Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 sierpnia 2024

IM MROCZNIEJ, TYM LEPIEJ

STEPHEN KING

„Życie to właściwie krótki sen wyśniony podczas letniego popołudnia.”

Zbiór różnorodnych opowiadań, miło spędzało się przy nich czas, jedne bawiły, inne podkręcały wyobraźnię, ale były i takie, które nakłaniały czytelnika do drobnych refleksji. Stephen King naznaczył je, w mniejszym lub większym stopniu, zjawiskiem przemijania, istnieniem w równoległym świecie, nieoznaczonością końca egzystencji ziemskiej. Tematyka śmierci podejmowana przy okazji głównego wątku sprawdziła się i w krótkiej formie literackiej. 

Najbardziej spodobało mi się „Strzeżcie się snów” z rzeczywistością ukrytą pod snem, próbą naukowego zrozumienia, lekkim dreszczykiem związanym z mroczną naturą człowieka. Zajmująco poznawało się „Dwóch utalentowanych skubańców”, wyczuwałam powiew klasycznych powieści, ale skomponowanych z uwzględnieniem uwspółcześnionych wersji. I jak to zwykle u mistrza horroru bywało, chodziło nie tylko o intrygujący i podsycający ciekawość scenariusz zdarzeń, ale też zajrzenie w głąb ludzkiej duszy owianej tajemnicą, w tej wersji utrzymywaną przez kilkadziesiąt lat. Wysoki poziom prezentowali „Wszystkowiedzący”, rewelacyjne podsumowywał ludzkiego życia, w mieszance obaw, nadziei, szczęścia, ambicji, bólu i straty. Znakomicie rozpisana retrospekcja bohatera, z symbolicznym uczestnictwem losu.

Doceniłam pomysł na fabułę w „Ekspercie od turbulencji”. Opowiadanie wypełnione emocjami od strony kluczowej postaci i czytelnika. Chętnie widziałabym je bardziej rozbudowane, gdyż wiele intrygujących kierunków można by było rozwinąć i uwzględnić w ramach powieści. Moją sympatię zdobyły „Grzechotniki” utrzymane w paranormalnym klimacie i z kryminalną zagadką. Chętnie puszczałam wodze wyobraźni, i chociaż instynktownie czułam jak wszystko się potoczy i tak przyjemnie w to wchodziłam. „Piąty krok” przekonał wydźwiękiem fabuły, mocnymi uderzeniami, zwięzłym przekazem. Najbardziej kingowskie opowiadanie w zbiorze. Ekscytująco prezentował się „Willi Popapraniec”, przemawiający do wyobraźni, trafiający z puentą, zaskakujący finałem. 

„Czerwony ekran” sympatycznie wszedł w melodię fantastyki, nuty czegoś niezdefiniowanego, przerażającego i jednocześnie nieuświadomionego. Coś takiego pojawiało się w koncepcjach innych pisarzy, ale King wykreował to po swojemu, uwzględniając odczucia jednostki targanej przez nieuchwytne byty. Natomiast „Laurie” wpadła w sentymentalny nastrój, melancholijne nuty, nostalgiczną atmosferę, finałowa odsłona uwzględniała odczucia powiązane z wypełnianiem misji istnienia. W „Finnie” uśmiechałam się obserwując życiowego pecha głównego bohatera, można było powiedzieć siła złego na jednego, aż wreszcie doszło do porwania i osobliwych powiązań. Liczyłam na mocniejsze atuty utworu, ale przyjęta koncepcja roztaczała zachęcający urok. „Droga do Zajazdu Zjazd” udanie włączyła się w nurt klasycznego horroru, przekonująco ujęła bohaterstwo staruszka, trudną relację ojca z synem, nadzieję pokładaną w najmłodszym pokoleniu.

Zerknij na wrażenia po spotkaniu z innymi książkami Stephena Kinga przedstawionymi na Bookendorfinie: "Baśniowa opowieść", "Dziewczyna, która kochała Toma Gordona", "Oczy smoka", "Blaze", "Komórka", "Regulatorzy", "Desperacja", "Miasteczko Salem", "Misery" "Mroczna połowa", "Łowca snów", "Gra Geralda", "Billy Summers", "Podpalaczka", "Później", "Jest krew", "Instytut", "17 podniebnych koszmarów", "Bastion", "Bazar złych snów", "Cujo", "Outsider", "Pudełko z guzikami Gwendy", "Magiczne piórko Gwendy", "Ostatnia misja Gwendy", "Roland", "Sklepik z marzeniami", "Śpiące królewny", "Uniesienie", "Zielona mila", "Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika", "Charlie Ciuch-Ciuch", oraz "Stephen King. Instrukcja obsługi" Roberta Ziębińskiego.

4.5/6 - warto przeczytać
opowiadania, literatura grozy, 622 strony, premiera 22.05.2024, tłumaczenie Janusz Ochab
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Albatros.

poniedziałek, 1 kwietnia 2024

JEROZOLIMSKA PLAŻA

IDDO GEFEN

„Wczorajsze wspomnienia są marzeniami przyszłości.”

Kiedy decydowałam się na spotkanie z książką umknęło mojej uwadze, że nie jest to powieść, ale zbiór krótkich form. Jednak nie przeszkodziło to w delektowaniu się twórczością. Otrzymałam klimat, na jaki liczyłam, garść materiału do ciekawych refleksji i przyjemność w zatapianiu się w ludzkich losach. Iddo Gefen zaimponował narracją przepełnioną ujęciami z różnych perspektyw człowieczeństwa, tego, które każdy chciałby odnaleźć w sobie, nie tylko w godzinach próby, ale w zwykłej codzienności, oraz tego, którego kształtu czasami się wstydzimy, wymyka się czystemu poczuciu sumienia i godności. 

Autor z wyczuciem dotykał ludzkich dusz, jej najgłębszych warstw, znanych od wieków, ale również dopiero kształtujących się w dobie masowej komunikacji i wszechobecnych social mediów. Czułam świadomość poszczególnych jednostek, przywoływanych jako główne postaci w opowiadaniach, poznawałam ich spojrzenie na świat i siebie, sposób traktowania bliskich i tworzenia społecznych relacji. Oczywiście, nie wszyscy intensywnie lub wyraziście przemówili do mnie, ale za każdym razem okazywali się ciekawi i warci poznania, nawet jeśli szala pochylała się w dół pod naporem ciężaru ich wad i ułomności. Właśnie jako jednostka tacy jesteśmy, nieidealni i niedoskonali, także wówczas, gdy za wszelką cenę pragniemy się przed tym ustrzec.

Dużo humoru wyłapałam w opowiadaniu „Oddział geriatryczny”, pomimo wydawałoby się ponurych ujęć, jak dziadek z wojskowymi ambicjami, ojciec niemogący pozbyć się długów, syn z wojenną traumą i matka decydująca się na ucieczkę od rodziny. Ale to „Jerozolimska plaża” przemówiła najbardziej, ze wspomnieniami zakrytymi przez alzheimerową pustkę. Emocjonalna i sugestywna, wywołująca dreszcze podczas czytania, perfekcyjna w każdym calu. Ciekawym pomysłem na fabułę zabłysnął „Exit”, choroba córki powiązana ze zniknięciem w snach i troskliwość rodziców wobec dziewczyny. „Placówka Neptun” również miała w sobie coś, co skłaniało do refleksji na temat kondycji wojskowej mentalności i zmian zachodzących w psychice człowieka. 

Spodobał mi się „Wyśniony dom Debby”, mogłam go odwiedzić powierzchownie koncentrując się na zwykłej rozrywce, albo zajrzeć do ukrytych pomieszczeń powiązanych z naturą ludzką, pragnieniem władzy nad drugim człowiekiem i manipulowania jego losem podług własnych potrzeb. „Trzy godziny z Berlina” doskonale uchwyciły odwrócenie ról rzeczywistości i wirtualnego życia, przykrycia samotności i zagubienia sztucznymi obrazami i relacjami. Spore wrażenie wywarło pytanie „Jak pamiętać pustynię?”, idea dzielenia i wymiany wspomnień przy użyciu nowoczesnej technologii. Natomiast „”Dziewczyna, która mieszkała blisko Słońca” zabrała w międzygalaktyczną podróż i tajemniczą sferę. Dobrze przyjęłam „Sens Życia sp. z o.o.”, poruszał ważne zagadnienia filozoficzne w żartobliwym wymiarze. Natomiast „Podręcznik dla nowych konsultantów” zaskoczył przewrotnością w finałowej odsłonie.

4.5/6 – warto przeczytać
literatura współczesna, 364 strony, premiera 14.06.2023 (2017), tłumaczenie Anna Halbersztat
Tekst powstał w ramach współpracy z DużeKa.pl

czwartek, 29 września 2022

MIŁOŚĆ, ŚMIERĆ + ROBOTY

Peter F. Hamilton, John Scalzi, Alberto Mielgo, Steve Lewis, Kirsten Cross, Ken Liu, Joe R. Landsdale, Marko Kloos, Claudine Griggs, Vitaliy Shushko, Michael Swanwick, David W. Amendola, Alastair Reynolds

"Zło, któremu pozwolono kisić się we własnym sosie, w mrocznym, parszywym miejscu przez całe stulecia, zamieniło się w osobliwość, która gdy już zostanie wypuszczona, zmiecie wszystko, co stanie jej na drodze."

Z przyjemnością sięgam po zbiory opowiadań, właśnie w klimacie fantastyki, wolna chwila i można przenieść się w świat wyobraźni, często wsparty nauką, ale jeszcze częściej marzeniami i obawami o przyszłość ludzkości. Zatem, kiedy trafiłam na tę oficjalną antologię, nie mogłam oprzeć się, aby nie umówić się na spotkanie. Po zapoznaniu się z osiemnastoma różnorodnymi krótkimi formami, nie dziwiłam się, że znalazły zainteresowanie twórców telewizyjnego serialu. Prezentowały się z wyjątkowej widowiskowej strony, sympatycznie szybowała przy nich fantazja. Poziom opowiadań nie zaliczyłam do wybitnie wysokiego, lecz były na tyle mocne, że entuzjastycznie podchodziłam niemal do każdego.

Znakomicie bawiłam się przy „Rybiej nocy”, kiedy to osobliwe obrazy sięgnęły prastarych form i rewelacyjnie połączyły się ze współczesnym bytem. Wyśmienicie odebrałam w zbliżonej myśli zabawy w czas, ale w znacznie szerszym zakresie, w ramach „Epoki lodowcowej”. Niesamowite rzeczy skrywała stara lodówka, czasem aż strach było do niej zajrzeć. Cudownie czułam się w „Błękicie zimy”. Idea takiej długowieczności wyzwalała wielkie obawy, jednocześnie sztuka łagodziła podejście do ciała uodpornionego na wszelkie ekstremalne warunki. Autonomiczna sztuczna inteligencja zaprezentowała się z nader oryginalnej strony. Na uwagę zasługiwał „Świadek”, z ciekawą formą narracji, morderstwem w tle, ale atrakcyjnym twistem w zakończeniu.

„Za szczeliną orła” zabrało w podróż kosmiczną z wymyślną zmianą czasu. Sporo się tam działo w kilku warstwach. „Sekretna wojna” odnosiła się do fantastyki, ale przedstawiona wojskowa mentalność rządzących i dziś niestety trzyma się znakomicie. Efektowny pomysł z sowieckimi żołnierzami specjalnych służb walczącymi na północnej Syberii z okropnymi kreaturami, wychodzącymi z dziur, wygłodniałymi na ludzkie mięso. Sporo dynamicznej walki pojawiło się również w „Mechach”. Z ciężkim trudem terraformowana planeta i widowiskowa bitwa z Obcymi. Dziwny stwór pojawił się w „Wysypisku”, śmieci skrywały wiele tajemnic. Zabawnie było w „Historiach alternatywnych”, króciutka skondensowana forma a wiele scenariuszy związanych ze śmiercią Adolfa Hitlera.

Opowiadania, które mniej mi się spodobały, ale i tak zawierały ciekawą, często nietuzinkową myśl, to przede wszystkim „Sonnie ma przewagę” z koncepcją transferu mózgu, sklonowanymi symbiontami neuronowymi, walką robotów na arenie, zaskakującym zakończeniem. „Wysysacz dusz” odwołał się do wampirskich klimatów, krwistych scen, ale także przewrotnego finału. W nieco baśniowy świat, lecz z perspektywy mechanicznych ujęć, metalu i ognia, zaprosił utwór „Udanych łowów”, z udziałem demonici kradnącej serca i łowcy demonów. Likantropi wyłonili się w opowiadaniu „O wykorzystaniu zmiennokształtnych”. Kolejny raz potwierdziło się, że ludzkość wciąż będzie wikłać się w wojnę, na wielu płaszczyznach i z różnym rodzajem broni.

Humoru nie zabrakło w „Gdy jogurt przejął władzę”. Ciekawy pomysł na fabułę, dziwaczna płaszczyzna na polityczne ujęcia, ale liczyłam na bardziej nieprzewidywalne zakończenie. Kiedy czytałam „Trzy roboty”, spoglądałam osądem i przypuszczeniami maszyn na resztki ludzkiej ery. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu powielania przeszłości, cyklu narodzin, rozwoju i wymierania. „Pomocna dłoń” o samoratunku w kosmosie w zasadzie niewiele wniosła. Sentymentalnie zrobiło się w „Szczęśliwej Trzynastce”. Ludzie potrafią przywiązać się do różnych przedmiotów, nadawać im własne cechy, a nawet posądzać o skłonności do przynoszenia pecha lub szczęścia. Chociaż „Martwy punkt” najmniej mi podszedł, to jednak idea holograficznych obrazów i kopii zapasowych mózgów niosła pewne przesłanie, na które powinniśmy zwrócić uwagę.

4/6 – warto przeczytać
fantastyka, opowiadania, 448 stron, premiera 28.06.2022 (2006-2021), tłumaczenie Wojtek Cajgner
Tekst powstał w ramach współpracy z DużeKa.pl

poniedziałek, 29 marca 2021

WYPYCHACZ ZWIERZĄT

JAROSŁAW GRZĘDOWICZ

"Czasami najlepsze są te rzeczy, których wcale nie widać."

Książka intrygująco wypełniła wolny czas, różnorodność opowiadań sprawiła, że interesująco pochłaniało się jedno po drugim. Niemal w każdym aspekcie bardzo dobrze odnalazłam się w publikacji. Podeszła umiejętnie wytworzonym klimatem, bez względu na rzeczywistość, w której się obracałam. Przyjemnie poprowadziła stylem narracji, a przede wszystkim, ciekawie odniosła się do wielu spostrzeżeń o otaczającej nas rzeczywistości, jednolitej i kontrastowej, monotonnej i barwnej, wyciszonej i krzyczącej. Interpretacja zależała od strony przybliżenia. Niezwykła umiejętność Jarosława Grzędowicza do tworzenia miniatur, dokładnie przemyślanych, atrakcyjnie podanych, nasyconych treścią, skłaniających do refleksji.

"Hobby ciotki Konstancji" z nawiedzonym domem, przenikaniem światów i twistowym finałem, natychmiast mnie urzekło. "Zegarmistrz i łowca motyli" umożliwiło podróż w czasie, dało dostęp do strumienia zabawy w historyczne ujęcia, co by było, gdyby, w wybieranie prawdziwości wersji, z fantastycznie zaskakującym zakończeniem. "Nagroda", zastanawiające, jak na kilku stronach udało się celnie uchwycić nonsens korporacyjnego życia. "Buran wieje z tamtej strony" zmroził syberyjskim klimatem, zestawił sprzeczne światy, udanie skonstruowane, tylko który prawdziwy, a który wyimaginowany? "Obrona konieczna" z czarnym humorem, rzutem na większy wachlarz praw przestępcy niż ofiary, jakże celnie w sedno. W rewelacyjnie mrocznym "Pocałunku Loisetty" zło przenosiło się z miejsca na miejsce, z człowieka na człowieka, z przedmiotu na przedmiot. Majstersztykiem była scena zamykania książki przez skazańca, złowróżbna zapowiedź powrotu, bo w końcu, czy czarne siły nie są wieczne, zwłaszcza gdy przyjrzeć się naturze człowieka? "Specjały kuchni Wschodu" sięgnęły do czarnych instynktów pokrzywdzonych, marzących o zatrważającej zemście na zimno, być może nawet bestialskim odpłaceniem się. Paskudne spojrzenie na zjadanie problemów, trawienie nienawiści i wydalanie negatywnych emocji.

"Farewell Blues" przerażająco prorocze, przytaczające absurdalność prawnego określenia każdej czynności codzienności. Ludzkość wytyczyła niebezpieczny kierunek, bezmyślnie nakręciła spiralę lawinowo pojawiających się zakazów, biernie oddała się w ręce obcej cywilizacji, zwolniła z myślenia i odpowiedzialności. "Weneckie zapusty" z karnawałową zabawą nieodpartych pokus, gorzej, gdy rozciągniętych na pozostałe dni roku. Tytułowy "Wypychacz zwierząt" zerkał na istotę egzystencji, pragnienie wyrwania z rąk śmierci ostatecznego zagrabienia, ale czy faktycznie nieodwracalnie? "Weekend w Spestreku" ze znakomitym rzutem oka na ekstremalne wypaczenie politycznej poprawności i skrajną postępowość społeczeństwa. Świetny pomysł z zestawieniem przeszłości nam znanej z prawdopodobnym scenariuszem przyszłości, a przecież wydawałoby się, że zrobiliśmy wszystko, aby od niego uciec. Wzruszyłam się przy "Trzecim Mikołaju" i to właśnie z niego pochodzi cytat. "Wilcza zamieć" w mitologicznym klimacie zamknęło książkę, wiatrem morskiej przygody, skandynawskiej tajemnicy i germańskiego przekleństwa.

5/6 - koniecznie przeczytaj
fantastyka, 470 stron, premiera 22.01.2021 (2006), ilustracje Dominik Broniek
Tekst ukazał się pierwotnie na DużeKa.pl

poniedziałek, 18 stycznia 2021

PIERWSZA OSOBA LICZBY POJEDYNCZEJ

HARUKI MURAKAMI

"Śmierć marzeń jest w pewnym sensie smutniejsza niż śmierć żywej istoty".

Cieszę się, że wkroczyłam w etap życia, w którym decydującą rolę odgrywa teraźniejszość, to nie niej skupiam uwagę, podporządkowuję codzienność, ciesząc się z każdej chwili. Nie wybiegam planami w daleką przyszłość, tylko najbliższą, pomagającą organizować jakość realizacji marzeń i spełnienia w pasji. Pojawiło się też coś nowego, co dotąd nie zaglądało często na pierwszy plan, przywoływanie wspomnień o różnym zabarwieniu i formie. Niekiedy wpadam w melancholijny i tęskny nastrój, kiedy indziej ożywiam się radośnie na myśl o tym, co udało mi się przeżyć. Opowiadania Haruki Murakamiego, koncentrujące się na pierwszej osobie liczby pojedynczej, wyciągające zapiski pamięci z przeszłości, odpowiadają mi tematycznie. Doceniam przekazy, wyłaniam cenne refleksje, chwytam głos zachwytu życiem.

"Do kamiennej poduszki" pokazuje, jak zadziwiające jest to, że osoby, z którymi kiedyś byliśmy bardzo blisko, spędziliśmy wiele wspólnych chwil, odchodzą w zapomnienie. A nagle z pamięci przywołujemy osoby, których towarzystwem mogliśmy cieszyć się zaledwie kilka razy, niekiedy tylko raz. Okruch dawnych czasów niespodziewanie dochodzi do głosu, na chwilę odświeża wyobraźnię, przywołuje skojarzenia, lecz w niewielkim stopniu uwzględnia czynnik nadpisywania i wypaczania wspomnień. "Śmietanka" na granicy mistyczności zgłębia tajemnicę życia, wyławia istotę mijających dni, dowodzi, że nieuchwytność i niesprecyzowanie są tym, co nas najbardziej pociąga. Wszystko, co ma wielką wartość, wyzwala siły na pokonanie trudów osiągania, jednak trzeba potrafić zatrzymać się na chwilę i docenić doniosłość chwil. "Charlie Parker Plays Bossa Nova" porusza się po alternatywnej rzeczywistości, przedłuża scenariusz zdarzeń, nadaje mu innego kształtu, wypełnia tym, co mogłoby się stać przy określonych okolicznościach. 

Muzyczne skojarzenie "Witch the Beatles" wywołuje zadumę nad przebrzmiałymi marzeniami i wydarzeniami. Życie jawi się jako ładnie opakowane nietrwałe dobro. Migawka pamięci zatrzymuje się na konkretnym obrazie, później wielokrotnie do niego powraca, lecz nie bierze pod uwagę nieuniknionych zmian podmiotów. "Wiersze zebrane o drużynie Yakult Swallows" wchodzą w wyjaśnienia relacji z rodzicem, wskazują źródło przyszłych zainteresowań w odniesieniu do atmosfery dzieciństwa, wyciągają aspekt rywalizacji pokoleń, choćby poprzez sportową wymowę. Dotykają aspektu małej wagi czegoś, co z czasem nabiera cech wyjątkowości, albo odwrotnie, jak w "Karnawale", coś istotnego zamienia się w niewiele znaczący epizod. Różny kąt spojrzenia na ten sam fragment świata, przyjaźń poprzez fascynację muzyką, odkrywanie prawdziwych i zamaskowanych obliczy. "Wyznanie Małpy z Shinagawy" fantastycznie wpisuje się w rozważania o człowieczeństwie i miłości. I na koniec, opowiadanie "Pierwsza osoba liczby pojedynczej" mówi o wyborach życiowych ścieżek, lewym i prawym wariancie, podążaniu za głosem intuicji lub za oczekiwaniami innych. Zerknij też na "Śmierć Komandora. Pojawia się idea" tego autora.

4/6 - warto przeczytać
literatura współczesna, 224 strony, premiera 12.11.2020 , tłumaczenie Anna Zielińska-Elliott
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Muza.

wtorek, 27 października 2020

GAZ DO DECHY

JOE HILL

"Ograniczenia dodają siły. Moc dżinna bierze się z jego jestestwa zamkniętego w butelce." Richard Wilbur

Dwa lata temu sięgnęłam po opowiadania Joego Hilla wydane pod tytułem „Dziwna pogoda”. Już wtedy urzekła mnie umiejętność autora kreowania fantastycznego klimatu grozy, zwielokrotniona zmysłowo przyciągającą rozmaitością. Nie inaczej zaproponowano w „Gazie do dechy”, trzynaście opowiadań, napisanych w różnorakiej konwencji, z barwnymi motywami wiodącymi, ciekawą perspektywą spojrzenia na złożoną ludzką naturę. W stosunku do poprzedniczki, ta przyniosła bogatsze i intensywniejsze wrażenia. Nie wszystkie krótkie formy wciągnęły mnie w równym stopniu, były tak odmienne, że nie można było tego wymaga. Każda z nich nie mogła wbić się w mój gust, ale zdecydowana większość zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Zwłaszcza „Gaz do dechy”, nawiązujący do klasycznych pomysłów wykorzystania szerokich i długich amerykańskich szos jako tła do trzymających w napięciu wydarzeń. Było pełnokrwisto, koszmarnie, zatrważająco, bez ograniczeń wobec pragnienia zemsty. Rewelacyjnie podgrzewane napięcie od pierwszej do ostatniej strony, stary pomysł, ale w atrakcyjnej szacie.

Znamiona szkarłatnego horroru nosi też „Stacja Wolverton”, ale więcej przewrotności i złośliwości. Frapująco rozwinięto powiedzenie „nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka”. Także „Faun” spodobał mi się, diaboliczne spojrzenie na baśnie o zaczarowanym ukrytym świecie, z przebiegle oszukańczą nutą, odwróceniem kierunku i ról. Marzymy o dalekich podróżach, już jako dzieci, czytamy o nich opowieści, jednak otwarcie drzwi do innego świata może okazać się niebezpieczne i zgubne. Podobnie, z tęsknotą za czymś, co nigdy się nie wydarzy, choć „Nad srebrzystą wodą jeziora Champlain” udowadnia, że w świecie wyobraźni nie ma rzeczy niemożliwych. Na uwagę zasługują „Spóźnialscy” z odwołaniem do strachu przed śmiercią, pragnieniem przeżycia namiastki tego, co zabierze śmierć, która nie dopuszcza do poznania przyszłości. Utwór wywołał spore emocje, odwołał się do uczucia swoistego niespełnienia, niedoczytania książki przez moją babcię, rak wyprzedził tempo przerzucania stron. Zawsze pozostawiamy coś niedokończonego na tym świecie, ale dla prawdziwego pasjonata lektur, lęk przed utratą poznania zakończenia książki może stać się bazą do rozwinięcia upiornych pomysłów wyobraźni w naruszeniu struktury czasu.

Futurystyczne klimaty przebijały się w „Jesteś dla mnie najważniejsza”, fantastycznie wbiłam się w tematykę ludzkiej samotności, funkcji robota jako towarzysza, a także pomimo upływu wieków, niepodlegającej zmianie mentalności ludzkiego gatunku. Niejako na własne życzenie zamykamy się w klatce codziennych pragnień, z wielką skrupulatnością kopiując wzorce, zamiast postawić na indywidualność. Wielkie brawa za mega zaskakujące zakończenie, zupełnie nie spodziewałam się, że tak właśnie wybrzmi przesłanie. Generalnie, Joe Hill obserwuje rzeczywistość z wielką uwagą, celnie wybiera z niej myśli do rozkręcenia w krótkich formach literackich, co znakomicie udowodnił w „Tweetach z cyrku umarłych”. Nawiązał do chowania się przed realnym życiem w idealizowanych przekazach w mediach społecznościowych i przesunięcia uwagi z prawdziwego życia na fasadowe wirtualne migawki. To nie nowoczesna technologia nosi cechy sztuczności, ale jej twórca, stopniowo zmieniający się w bezmyślne zombie. W „Diable na schodach” format narracji przyjął postać schodkową, ciekawy zabieg, ale utrudniał skupienie się na piekielnej treści. Pozostałe opowiadania nie wyróżniały się szczególnie. „Kciuki” sięgnęły po powojenny zespół stresu pourazowego, „Chryzantemamy” potwierdziły, ze za wszystko, co dobre i złe, trzeba zapłacić, „Jesteście wolni” wpisało się w strach przed nuklearną zagładą, zaś „W wysokiej trawie” objęło poszukiwania drogi wyjścia, w bezpośrednim i symbolicznym znaczeniu. Podsumowując, książkę warto uwzględnić w planach czytelniczych, sporo naprawdę dobrego materiału, często drapieżne i agresywne podejście do procesu imaginacji, często nietypowe i osobliwe, albo nieprzewidywalne i zadziwiające. Kilka utworów to wypełnienia objętości, lecz miło drażniące.

4.5/6 – warto przeczytać
horror, opowiadania, 512 stron, premiera 16.09.2020 (2019)
tłumaczenie Izabela Matuszewska, Danuta Górska, Krzysztof Sokołowski
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Albatros.

wtorek, 2 października 2018

DZIWNA POGODA Joe Hill

"Strach zagęszcza czas, sprawia, że staje się powolny i kleisty."

Największym atutem książki jest fantastycznie wykreowany klimat, chętnie w niego wchodzimy, bo zmysłowo przyciąga rozmaitością. Cztery opowiadania, napisane w różnej konwencji, z barwnymi motywami wiodącymi, perspektywą spojrzenia na złożoną ludzką naturę. Podobało mi się podkręcanie wyobraźni czytelnika przeplatającymi się sprzecznościami, raz jest delikatnie i ciepło, kiedy indziej bezpośrednio i zimno. Momentami musimy odwołać się do własnych doświadczeń życiowych, by wydobyć głębię, a za chwilę pokazywana jest pod przyległym zaskakującym kątem. Odpowiadało mi wnikliwe spojrzenie na niemal każdą z postaci, nawet nieobsadzoną w głównej roli, poprzez odpowiednie uwypuklenie opisujących ją detali, staje się swojska, zrozumiała, bliższa. Mamy wrażenie jakbyśmy sami mogli wziąć udział w odgrywanych scenach i wydarzeniach, bo w końcu dotyczyć mogą każdego z nas.

Zatem ogólne wrażenie wydawałoby się pozytywne, a jednak ta partia twórczości Joe Hilla nie do końca mnie przekonała. Lubię kiedy autor sprytnie bawi się z czytelnikiem, zaprasza na literacką imprezę z wcześniej określoną tematyką, aby za chwilę w trakcie intelektualnej zabawy zboczyć z wyznaczonego szlaku, wędrować po bocznych ścieżkach, bardziej nęcących i frapujących niż źródło, z którego się wyruszyło. Wówczas czujemy, że nasze zaangażowanie jest naturalne i niewymuszone. Natomiast w takiej odsłonie, jak zaprezentował to Hill, pozornie przemyślanej i spenetrowanej, ale częściowej i niezbyt wnikliwej, nie udało mi się intensywnie wgryźć w przedstawiony materiał. Mam świadomość, że to krótka forma literacka, jednakże przeszkadzała mi powierzchowność, prześlizgiwanie się po zagadnieniach naprawdę wartych uwagi.

Jedynie "Zdjęcie" mocno mnie zaintrygowało, niosło nawiązania do ukrytych lęków, które odczuwa każdy z nas, do mniej chlubnych migawek z życia, które wciąż potrafią wywołać dreszcze zażenowania i wstydu, do ukazania bezwzględnej zawodności ludzkiej pamięci. Potencjał opowiadania ogromny, ale wykonaniu zabrakło precyzji i kunsztu. Odwrotnie odebrałam za to "Naładowanego", początkowo nieśmiało rozwijającego się, aby w każdy wdechem stawać się coraz bardziej brutalne i makabryczne, od lekkiego drażnienia wyobraźni i wywoływania zaniepokojenia, do niezakłamanej odsłony ludzkich słabości. Elementy science fiction zaprezentowane we "Wniebowziętym" miały intrygujący urok, niestety w całkowitym rozrachunku niewiele wynosimy z tego opowiadania, a przecież nawiązania do strachu jako instrumentu kształtującego scenariusz życia, determinującego podejmowane decyzje, dałoby się bardziej uwypuklić. I "Deszcz", zawierający mocne przesłanie, lecz to już było, nie wniosło nic nowego.

3.5/6 - w wolnym czasie
horror, opowiadania, 512 stron, premiera 05.09.2018, tłumaczenie Marta Guzowska
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Albatros.