dokonać niż głównej bohaterce powieści z minionej epoki. Monotonna egzystencja starej panny, bez nadziei i widoków na przyszłość, związanej przez archaiczną tradycję i presję środowiska, wytresowanej, co wypada, a co nie wypada robić. Początkowo sposobem na wyrwanie się od toksycznych relacji z bliskimi jest ucieczka w krainę marzeń, aby nawet na kilka chwil odsunąć się od poczucia bycia nieistotną, bez celu w życiu, wrażenia, że obok mijają cenne doświadczenia i doznania. Valancy Stirling długo zbiera się na bunt i zerwanie kajdan. Dopiero świadomość bliskiej śmierci mobilizuje ją. Pomimo strachu decyduje się na radykalne przekształcenie myśli i postaw w drodze ku radości, spełnieniu, szczęściu i miłości. Nie tylko inni jej nie poznają, ale i ona sama. Zdaje sobie sprawę z tego, jak wiele traci funkcjonując w świecie pozorów. Kibicuję kluczowej postaci, odrzucającej obawy, utrwalającej determinację. Lubię za poczucie humoru. 

Luicy Maud Montgomery pisze stylem przemawiającym do serc czytelniczek. Wyzwala silne emocje, przyciąga do losów bohaterki więzami współczucia, akceptacji, empatii i przyjaźni. Wyśmienicie odmalowuje ludzkie przywary, megalomanię starych rodzin, chowanie się za kotarą starych konwenansów. Poprzez pozornie błahą historię nakłania kobiety do śmiałego wyrażania siebie, zadowalania siebie a nie innych, wypracowania prawdziwej indywidualności, kształtowania mocnego poczucia własnej wartości. Poznaję świat „Błękitnego Zamku”, nie jako młoda osoba, ale dorosła kobieta, i wyrażam zrozumienie i wsparcie. Podoba mi się wyzwalająca pierwsza część powieści, druga oczyszczająca również wywołuje dobre wrażenie, trzecia zachwyca radością życia. Natomiast ostatnia, wpada w esencję romantycznych nut, nieprzekonujących, lecz wyczekiwanych przez większość czytelniczek. Na plus zaskakuje wydźwięk życia Barneya Snaitha, któremu środowisko społeczne przypisuje szalone mroczne historie. Jego powiedzenie Nie wiemy, dokąd zmierzamy, ale czy nie na tym polega zabawa, niesie cenne przesłania. 

Zerknij również na książki Lucy Maud Montgomery przybliżone na Bookendorfinie, z serii o rudowłosej Ani, wielokrotnie do nich powracam w chwilach, kiedy los nie obdarza mnie uśmiechem, ("Ania z Szumiących Wierzb", "Anne z Zielonych Szczytów", „Anne z Avonlea”, "Anne z Redmontu") i inne wersje tłumaczeniowe, w klasycznym wydaniu znanym mi z dzieciństwa ("Ania z Zielonego Wzgórza", "Ania z Avonlea", "Ania na uniwersytecie").

4.5/6 – warto przeczytać
literatura obyczajowa, klasyka, 278 stron, premiera 20.08.2025 (1926)
tłumaczenie Kaja Makowska
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Marginesy.