sobota, 28 marca 2026

ZAGADKA ŚWIĄTECZNEJ ZBRODNI

W ŚWIĘTA ŚMIERĆ UDERZA ZNIENACKA

SUSAN GILRUTH

"Boże, chroń nas przed naszymi przyjaciółmi, tak ochoczo broniącymi naszej reputacji przed oskarżeniami, które mogłyby bez tego w ogóle nie paść.”

Pierwsze spotkanie z twórczością Susan Gilruth zaliczyłam do intrygujących w przyjemnej odsłonie. Zapewniało mocne dobre wrażenia, odwołujące się do zabawy z czytelnikiem w dokonywanie przypuszczeń i interpretacji. Atrakcyjność fabuły przekonywała z różnych ujęć. Autorka naszpikowała scenariusz zdarzeń tropami i zwątpieniami, mocno zagęszczoną kryminalną zagadką, co więcej, znalazła jeszcze przestrzeń dla delikatnych obyczajowych nut. Gładko wchodziłam w akcję, chętnie przewracałam strony dokonując przypuszczeń, jak potoczą się losy śledztwa. Odpowiadało mi, że dochodzenie prowadzone było od strony amatorki i doświadczonego policjanta, zaś ich opierająca się na osobliwych relacjach współpraca ubarwiała liczne incydenty. 

Bohaterowie, zarówno pierwszoplanowi, jak i z drugoplanowi, przekonująco odmalowani. Nie brakowało różnorodności osobowości, skrywanych sekretów i stopniowo ujawniających się ambicji. Liane, kluczowa postać powieści, wystąpiła w roli narratorki. Frapująco było towarzyszyć jej myślom, próbom logicznego ułożenia zdarzeń, zrozumienia okoliczności i wysunięcia prawidłowych wniosków podczas odkrywania tożsamości mordercy. Gilruth udanie mieszała w obsadzie książki, sprawiając, że do końca nie mogłam być pewna motywów i zamiarów grona osób. Świetnie bawiłam się w odnajdywanie wskazówek prowadzących ku prawdzie, wielokrotnie poległam w procesie interpretowania i dedukcji, z uśmiechem łapałam się na błędne opinie. 

Odpowiadał mi klasyczny format i klimat „Zagadki świątecznej zbrodni”. Od początku pojawiały się złowróżbne sygnały, przesądne znaki, odciągające od zamierzeń incydenty. Fantastyczne zagranie autorki, aby od razu wprowadzić czytelnika w złowieszcza sferę czegoś, co wywoływało dreszcze. Zanim jednak doszło do śmierci i jej konsekwencji dla otoczenia zmarłego, miałam okazję przyjrzeć się bliżej uczestnikom spektaklu zbrodni. I to też był zręczny chwyt osadzenia odbiorcy opowieści w gronie rodziny i znajomych ofiary. Urzekł klimat angielskiej wioski, spowitej śniegiem, przygotowującej się do grudniowego święta, skontrastowany z nagłym przeczuciem nadciągającej katastrofy i zderzony z okrucieństwem mrocznej strony ludzkiej natury. 

Ile osób, tylu podejrzanych, a każdy dzień fabuły wnosił coś nowego do odszyfrowania kryminału. Rodzinne utarczki, zazdrosne spojrzenia, wylęknione wnioski, tchnienie śmierci, wredne plotki i spekulacje zakrojone na szeroką skalę, niezrozumiałe drobne szczegóły i dziwne niezgodności. Znakomite pole popisu do uruchomienia szarych komórek i dojścia do sedna sprawy. Wszystko w powolnym rytmie opisów i dialogów, ze wsparciem wścibskich osądów, pochopnych oskarżeń, sędziowskiego oka, chińskiej porcelany, pięknych kwiatów, aktorskich zdolności i atrakcyjnych kobiet. Przygoda czytelnicza, chociaż napisana ponad siedemdziesiąt lat temu, przekonała zawartością i zachęciła do poznania innych książek autorki.

5/6 - koniecznie przeczytaj
kryminał retro, klasyka, 316 stron, premiera 02.12.2025 (1952), tłumaczenie Ewa Horodyska
Tekst powstał w ramach współpracy z Secretum.pl

piątek, 27 marca 2026

ZAKLINACZ DŹWIĘKÓW

POWIEŚĆ O FRYDERYKU CHOPINIE

WOJCIECH WIERCIOCH, JOLANTA SZYMSKA WIERCIOCH

„Fryderyka już nie ma, a jednak wciąż jest.”

Pod koniec zeszłego roku wpadła mi w ręce „O Chopinie słów kilka”, cieniutka książeczka, akurat na spokojniejszą chwilę, w czasie XIX Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina, aby przypomnieć sobie główne informacje o muzyku (1810-1849), klimatycznie podejść do jego twórczości, osobowości i kluczowych zdarzeń z życia. Nie była to biografia, w bardzo ogólnym zarysie przybliżała fenomen i talent kompozytora, dlatego chętnie sięgnęłam po „Zaklinacza dźwięków”, i wpadłam w drugą skrajność, wyjątkowo obszerną fabularyzowaną biografię muzyka. Przygodę dawkowałam powoli, z krótkimi przerwami, gdyż obejmowała nie tylko informacje o życiu i twórczości fortepianowego poety, ale też uczestnictwo innych postaci historycznych, z którymi spotkał się lub mógł nawiązać kontakt Chopin. 

Ciekawie zbaczało się z głównej biograficznej ścieżki i zagłębiało w aspekty krążące wokół sztuki. Autorzy dostarczali sporo danych i okoliczności, chętnie je poznawałam, część z nich miała dla mnie wymiar nowości. Powieściowy charakter książki opierał się na faktach i domysłach, wspartych świadectwami i wyobraźnią, znajomością epoki i historii. Styl narracji przyjemny, lekki w odbiorze, z humorystycznym rysem, ale także próbą oddania muzycznej poezji geniusza, który z jednej strony doświadczał słabości ciała, a z drugiej obdarzony został niesamowitym talentem. Podobało mi się, że zdjęto z Fryderyka Chopina sztywną wybitność a zastąpiono ją obrazem życia zwykłego człowieka, targanego kontrastowymi emocjami, przeżywającymi to, co się wokół niego, znajomych, przyjaciół, rodziny i ojczyzny działo, pragnącego szczęścia i miłości, raz wątpiącego, kiedy indziej przepełnionego nadzieją. Tak wiele muzycznej radości pozostawił dla kolejnych pokoleń, warto wiedzieć, w jakich okolicznościach powstały jego dzieła i jakim był człowiekiem, gdyż tylko wybrańcom dane jest tak głęboko dotrzeć do serc innych. Zerknijcie również na dwutomową intensywnie wciągającą powieść o Mikołaju Koperniku" ("Rewolucja niebieska" i "Zakazane księgi") duetu autorów, na Bookendorfinie przybliżyłam też "Anegdoty z czterech stron świata" i "Polska w anegdotach".

4.5/6 – warto przeczytać
biografia, 734 strony, premiera 10.09.2025
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu MG.

czwartek, 26 marca 2026

CÓRKI CHMUR

O KOBIETACH Z SAHARY ZACHODNIEJ

LENA KHALID

"Prawo człowieka i prawo międzynarodowe to zachodnie przywileje, dostępne ewentualnie jeszcze dla wpływowych i bogatych.”

Książka zasadnie wybrana do omawiania w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki. Porusza wiele wątków wolności narodu, wolności osobistej i równouprawnienia płci. Nie tylko dostarcza wiedzy o tym, co dzieje się od strony politycznej i biznesowej w Saharze Zachodniej, ale również przedstawia sytuację kobiet, targające nimi dylematy, udział w walkach o zdobycie niepodległości, spełnianie się w narzuconych społecznych rolach, próbujących wyrwać się z krępujących norm rodzinnych i plemiennych, aby zdobyć wykształcenie, poznać zachodnie spojrzenie na świat, przysłużyć się swojemu ludowi. Przybliża różnorodne losy kobiet połączonych pragnieniem uczestnictwa w walce o suwerenność i zdecydowanych na wielkie poświęcenia. Z przerażeniem czyta się o spotykających je torturach, szykanach i represjach ze strony marokańskich służb. Z trwogą przyjmuje się świadectwa bierności, obojętności, bezsilności, a nawet uwikłań przestępczych, międzynarodowych organizacji działający teoretycznie w imię pokoju i prawa.

Hiszpańska okupacja i grabież surowców Sahary Zachodniej, dokonywana całkiem niedawno, wojna z Mauretanią o ziemie, na szczęście już zakończona, wyjątkowo okrutny i bezwzględny marokański kolonializm osadniczy, kradzież bogactw naturalnych, łamanie praw człowieka, stosowanie polityki wymuszonych zaginięć i tajnych więzień, wreszcie, w zasadzie zdrada ze strony międzynarodowych organów pokoju i prawa. Jakże różni się brutalna rzeczywistość Saharyjczyków, podzielonych zaminowanym murem, z jednej strony wciąganych na siłę w marokański język, kulturę i tradycję, z drugiej zmuszonych do życia w obozach dla uchodźców, od ocenzurowanych obrazów preparowanych dla biznesu turystycznego. Lud uprawiający koczowniczy tryb życia, przemierzający pustynię w poszukiwaniu deszczu i wody, nagle przymuszony do stacjonarnej egzystencji, pełnej zasad, ograniczeń i wyrzeczeń, ograbiany na oczach całego świata z tożsamości, kultury, tradycji i historii.

Lena Khalid znakomicie uchwyciła i przedstawiła problem dokonującego się rozdwojenia tożsamości Sahary Zachodniej, nadrzędności więzi plemiennych w stosunku do rodzinnych, degradację statusu mężczyzny, który już nie jako jedyny zapewnia byt, stąd większa radość z narodzin córki, pozostającej przy bliskich, niż syna, wybywającego na walkę w imię wolności. Podziwiam matriarchalną strukturę rodziny, siłę kobiet w organizacji codziennego życia, determinację w prowadzeniu politycznej walki o wolność, często nawet z wysuwaniem na pierwszy plan, nawet kosztem więzi z najbliższymi. Z zainteresowaniem przyglądam się rzucaniu wyzwań przez córki chmur stereotypom na temat kobiet w muzułmańskim i arabskim świecie, przechodzeniu przez piekło stworzone przez marokańskiego okupanta. Sahara Zachodnia stara się za wszelką cenę nie pozwolić na uciszenie pragnienia odzyskania życia we własnym kraju, zwątpieniu w to, że przemoc nigdy nie zwycięży nad tym, co słuszne.

(zdjęcie: Biblioteka przy Zielonej)

5/6 - koniecznie przeczytaj
reportaż, 284 strony, premiera 29.01.2025
Książka wypożyczona z biblioteki w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki.

środa, 25 marca 2026

KSIĄŻĘ

NICCOLÒ MACHIAVELLI

"Rządzenie nie polega na czym innym, jak na utrzymaniu poddanych w stanie, w którym nie mogą oni ani nie są zmuszeni ci szkodzić.”

Trzeci raz spotykam się z książką i nadal pozostaję pod urokiem pragmatyzmu. Im więcej zdobywam życiowego doświadczenia, politycznej orientacji i społecznych obserwacji, tym bardziej przekonuję się, że traktat o sztuce kierowania państwem jest ponadczasowy, co więcej, wypełniony cennymi wskazówkami, wręcz taktykami, które swobodnie można zastosować nie tylko w polityce, ale również podczas prowadzenia różnorodnych biznesów. Macchiavelli okazał się wyjątkowo zdolnym obserwatorem otaczającego świata publicznego. Potrafił znajdywać zależności między przyczynami, przebiegiem i skutkami, dopasować strategie odpowiednie do okoliczności, wsparte wnikliwym psychologicznym i socjologicznym ujęciem. Zgrabnie stawiał się w roli władcy zabiegającego o utrzymanie władzy, dopiero podbijającego nowe terytoria i próbującego narzucić swoje spojrzenie na organizację państwa, mierzącego się z wewnętrznymi siłami mu przeciwnymi. 

Trafne spostrzeżenia o skutecznych i efektywnych sposobach kierowania społeczeństwem i opinią publiczną. Owszem, kilka kłóci się ze współczesnymi wytycznymi słusznego rządzenia, jednak nie można odmówić praktycznego ujęcia i dokładnego docierania do istoty problemów i sposobów rozwiązywania. Niestety, jak pokazuje historia, pozycja siły zawsze wykazywała największe szanse osiągania celów. Imponuje udane przełożenie spostrzeżeń Machiavellego na celny dobór proponowanych narzędzi władzy. Pięć wieków temu inaczej wyglądała siatka środków i kanałów komunikacji, lecz istota mechanizmów osiągania zamysłów władzy wciąż obowiązuje. Ciekawie spogląda się na filozoficzne i polityczne wnioski płynące z traktatu, odzwierciedlenie społecznych zachowań, inspiracje w sprawowaniu władzy, przykłady odwołujące się do praktyk postaci historycznych. Gęsta mieszanina intryg, manipulacji, spisków i machinacji w świecie polityki bezsprzecznie odzwierciedla prawdziwą naturę człowieka, potrafiącą sadystycznie zaskoczyć, to już dokładnie poznaliśmy, przekonaliśmy się o tym, i dostosować te same ambicje rządzenia do zmieniającego się świata. Publikację wzbogacają liczne klimatyczne epokowo zdjęcia i ilustracje.

5/6 - koniecznie przeczytaj
klasyka, 160 stron, premiera 29.10.2025 (1513/1532), tłumaczenie Antoni Sozański
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Bellona.

wtorek, 24 marca 2026

ISOLA

[PRZEDPREMIEROWO]

ALLEGRA GOODMAN

"Wszystko, czego pożądamy, ma swoją cenę. A wszystko, co posiadamy, kiedyś zniknie.”

Sympatyczne czytelnicze odczucie, kiedy zaglądasz na chwilę do książki, aby wyczuć, jaka będzie czekać cię przygoda, a po chwili okazuje się, że nie możesz się oderwać, czytasz rozdział za rozdziałem wiedziona ciekawością, jak potoczy się fabuła, uwiedziona wyjątkowo sugestywnie odmalowanym klimatem, przeżywająca razem z główną bohaterką przeznaczony jej los, i nawet nie wiesz kiedy docierasz do końca powieści, i żałujesz, że to już koniec. Nie gloryfikuję „Isoli”, niekiedy prowadzi prostą i przewidywalną ścieżką, jednak imponuje intensywność podróży, zarówno zaplecionej w scenariuszu zdarzeń, jak i toczącej się w duszy Marguerite. Szczere poznawanie siebie, bolesne odkrywanie prawdy o sobie, intymne zaglądanie w myśli i emocje to ogromne wyzwanie, zwłaszcza przy ekstremalnie zmiennych wiatrach życia, od bogactwa do biedy, od wyczekiwania do aktywności, od nadziei do straty, od przetrwania do walki. 

Czuję ogrom emocji postaci w doświadczaniu poszczególnych etapów egzystencji. Dotykam beztroskich lat, okresu niepokoju, próby przetrwania, aby po wyspie wątpliwości dotrzeć do przystani pewności siebie, poczucia własnej wartości i wiary w swoje siły. Zdumiewa ciężar niesionych trosk, krzywd i rozpaczy. Buduje podsycany płomień nadziei, czułości i determinacji. „Isola” przypomina czytelnikowi, że nawet wkraczając do dzikiej krainy, bezkresnego pustkowia, odciętej od świata wyspy, człowiek i tak zabiera sam siebie, czy tego chce, czy nie, zmuszony jest rozgryźć swoje myśli, przetestować własną tożsamość, dotrzeć do źródeł tego, co go definiuje, pomóc sobie w bitwie o niezależność i wolność. Unikana samotność i niepożądana alienacja, wbrew przypuszczeniom i obawom, mogą stać się narzędziem do wykształcenia umiejętności wdzięczności, prawdziwego dostrzegania szczegółów świata, zrozumienia istoty życia. Jakich silnych i dramatycznych przeżyć potrzeba, aby wychodząc od ufności i niewinności, poprzez krzywdę i okrucieństwo, dotrzeć do potwierdzenia wartości i cenności osobistej walki? 

Akcja historii rozgrywa się między tysiąc pięćset trzydziestym pierwszym rokiem a czterdziestym czwartym. Składają się na nią: Perigord, La Rochelle, na morzu, na wyspie, i znów na morzu, a w finale dopełnienie cyklu przeznaczenia. Nawet kiedy ktoś, wbrew naszej woli, kieruje naszym życiem, warto wypatrywać szans samodzielnego chwytania za ster. Jeśli nie wypełnia funkcji naszego obrońcy, sami musimy się nim stać. Podoba mi się, że Allegra Goodman sięga po prawdziwą historię z szesnastego wieku, dociera do wszelkich wzmianek na jej temat, aby pomysłowo, z wyczuciem i sugestywnie przedstawić ją bez tracenia ducha dawnej epoki, tworząc pomost do współczesnego ujęcia walki o prawa kobiet do samostanowienia. Jak wiele na mapie społecznych wzorców wysp z porzuconymi mentalnie kobietami, jak wiele kobiet zmuszonych jest do trwania w samotności, i jak wiele z nich walczy o swoje, traktując skrawek ziemi jak przystań, a samotność jako schronienie? Czyż nie jesteśmy wyspami w oceanie ludzkich prądów?

4.5/6 - warto przeczytać
literatura współczesna, powieść historyczna, 518 stron, premiera 25.03.2026 (2025)
tłumaczenie Monika Popławska
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

poniedziałek, 23 marca 2026

SERCE W OGNIU

BURZLIWE ŻYCIE JOSEPHINE BAKER

ELŻBIETA SIERADZIŃSKA

„Są ludzie, którzy nigdy nie przemijają.” Grace Kelly

A przynajmniej na trwałe zapisują się w naszej zbiorowej pamięci i indywidualnej inspiracji. Imponująca biografia, napisana z dbałością o detale, mocno uszczegółowiona. Nie potrzebowałam aż takiego stopnia wnikliwości, ale osoby zainteresowane bohaterką i czasami, w których żyła (1906-1975) będą zachwycone. Wcześniej niewiele wiedziałam o Josephine Baker, zaledwie ogólne informacje, ale po spotkaniu z książką wszystko nadrobiłam, także w wyrazie podziwu dla odwagi niezwykłej czarnoskórej kobiety, jak i szacunku wobec artystycznych osiągnięć. 

Zadziwiające, czasami zdarza się ktoś, kto za sprawą wewnętrznego ducha, mniej lub bardziej sprzyjających okoliczności, podążaniem za marzeniami, jakby nie prowadził pojedynczego życia, ale uczestniczył w różnych jego scenariuszach, którymi można by było obdarzyć kilka osób, a co więcej zaliczyć je do symboli. Może właśnie trudne czasy, bieda, rasizm, umacniają charakter człowieka i usilne pragnienie wyrwania się z niesprzyjających warunków, jednak tylko nieliczni potrafią przekuć słabości i ograniczenia w coś inspirującego i docierającego na szczyty sławy. Elżbieta Sieradzińska przedstawiła nie tylko występującą w całej Europie wielką artystkę, szczerą emancypantkę, symbol wolności, ale również zwykłą kobietę dążącą do szczęścia, bez oceniania i wydawania osądów, ale ze zrozumieniem kontrastowych cech natury człowieka. Wszystkie dziedziny sztuki, w których uczestniczyła Baker, czegoś ją nauczyły, pozwoliły wyrazić siebie, zebrać doświadczenia znajdujące przełożenie w życiu codziennym. 

Nikt z nas nie uniknie złych decyzji losu wobec nas, podsuwania wielkich dramatów, ale jeśli przykładowo nie można mieć biologicznych dzieci, wówczas realizujemy się w macierzyńskich odczuciach tworząc adopcyjną rodzinę. Czy ekscentryczność i impulsywność można uważać za wadę? A może są bardzo pożądane w wystąpieniach na scenie i prowadzą do fenomenalnych recenzji w oczach publiczności. Nikt z nas nie musi ulegać krepującym ograniczeniom, dawać się zaszufladkować i stłamsić w narzuconych rolach, a patrząc na życie Baker miałam wrażenie, że pojawiły się po to, aby z determinacją je przełamywać i korzystać na odrzuceniu stereotypów. Oczywiście, że do tak intensywnego, bogatego i różnorodnego życia wkradły się zamieszanie, chaos, niepewność i porażki, ale i z tym trzeba było umieć sobie poradzić lub odpowiednio do tego podejść, a że ryzykownie, to już inna sprawa, wiele zależy do tego jak radzimy sobie ze świadomością konieczności zagrania va baque i wejścia pod prąd. Autorka sprawiła, że z przyjemnością poznałam fantastyczną kobietę i artystkę, ale też z szerszego ujęcia atmosferę tamtej epoki, w czym pomogły znakomicie przygotowana treść i liczne zdjęcia. Zerknij również na przedstawioną na Bookendorfinie książkę "Wrócimy po was", reprezentantkę literatury faktu i literatury górskiej, już wtedy spodobał mi się styl pisania Elżbiety Sieradzińskiej, barwny, plastyczny, przyjazny, trafiający do wyobraźni, serca i pamięci.

5.5/6 – koniecznie przeczytaj
biografia, 592 strony, premiera 29.10.2025
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Marginesy.

sobota, 21 marca 2026

WOŁANIE KUKUŁKI

ROBERT GALBRAITH (J.K. ROWLING)

CORMORAN STRIKE tom 1

„Kłamstwo nie miałoby sensu, gdyby prawda nie została uznana za niebezpieczną.” Alfred Adler

Miałam okazję poznać pierwszy tom serii o detektywie Cormoranie Strike, mimo że bardzo mi się podobał, za sprawą rodzinnych obowiązków, zmuszona zostałam do zastopowania znajomości z kolejnymi. Teraz przystąpiłam do poznania wszystkich przygód z udziałem tego bohatera, dlatego zdecydowałam się na odświeżenie znajomości z „Wołaniem kukułki”, przywołanie istotnych szczegółów. Znakomicie czułam się w powieści, fantastyczny styl narracji, pełen uszczegółowień, lekko prowadzący po scenariuszu zdarzeń, umiejętnie podkręcający smak intrygi, skupiający się na opisie kryminalnych nut i wprowadzający do fabuły znaczący wątek obyczajowy. 

Ciekawa kluczowa postać serii, z dramatyczną wojskową przeszłością i frapującymi akcentami teraźniejszości. Spotykałam w różnych odmianach historii detektywistycznych podobnie skonstruowanych bohaterów, jednak portret Cormorana Strike miał w sobie coś szczególnego, wrażliwego i bezwzględnego, ugodowego i stanowczego, pozornie niedbałego, ale mocno zdeterminowanego. Polubiłam jego asystentkę, Robin Ellacott wniosła wiele atrakcyjnych elementów do kryminału, podziwiałam pewność siebie, ambicję. zaradność i spryt. Postać, która może wiele namieszać w kolejnych partiach serii. Jako zgrabnie uzupełniający się duet, Cormoran i Robin przystąpili do wyjaśniania okoliczności śmierci światowej sławy modelki. John Bristow, prawnik i brat ofiary, zatrudnił Cormorana do wyjaśnienia sprawy. Policja oficjalnie zakwalifikowała tragedię jako samobójstwo, ale im głębiej badali dramatyczny incydent, tym więcej pojawiało się pytań i wątpliwości. Wiele się działo, zaskakujące obroty spraw, rodzinne tajemnice, wykluczające się tropy, nieprzewidywalne zajścia. Okazało się, że „szczęście ma zawsze swoje ciemne strony” (Horacy), które wcześniej czy później dadzą o sobie znać.

5.5/6 – koniecznie przeczytaj
kryminał, 452 strony, premiera 04.12.2013, tłumaczenie Anna Gralak
Książka wypożyczona z biblioteki.

piątek, 20 marca 2026

ORKIESTRA SZALEŃCA

NAJWIĘKSZE KURIOZA W HISTORII MUZYKI

EDWARD BROOKE-HITCHING

„Kocham Wagnera, ale z muzyki to wolę już odgłosy kota wywieszonego na ogonie za okno i próbującego pazurami trzymać się szyby.” Charles Baudelaire

Sama nie miałam styczności z wykształceniem muzycznym, poza zwykłymi lekcjami szkolnymi w podstawówce i w liceum, lecz towarzyszyłam córce w nauce od przedszkola do egzaminów na studia, i siłą rzeczy nauczyłam się co nieco o tej dziedzinie sztuki pięknej. W większości stykałam się z poważną teorią, solidnym graniem, śpiewaniem i tańczeniem, dlatego niejako wiedziona perspektywą mniej ciężkiego traktowania muzyki, z zainteresowaniem sięgnęłam po „Orkiestrę szaleńca”. Wcześniej poznane książki Edwarda Brooke-Hitchinga („Galeria szaleńca. Najdziwniejsze obrazy, rzeźby i inne kurioza z dziejów sztuki” i „Miłość. Historia przedziwna w 50 odsłonach”) pokazały, że gatunek ludzki potrafi różnorodnie podchodzić do procesu twórczego i wyrażania emocji. Oba albumy dostarczyły sporej satysfakcji czytelniczej, proponuję, abyście zwrócili na nie uwagę.

Także „Orkiestra szaleńca” sympatycznie, aczkolwiek mega osobliwie, wygrywa utwory bazujące na ekstremalnie rozwiniętej wyobraźni twórców. Początek, omawiający niezwykłe terminy muzyczne, wprawia w sympatyczny klimat metodyki. Zajrzenie muzyką w kosmiczne przestrzenie ukazuje niekończącą się wędrówkę dźwięku. Zadziwiające, z jakich przedmiotów i materiałów tworzy się instrumenty, udowadniając, że grać można na wszystkim i zbierać dźwięki z wszystkiego. Niesamowite wrażenia wywołują przełożenia muzyki ze słuchu na widzialność z pełną gamą kolorów. Jak cudownie musi się czuć ktoś, kto trafia na zapomniane dzieła, odkrywa je w błędnie skatalogowanych archiwach, albo wgryza się w utwory skrywające własne tajemnice. Muzyczne katastrofy, większe lub mniejsze, tylko czekają podczas koncertów, aby dać o sobie znać. W naturze człowieka leży eksperymentowanie, nakręca nowe spojrzenia i wynalazki, ale niekiedy idzie w tak dziwaczną i pokręconą stronę, że lepiej niech opadnie na nie kurz wstydliwości. Czasami idziemy w stronę mistyfikacji, aby przyciągnąć uwagę i zdobyć sławę, niekiedy diabeł podszeptuje do twórcy, aby zaistnieć i namieszać w muzycznym świecie.

Każdy rozdział proponuje tematyczną playlistę, warto ją puszczać, zwłaszcza w trakcie czytania albumu. Idealnie komponuje się z omawianymi dziwactwami kompozytorów, używanymi terminami, przyporządkowanymi muzyce funkcjami, pokrętnymi konstrukcjami, legendami i anegdotami. Z uśmiechem czyta się wypowiedzi artystów o innych twórcach i ich utworach, jakimi raczyli się uszczypliwościami i jak dziwne dawali wskazówki kompozytorskie. Album przyciąga nie tylko zabawną treścią o muzycznych osobliwościach, od najdawniejszych czasów do współczesnych, ale również bogactwem ilustracji, rycin, zapisów nutowych i zdjęć. Wszystko w kolorze i na porządnym papierze, ze sztywną okładką i szalenie przyjaznym stylem narracji. „Orkiestra szaleńca” zbiera największe kurioza w historii muzyki, fantastycznie się je czyta i ogląda, podziwia z rozbawieniem dzieła ludzkiej wyobraźni. Wejście w intrygujące i niepokojące dzieła pokazuje jak potrafią być kpiarskie, kłamliwe, fałszerskie, pastiszowe, oszukańcze, a jednak nieprzeciętnie odkrywcze i pionierskie, oryginalne i pomysłowe, śmiałe i sprytne. Podobnie jak zagadkowe przypadki śmierci w przeszłości muzyki, czy ostatnie słowa wielkich muzyków.

5.5/6 – koniecznie przeczytaj
album, muzyka, 256 stron, premiera 10.02.2026 (2025), tłumaczenie Janusz Szczepański
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.

czwartek, 19 marca 2026

SIEDEM KSIĘŻYCÓW MAALEGO ALMEIDY

SHEHAN KARUNATILAKA

„Wmawiają wam, że niesprawiedliwość to część jakiegoś wielkiego planu. I to nie pozwala wam się zbuntować.”

Ciekawa przygoda czytelnicza, oryginalna i nieszablonowa, powiew nowego pomysłu na fabułę, znakomitego żonglowania scenariuszem zdarzeń, zabawą i skłanianiem do refleksji. Wrażenie jednoczesnego wejścia w najnowszą wojenną historię Sri Lanki i w świat fantastyki, szalenie pokręcony, wymykający się opisowi, zasiedlony przez duchowe byty w różnych stadiach świadomości. Kolombo z szeroką paletą odmiennych barw, korupcja przenikająca każde środowisko, siły rządowe kontra tamilscy separatyści. Dziesiątki tysięcy zabitych w ostrzale i nalotach, setki zamachów terrorystycznych, tuszowanie śledztw. Już na wstępie książki wiadomo było, że Maali Almeida umarł. Niesamowite wrażenie, kiedy obserwowało się to, co działo się z jego ciałem. Mężczyzna wiedział, że jego egzystencja zakończyła się poprzez morderstwo, ale nie znał tożsamości zabójcy. Dostał siedem księżyców, aby dowiedzieć się, co kryło się za odejściem w osobliwą sferę zaświatów i jaka była prawdziwa tożsamość mordercy. Jako fotograf wojenny naraził się różnym politycznym siłom, jako narrator zraził do siebie terrorystów, jako hazardzista przekroczył linię ryzyka. A i rodzinne relacje wzbudzały podejrzenia.

Shehan Karunatilaka zdecydował się na prowadzenie narracji w drugiej osobie liczby pojedynczej. Zabieg korespondował z koncepcją i klimatem powieści. Stał się delikatną formą sugerowania końca czegoś, a jednak wciąż trwania w czymś. Czas na rozwiązanie zagadki kryminalnej, rozliczeń z dokonań w życiu, ocenę sposobu traktowania innych, z każdym księżycem kurczył się, a mnogość aktorów na scenie życia imponowała. Każda osoba warta była uwagi, interpretacji, podjęcia prób zrozumienia i ewentualnego wykluczenia z zabójstwa. Długie cienie kładły się na odtwarzanych obrazach i śledzonych zachowaniach. Mitologiczny rys oprowadzał po istotach z piekieł i pożeraczach dusz. Spotkania ze zmarłymi przybliżały do odkrycia prawdy. Rozmowy z ateistą, prawniczką, rewolucjonistą, lekarką, ochroniarzem, kapłanem, samobójcą, wiele wnosiły, ale też rozpraszały w odnajdywaniu ścieżki prowadzającej do prawdy. Pojawiające się osoby ze zdjęć wykonanych przez Almeidę nadawały osobliwy charakter opowieści. Przypominały o sobie, przywoływały wspomnienia, dopominały się uwagi. I jeszcze jezioro, skrywające świadectwa zbrodni. Czasem do akcji wkraczał mistyczny rys, często coś na kształt snu, nieuchwytność przeszłości, bolesne doświadczenia domowej wojny i niewyobrażalnej przemocy. „Siedem księżyców Maalego Almeidy” nie jest propozycją czytelniczą dla każdego. Warto poświęcić więcej czasu na poznawanie powieści, tak aby odkrywać ją w kolejnych odsłonach. Wówczas bardziej angażuje i wciąga, zachęca do podtrzymania znajomości, daje wgląd w zwykłego człowieka i społeczeństwo Sri Lanki.

4.5/6 - warto przeczytać
literatura współczesna, 472 strony, premiera 25.10.2023 (2022), tłumaczenie Mariusz Gądek
Tekst powstał w ramach współpracy z DużeKa.pl

środa, 18 marca 2026

TOM LAKE

ANN PATCHETT

„To było tak, jakbym była liściem w rzece. Wpadłam do niej i mnie poniosła.”

Kolejny raz potwierdza się, że książki napisane przez Ann Patchett szalenie mi pasują, są szyte na miarę mojej czytelniczej wrażliwości, refleksyjnych potrzeb i pięknych obrazów. Wprowadzają w wyjątkowy nastrój, nostalgiczny, melancholijny, romantyczny, a nawet liryczny ze szczyptą łagodnej magiczności. Często prezentują styczne powiązane z realnym życiem, losami i emocjami bohaterów zbliżonymi do moich. „Belcanto”, „Dom Holendrów”, a teraz także „Tom Lake” imponują pod wieloma względami. Autorka potrafi wspaniale łączyć to, co na pierwszy rzut oka wydaje się zwykłe i naturalne, z tym, co po bliższym wglądzie nabiera cech wyjątkowości i ponadczasowości, dopełnia się wzajemnie i tworzy coś ponad, niezwykłego i potężnego w wydźwięku. Cudownie łączy literaturę z innym gałęziami sztuki, a w przypadku „Toma Lake”, szeroko rozumianą sztuką sadownictwa przeplatająca się ze sztuką teatralną. Niemal fizycznie dotykam czereśniowych drzew, zbieram owoce, nasycam zapachem przyrody.

Autorka z ogromnym wyczuciem, wysoką estetyką, doskonałą równowagą, przecina linie życia kilku osób w dramatycznym wydarzeniu. Subtelnie i łagodnie dotyka człowieczeństwa, pulsu egzystencji, pozornie zwykłych i skrajnych emocji. Zanurza w przeszłość kobiety, fragment po fragmencie ukazuje przebieg tego, co doprowadziło do obecnej sytuacji. Z zaangażowaniem słucha się opowieści, przeplatanej z teraźniejszością, spogląda na wszystko z perspektywy czasu. Obecność trzech córek nadaje szczególny wymiar historii. Pojawia się wiele motywów wychowawczych, nauki życia, dzielenia się doświadczeniami, ale również spojrzenia na małżeństwo. Odkrywane są nie tyle tajemnice, co niewiadome sympatycznie przyciągające. Widać jak bardzo różni się sceniczna obecność od faktycznej gry w życiu. Kiedy rzeczywistość skojarzona jest z czereśniami i jabłoniami, brzoskwiniami i gruszami, słodkie smaki mieszają się z cierpkimi, ale i tak do głosu dochodzą ciepłe kolory. Czy pierwsza miłość pozostaje w sercu na zawsze? Jak zmieniamy definicję miłości w miarę upływu lat? Dokąd zabierają nas na ścieżce życia popełnione błędy i niewykorzystane szanse? W jakim stopniu stają się cennymi lekcjami prowadzącymi do dowiedzenia się, kim jesteśmy, do czego dążymy, jakie mamy marzenia, czy dajemy im rozwinąć skrzydła? I zastanawiająca myśl, jak wiele z naszych opowieści o sobie wyciągają młodsze pokolenia? Jak wiele jest wariantów określania własnej tożsamości?

5.5/6 - koniecznie przeczytaj
literatura współczesna, 334 strony, premiera 22.11.2023, tłumaczenie Anna Gralak
Tekst powstał w ramach współpracy z DużeKa.pl

wtorek, 17 marca 2026

WINDA SCHINDLERA

DARKO CVIJETIĆ

„W Czerwonym wieżowcu śmierć zawsze dobrze się czuła i nigdy nie odeszła bez wiana. Wokół wieżowca zabijano i tańczono koło, wiele się działo, wiele dzieci zostało poczętych, wielu zmarłych wywożono dużą windą.”

Książka liczy zaledwie osiemdziesiąt stron, ale jak wiele w niej treści, którą poznaje się z wielkim zaangażowaniem i mocno przeżywa. Coś na kształt wycinkowych opowieści, podporządkowanych klimatowi wojny domowej, przywołujących splot różnych losów ludzkich. Wielkie blokowisko, Czerwony Wieżowiec w Prijedorze i jego sąsiad Błękitny Wieżowiec. Na każdym piętrze osiem mieszkań i indywidualne historie. Lata wprowadzania się, organizowania zwykłej codzienności, nawiązywania sąsiedzkich relacji, dziecięcych zabaw w windzie, w zakamarkach korytarzy, a nawet na dachowym poziomie. Wspólna dla wszystkich rutyna codzienności. Wychodzenia do pracy, chowania się w czterech ścianach, komunikowania się na balkonach, poznawania się w windach. Głośne dziecięce zabawy w piaskownicy, spotkania dorosłych na ławeczkach. A później w ten świat wkracza wojna domowa, nacjonalistyczne umocnienia, religijne uprzedzenia, nieustanne strzały, bezprawne egzekucje, wredne donoszenia, perfidne zdrady i nieludzkie zemsty. Narzędzie zabawy staje się bronią, bezpieczne azyle pułapką, indywidualne winy zbiorową odpowiedzialnością.

Przygodę z „Windą Schindlera” rozpoczynamy od przejmującego opisu losów rodziny, ogrodu i jabłonki Taiba, jakże obrazowego i przemawiającego do wyobraźni, szalenie symbolicznego i niesamowicie parabolicznego. Później podążamy szlakiem opowieści o wybranych mieszkańcach drapacza numer sto jeden. Poznajemy różnorodne okoliczności losów cyrkowego artysty, inżyniera z pobliskiej kopalni, młodej aktorki, znanego piłkarza, ekonomisty, studenta prawa, majstra od wind, człowieka obsługującego spychacza i wielu innych. Mieszanka pochodzenia, przynależności, wykształcenia, zawodów i tradycji. I coraz głośniej rozbrzmiewające głosy śmiercionośnych zdarzeń, obozów internowania, zbrodni wojennych, masowych grobów, nieusprawiedliwionego wymierzania sprawiedliwości, cierpienia, bólu i krzywd. Braterstwo zmienia się we wrogość, jedność w skrajny nacjonalizm, bliskość w separację. Wojna zmienia ludzi, wyzbywa z odruchów zahamowań, zwalnia od odpowiedzialności za czyny, wyzwala to, co w człowieku najgorsze. A im większa zmiksowana zbiorowość ludzka, tym więcej konfliktów. Boszniacy, Chorwaci, Serbowie i inne nacje w kotle galopującej nienawiści i bezsensownych zbrodni. Książka warta uwzględnienia w planach czytelniczych, przejmujące świadectwo indywidualnych losów, bolesnej historii, która nigdy nie powinna przybrać wojennego obrotu.

5/6 - koniecznie przeczytaj
literatura współczesna, 80 stron, premiera 24.04.2024 (2018), tłumaczenie Dorota Jovanka Ćirlić
Tekst powstał w ramach współpracy z DużeKa.pl

poniedziałek, 16 marca 2026

WIDOKÓWKI

PAWEŁ KASPROWICZ

"Szukam miejsc, gdzie krzyżują się piękno i metafizyka, tajemnica i niepokój, poezja i harmonia… proces poszukiwań nie ma końca...”

Już po kilku stronach książki miałam wrażenie, że czytałam coś w rodzaju pamiętnika znalezionego na strychu lub w szufladzie. Ponieważ pozwolono mi do niego zajrzeć, z zainteresowaniem zaczęłam wczytywać się w treść, niespiesznie podążać tropem wskazówek i chwytać postrzeganie świata autora. Czułam, że wkraczam w wyjątkowo barwny intymny świat myśli, spostrzeżeń i wspomnień. Każdy z zapisków mogłam potraktować jako osobny fragment, a jednak tworzący całość przeplatającymi się znamionami i śladami duszy. Uderzyła wrażliwość na otaczający świat, dostrzeganie mocy biologicznego zegara, podległość porom roku, miesiącom i pogodzie, świadomość funkcjonowania w rytmie natury. Sugestywne opisy przyrody w ujęciu miesięcy i pór roku przebijały się przez różne aspekty życia.

Podobało mi się podkreślanie życia tu i teraz, z maksymalnym wykorzystaniem zmysłów, uważnej obserwacji, doświadczania małych cudów, poszukiwania wzoru i sensu egzystencji. Celebracja życia w detalach, jednocześnie czekanie na to, co przyjdzie, co sami przywołamy. Zgadzałam się z uważaniem początku i końca jak wymienników w procesie interpretacji. Wyrażaniem szacunku wobec przeszłości, nawet jeśli kojarzonej ze stratą i smutkiem, pustką i brakiem, odejściem i zniknięciem. Wspomnieniami jako żywymi obrazami nieustannie wirującej pamięci, podlegającymi metamorfozie, myślącymi tragediami, budzącymi zagniewane sumienie, rozmywającymi poczucie czasu, przywołującymi sentyment, wprowadzającymi w nostalgię, nawiązującymi do marzeń i tęsknot. I warunek, że dokądkolwiek idę, wszędzie zabieram siebie samą, to cudny warunek egzystencji. Świadomość obecności tu i teraz może zostać zakłócona demencją i alzheimerem, zatem od razu powstało pytanie, jak mierzyć się z nieobecnością w obecności? Z przyjemnością przyjęłam delikatnie przemycane klimaty zmysłowej kobiecości, pozostawiające ślady w pamięci, będące spinaczem wspomnień, przywołujące radość z patrzenia i dotyku.

Potrzebowałam dwóch chwil, aby przestawić się na styl pisania Pawła Kasprowicza, aby zbiór luźnych myśli stał się czymś więcej niż zapiskami, przekonał do własnej perspektywy, a zatem i widokówek na planie scenerii życia. Różnorodność ekspresji, precyzji i sformułowań wymagała odpowiedniego nastawienia się na kształt narracji, niczym dokładne wybranie stacji nadawczej, dostrojenie się do osobistych myśli i przemycenie siebie w narzuconym klimacie. Długie zdania odbierałam jako zabawę w tworzenie strumieni słów, z przemyśleniami i przesłaniami. Autor proponował czytelnikowi także smak ciszy, delikatnie wibrujące dźwięki pojedynczych wyrazów, samotne symbole przemawiające do wyobraźni. Spotkanie z książką zaliczam do udanych, pozyskałam ciekawą treść, w którą wciągnęłam się i mogłam pomyśleć z perspektywy własnych odczuć i opinii. Nie wszystkie teksty przemówiły, kilka nie zgrało się z moim zrozumieniem i postrzeganiem rzeczywistości, ale większość pokryła się z nabytymi w ramach doświadczeń życiowych spostrzeżeniami i emocjami.

4/6 – warto przeczytać
literatura współczesna, 132 strony, premiera 19.08.2025
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Autorowi.

niedziela, 15 marca 2026

PODNIEBNA KRUCJATA

POUL ANDERSON

"Podczas gdy narzędzia prowadzenia wojny zmieniają się z upływem wieków, rywalizacja i intrygi nie wyglądają inaczej ani subtelniej.”

Moje pierwsze spostrzeżenie po spotkaniu z „Podniebną krucjatą”, nie można opowieści brać na poważnie, oczekiwać wnikliwych i zmyślnych opisów, pogłębionych portretów postaci, czy oszałamiających myśli refleksyjnych. Jest to zaproszenie wystosowane do czytelnika, aby zabawił się w wyciąganie przywar angielskiego postrzegania świata i odsłanianie genetycznie zakodowanych wad ludzkiej natury. Nie liczy się wiarygodność scenariusza zdarzeń, gładko wnikającego w absurdalne incydenty i pastiszowe ujęcia, ale wyśmienite poczucie humoru Poula Andersona, dokonującego podsumowania mentalności i ambicji Anglików. 

Wielokrotnie wybuchałam śmiechem podczas scenek i dialogów sytuacyjnych. Natychmiast dostosowałam się do improwizowanych koncepcji barona, składania przysięgi na Mahometa, przedstawiania kłusowników jako drwali, zaś Noego jako admirała połączonych flot planety, czy uzyskiwania biegłości w przeklinaniu. Sir Roger de Tournelille okazał się atrakcyjnym bohaterem, wypełniał charakterystyczną obecnością coś na kształt powieści historycznej połączonej z science fiction i ukształtowanej w kształcie kroniki. Brat Parvus jako narrator prowadził po konsekwencjach wylądowania obcej rasy na Ziemi, zderzenia językowego, kulturowego, mentalnego, technologicznego i zbrojnego, oraz po meandrach kosmicznego kolonializmu w wykonaniu Anglików, którym sprzyja chrześcijański bóg, samo bycie Anglikiem i przekonanie, że walczą najlepiej, gdy są przyparci do muru i improwizują.

To nie tylko dowcipna odsłona terytorialnych, religijnych i władczych ambicji angielskiego narodu, ale również średniowiecznego klimatu, stawiania wiary wyżej niż wiedzy, ubóstwiania świętych relikwii nade wszystko, a także biegłości w demonologii, diabelskich zakusach i czarnej magii. Rycerski stan pobijał przestrzenie gwiazd, zaś duchowni pozyskiwali nowych zwolenników dla swojej wiary. Płaskość Ziemi, technologia pojazdów kosmicznych, mapy bez boskich i smoczych ozdobników, nawracanie zbłąkanych dusz Obcych i wiele innych aspektów sympatycznie kręciło się w dowcipnych ujęciach. Od napisania książki minęło niemal dziewięćdziesiąt lat, z pewnymi nowatorskimi elementami, na których bazowała konstrukcja i przekaz, z czasem pokryły się kurzem, ale wciąż potrafiła zaproponować przejażdżkę wersgorskim statkiem, aby spotkać z tym, co nieznane, bawić się w odkrywanie cech własnej cywilizacji i dorobku innych. 

Chętnie podchwyciłam myśl, że rasy, które prawie zaniechały walk na lądzie, zaszły daleko w rozwoju technologii wojennej, i które, na swoje nieszczęście, w pełni zdawały się na zbrojeniowe wynalazki, wykazywały cechy nieprzystosowania do, z ich punktu widzenia, prymitywnych plemion. Jako ludzie nie doszliśmy jeszcze do tego etapu, ale czy za chwilę nie będziemy za bardzo polegać na sztucznej inteligencji, a w ten sposób mimo wzmacniania pewnych składników rozwoju znacząco osłabiać inne ewolucyjne osiągnięcia biologiczne, które okazują się naszą mocną stronę? Może i będziemy mieli dostęp do większej wiedzy, ale czy będziemy potrafili właściwie ją ocenić? Zerknij na wrażenia po spotkaniu z inną książką Poula Andersona, zatytułowaną "Olśnienie", przedstawione na Bookendorfinie.

4.5/6 – warto przeczytać
science fiction, 184 strony, premiera 27.01.2026 (1960), tłumaczenie Jarosław Kotarski
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.

sobota, 14 marca 2026

CHIBINEKO

NIEZWYKŁA RESTAURACJA WSPOMNIEŃ

YUTA TAKAHASHI

"Czas bywa okrutny, spychając wszystko w przeszłość. Jednak potrafi też leczyć rany.”

Po śmierci taty chętniej sięgam po książki pomagające w przeżywaniu ostatecznej straty bliskiej osoby, przypominające, że moje życie toczy się dalej, a odmawiając sobie w nim pełnego udziału, pozbawiam się esencji egzystencji. W „Chibineko” znalazłam potwierdzenie, że zawsze znalazłoby się coś szczególnie istotnego, czego nie udało się powiedzieć zmarłemu, kiedy jeszcze była możliwość dialogu. Dane mi było pożegnać się z tatą, wyznać mu słowa szacunku, uznania, miłości i podziękowań. A jakbym wciąż odczuwała niedosyt przeprowadzonych rozmów i wyrażonych uczuć. Niestety, każde życie musi się kiedyś skończyć, wpisać się w cykl przemijania, zrobić miejsce dla innych egzystencji. Opuszczonym pozostaje nauczyć się żyć dalej bez tego kogoś, kogo stracił. 

Yuta Takahashi przypomniał, że odchodzą nie tylko ludzie, ale również często towarzysząca im tradycja. Świat podlega zmianie, ale jedno jest stałe, każdy umiera, zabiera ze sobą nie dobra materialne, które za życia cieszyły i wpisywały się w rutynę codzienności, a wspomnienia pozostawia w pamięci tych, którzy żyją. Odejście bliskiej osoby to smutek, żal, cierpienie, ale często również wyrzuty sumienia, że nie zrobiło się dla niej dostatecznie dużo, nie doceniło lub nie szanowało tak, jak na to zasłużyła. „Chibineko” przywołuje znaczenie ceremonii i rytuałów podczas godzenia się ze stratą, zakończenia etapu ciężkich chwil, wejścia w nowy rozdział kolekcjonowania zrozumienia, doznań i przeżyć. Restauracja w nadmorskim miasteczku, przygotowująca i serwująca dania ku pamięci, pomagała ożywić wspomnienia o zmarłych, dawała szansę na ostatni kontakt, nawet jeśli w wyobraźni żałobnika, przypominała, że życie jest jedno i trzeba tak wykorzystywać dawane przez niego szanse, aby później niczego nie żałować. Owszem, są rzeczy, których nigdy nie da się cofnąć, ale i one składają się na wrażliwość istnienia, zaś rozstania wpisane są w ludzkie losy, ponieważ każde życie ma swój kres. 

Autor włączył w gamę postaci reprezentantów trzech pokoleń ku przesłaniu, że bez względu na wiek, etap miłości, życiowe doświadczenia, stratę przyjmuje się z bezsilnością, intensywnością i zawiedzeniem. Pomimo bliskości własnych rozmyślań o śmierci, spotkaniu z nią, niemal dotyku jej w realnym świecie, nie poczułam szczególnej więzi z bohaterami powieści, nie do końca okazali się przekonujący, jedynie staruszek wydał mi się prawdziwy. Przeszkadzały powtórzenia opisów, jakbym jako odbiorca nie była w stanie przywołać wcześniejszych wersji lub wyciągnąć właściwe wnioski. Lubię nie tylko odbierać treści, ale też włączać się w dostrajanie, przeżywanie i interpretowanie. Tym niemniej, po „Chibineko” warto było sięgnąć, przypomniało, czym tak naprawdę jest życie, bliskość drugiej osoby, o konieczności życia razem a nie obok siebie, upływie czasu i znikaniu niewykorzystanych szans.

4/6 – warto przeczytać
literatura współczesna, 206 stron, premiera 10.02.2026 (2020)
tłumaczenie Anna Koike-Kamińska
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.

piątek, 13 marca 2026

TA KUREWSKA MIŁOŚĆ

PETR ŠABACH

"Co zrobisz, jak nic nie zrobisz."

Chętnie podchwyciłam kolejną okazję, żeby poczuć szczególny humorystyczny nastrój wprowadzony przez Petr Šabacha do twórczości. Tym razem, nie niewielka powieść, ale trzynaście opowiadań. Obracały się w różnorodnej scenerii, tematyce i czasach. Połączyły je bezpośrednie lub pośrednie nawiązania do potrzeby i form miłości, a w kontraście, różne oblicza samotności. Człowiek, jako zwierzę społeczne, potrzebuje bliskości, zrozumienia i docenienia. Kiedy nie oferują mu tego inni, sam także nie ma o sobie dobrego zdania. Chociaż autor nie uczynił z miłości głównego wątku, a bliżej lub dalej krążył wokół niej, to przebijał się wydźwięk i próba uchwycenia jej istoty. Ulotna, udawana, nieuświadomiona, niezdobyta, szorstka, cierpiętnicza, a nawet ideowa, z pewnością mogła stać się ciężarem życia, pomyłką lub niespełnieniem, a i tak byśmy jej szukali, odkrywali symptomy, podążali za nią, nawet na sercowe zatracenie i stracenie.

Opowiadanie, które nadało tytuł antologii, „Ta kurewska miłość”, tylko pozornie wydawało się zwykłą rozmową między alfonsem o klientem zakochanym w pracownicy burdelu. Jakże wiele zaoferowało materiału do refleksji. Z mocnym dowcipnym osadzeniem pokazywało, czego tak naprawdę boimy się przez całe życie, co nie zmieni się w nas nawet kiedy osiągniemy słuszny wiek. Żartobliwie rozpisane „Złote gody” odnosiły się do rodziny jako specyficznej instytucji, niejako przymuszonych genami relacji, wieloletnim zasiedzeniem w związku, znudzeniem materiału w partnerskim osadzeniu. Wielkie brawa za znakomitą finałową odsłonę. Osobliwe, jak bardzo spodobał mi się „Berek”, fascynująca gra motorniczego z pasażerem, prowadzona w perfekcyjnych regułach i okolicznościach, dychotomicznie ujawniająca jednoczesny smutek i radość, podpowiadająca, do jakiego szaleństwa może doprowadzić graczy iluzja rzeczywistości.

Ubawiłam się przy „Wilii”, wyimaginowanym obrazie dziewczyny w imię miłości do matek, ucieczki od ich utyskiwań o stabilizacji i wnukach, przekazywanym niczym zakaźna choroba rozprzestrzeniająca się wokół kawalerów pozbawionych szansy na szybkie odnalezienie partnerek. Zastanawiające, jak w tak krótkim utworze pisarz udanie zawarł niespełnione pragnienie samotników. Spora dawka humoru pojawiła się „W samo południe”, kiedy jednemu brakuje a drugi otrzymuje z nawiązką, jednak i w tym opowiadaniu obserwowałam tęsknotę za prawdziwą miłością, próbę przyporządkowania jej znaczenia w życiu, dotarcia do istoty miłosnej egzystencji. Rewelacyjne opowiadanie, otwierające antologię, „Księga tysiąca i jednej nocy”, o miłym złodzieju i rezolutnej dziewczynce, zaskakiwało przewrotnością i przebiegłością. Mogłoby być udaną bazą pod ewentualny pełnowymiarowy thriller. W krótkiej formie przebijała się nie niepewność, co do dalszych wydarzeń w scenariuszu, co lekko kpiący i szantażujący humor.

Innym utworami mogącymi być zajawkami pod thriller, to „Klątwa rodu Grussów” i „Opowiadanie w powijakach”. Także „Złodziej jabłek” poprzez znużenie symulacją miłości wysunęło drapieżne pazury. Frapującą formę przybrało zakończenie w „Dżokerze”, z jednej strony niespełnienie, z drugiej spełnienie, prawa ludzkie i natury w konflikcie. Pomysł z wykorzystaniem bezdomności jako tła potrzeby bliskości nadało utworowi szczególny charakter, wsparty powagą tematyki, zaś poprzez opowieść o spotkaniu z dziką bestią wprowadziło komiczne akcenty. W „Duchocie” i „Jeden za wszystkich!” autor zerknął w przeszłość, funkcjonowanie w wielkich osiedlowych przestrzeniach wypełnionych niepilnowanymi przez nikogo dziećmi, partyjną rzeczywistość wspieraną przez wszechobecną propagandę jedynie słusznej ideologii socjalizmu, natomiast w „Chaldzandzach” pokazał drogę ku przyszłości, namiastkę Zachodu, od pierwszej harleyowej jaskółki zapowiadającej powiew zmian. Na Bookendorfinie przybliżyłam: "Podróże konika morskiego", „Babcie”, „Dowód osobisty” i "Masłem do dołu", mnóstwo śmiechu i refleksji.

4.5/6 – warto przeczytać
literatura współczesna, antologia, 170 stron, premiera 03.03.2026 (2023)
tłumaczenie Julia Różewicz
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Afera.

czwartek, 12 marca 2026

ALGORYTM

[PRZEDPREMIEROWO] 

AI-GENT MROCZNE KODY tom 1

W.P. RDZANEK

"Nigdy nie ufać we wszystko, co się widzi.”

Udany debiut, pomimo kilku zastrzeżeń, przekonująco poprowadzony klimat tajnych akcji, służb wywiadowczych, agencyjnych misji i tajemniczych procedur. Ukończyłam cybernetykę ćwierć wieku temu i przez jakiś czas zajmowałam się sieciami neuronowymi, do dziś z zainteresowaniem przyglądam się pracom nad sztuczną inteligencją, z nostalgią i sympatią wkraczam czasami do świata programowania, nawet jeśli krytycznym okiem i w literackim wydaniu. Intryga w „Algorytmie” opierała się na szpiegowskiej grze z wieloma uczestnikami, nietypowym transferem tajnych i newralgicznych danych, zaginięciem kluczowego naukowca. Łączyła koszmar wycieku państwowych tajemnic z orwellowskimi akcentami i fantastycznonaukową aurą filmu o raporcie mniejszości. Zaangażowałam się w śledzenie akcji.

W.P. Rdzanek prezentował przyjazny styl narracji, równowagę między opisami i dialogami, harmonię w łączeniu wątków. Ciekawie zmiksował elementy fabuły, widać było wyraźny pomysł na frapujący scenariusz zdarzeń. Co prawda, kilka incydentów wymykało się realności, sprawiały wrażenie naciąganych, wchodziły w korzystne sploty okoliczności, lecz wciągająco uruchamiały spiralę morderstw, porwań i pomówień. Przykładowo, bohaterowie zbyt szybko nawiązywali familiarne relacje, co podchodziło nieco pod sztuczność, ale miało uzasadnienie z perspektywy podtrzymywania logiki fabuły. Niektóre zachowania Joanny mocno weszły w egzaltację, chociaż rozumiałam ogarniający ją strach i panikę. Nie przekonała pochopność decyzji wypadu poza stolicę, jednak zmianę krajobrazu przyjęłam jako plus. Zdarzyły się drobne powtórzenia, jak wynajmu pomieszczeń na terenie koreańskiej ambasady. Czułam lekki niedosyt mocniejszego rytmu akcji, miała tendencję do spowalniania, ale nie obywało się to w sposób uniemożliwiający pozytywny odbiór przygody czytelniczej. Pierwszy tom zapowiedział wartą uwzględnienia w planach sensację szpiegowską. Chętnie wezmę się za kolejne odsłony trylogii, zwłaszcza jak dalej będzie wkraczała w tematykę AI, bezpośrednich zastosowań i pośrednich konsekwencji.

4.5/6 – warto przeczytać
sensacja, 350 stron, premiera 24.03.2026
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Rebis.

środa, 11 marca 2026

PRZEWÓZ

ANDRZEJ STASIUK

"Nienawidzę ludzkiego bydła… Ludzie są jak świnie nie tylko w środku, ale i po wierzchu.”

„Przewóz” to tytuł wybrany do omawiania w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki. Jestem bardzo ciekawa jak potoczy się rozmowa o nim. Z mojej strony, bardzo mieszane odczucia wobec lektury, jedna z cięższych, z jaką miałam do czynienia, wyzwalająca chęć porzucenia w trakcie spotkania, a jednak do pewnego stopnia satysfakcjonująca od strony przesłania pierwotnej wojennej rzeczywistości i wartego poznania stylu narracji. Mrocznie, brudno, toksycznie, w oparach alkoholu i tytoniu, na fali zwierzęcych instynktów, jednocześnie zaściankowości i gamy przekleństw. Spojrzenie bez różowych okularów w okno pragnienia przetrwania za wszelką cenę, wszechogarniającej bezsensowności przywrócenia namiastki normalności, przymusowe oswojenie z drastycznością scenerii i czynów, w imię głodu, smrodu i nędzy, przy wsparciu strachu i ślepoty, w towarzystwie prymitywizmu i głupoty, a także krzywo rozumianych ambicji.

Tysiąc dziewięćset czterdziesty pierwszy rok, z jednej strony Rosjanie, z drugiej Niemcy, wyciskają człowieczeństwo i szacunek wobec drugiej osoby. Polskie bohaterskie zrywy nadziei na odwrócenie przeznaczenia, wpadnięcie w sidła przemocy i ostateczności. Jakże trudno się czytało, książka przygniatała tematyką, przytłaczała ciemnością, męczyła bagnem najgorszych cech i widm. Po spotkaniu powstało poczucie przygnębienia i duszności, do zmysłów dotarła ponurość i niezręczność moralna. Trzeba było czasu, aby ułożyła się w głowie, jak w dramacie ekstremalnym, wiele rwało się, umykało logice, mieszało w emocjach. To nie tyle obraz wojennej rzeczywistości, ale chaos przenikania w ludzką egzystencję na skraju śmierci i załamania, w obrębie powtarzalności i podobieństwa, przy sugestywniej odsłonie przyrody i wciągających wirach ludzkich losów. Niestety, przy mniej przekonujących dialogach i spójności czasowej. "Przewóz" mógł się podobać, odzwierciedlać trendy rzeczywistości i dokonywać prób przybliżenia jej. Nie żałuję spotkania z książką, wymagającą i bezkompromisową, zaskakiwała formą i zaciekawiała ujęciem bohaterów. Generalnie, warto abyście wyrobili sobie własną opinię.

4/6 – warto przeczytać
powieść historyczna, 398 stron, premiera 28.04.2021
Książka wypożyczona z biblioteki w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki.

wtorek, 10 marca 2026

KOLEKCJONER

GABRIEL ALLON tom 23

DANIEL SILVA

„Najgorsze okropieństwa w historii ludzkości często popełniano nie z oddania się Złemu, tylko z wiary w Boga”.

Kontynuuję wypełnianie znajomości z licznymi tomami serii. Można po nich dowolnie skakać, gdyż każdy stanowi osobną część, mimo że zespolone wątkami obyczajowymi krążącymi wokół głównego bohatera, czyli Gabriela Allona. Dwudziesta trzecia odsłona odkrywa przed czytelnikiem wenecki klimat, i na szczęście, mniej w niej izraelskich wstawek, a zaglądania w różne europejskie rejony. Autor włącza do tła fabuły akcenty nawiązujące do inwazji Rosji na Ukrainę, bestialstwo putinowskich mordów, ambicji oligarchów na pieniądze i władzę. Mam lekki dyskomfort związany z realnymi działaniami Izraela w Palestynie i Iranie, skomplikowane relacje, czy uzasadnione inwazje?

"Kolekcjoner" wprowadza do przestępczego świata, kradzieży i nielegalnego handlu dziełami sztuki, amalfitańskiego morderstwa biznesmena, pogoni za cennym dziedzictwem kultury, szpiegowskiej aktywności. Wątki zgrabnie i przekonująco łączą się, wiele się dzieje w wartkim tempie, na wierzch wypływają fakty z przeszłości powiązane z włoską mafią. Gabriel Allon, światowej sławy konserwator sztuki, były agent i szef izraelskiej tajnej służby wywiadowczej, niegdyś anioł śmierci, powraca do szpiegowskiego świata na czas wyjątkowej misji. W nowe wyzwanie zaangażowana zostaje piękna kobieta, wyjątkowo zdolna i przebiegła złodziejka. Powieść szybko się czyta, ciekawie angażuje, spora dawka adrenaliny w sensacyjnych barwach. Zerknij na poprzednie odsłony serii przedstawione na Bookendorfinie: „Upadły anioł", „Śmierć w Kornwalii", „Portret nieznanej kobiety”, "Angielski szpieg", "Czarna wdowa", "Dom szpiegów", "Inna kobieta", "Nowa dziewczyna", "Zakon", "Wiolonczelistka". 

5/6 – koniecznie przeczytaj
powieść szpiegowska, sensacja, 392 strony, premiera 08.11.2025, tłumaczenie Robert Ginalski
Książka wypożyczona z biblioteki.

poniedziałek, 9 marca 2026

WIELKI SKOK

GABRIEL ALLON tom 14

DANIEL SILVA

"Wszelkie zadawnione żale i niedotrzymane obietnice wydają się nieistotne, gdy człowiek zbliża się do kresu życia.”

Początkowo powieść wydawała się lekko nużąca, akcja wolno rozgrywała się, intryga pozostawała jakby w uśpieniu, jednak z czasem nabierała rumieńców mocno dobrej sensacji, nie zawsze prawdopodobnej i przekonującej, ale coraz bardziej wciągającej. Gabriel Allon, słynny konserwator dzieł starych mistrzów, emerytowany izraelski szpieg i zamachowiec, wybawca Ojca Świętego, celowo zniknął gdzieś bez śladu, oddając się rodzinnemu życiu. Jednak nie na długo, ze względu na przyjazną znajomość z mężczyzną, któremu wciąż przydarzało się coś niefortunnego, jego dawnym pomocnikiem w profesji szpiega, musiał ratować wizerunek marszanda i właściciela galerii. Poważany historyk sztuki niefortunnie znalazł się na miejscu zbrodni angielskiego emigranta, o podupadających finansach, zamieszkałego we Włoszech. James Bradshaw, właściciel imponującej kolekcji obrazów, pracował jako konsultant biznesowy i obracał się w arabskim świecie. Sprawa wydawała się w jakiś sposób powiązana ze szczególnie cennym dziełem Caravaggia, które zniknęło w październiku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego dziewiątego roku, i jak dotąd nie zostało odnalezione.

Silva znakomicie oprowadzał czytelnika po świecie sztuki, barwnie opisywał funkcjonowanie nielegalnej części branży handlu obrazami, sugestywnie przedstawiał dzieła weneckich malarzy, atrakcyjnie przywoływał duchy z przeszłości malowideł i ciekawostki z życia twórców. Udanie oddawał mechanizmy tajnych układów, bankowych pozorów, spiskowych relacji, dyktatorskich zapędów w gromadzeniu majątków i uśmiercania obywateli syryjskiego kraju. Bardzo podobało mi się naświetlenie mechanizmu powstania plotki i rozchodzenia się jej lotem błyskawicy. Wątek z udziałem Syryjki w scenariuszu zdarzeń mocno naciągany, ale wywoływał emocje powiązane z misją tropienia i inwigilacji. Wiele się działo, szpieg schodzący na złą drogę, reprezentant syryjskiego wywiadu, bombowy atak, kradzież obrazów, podejrzana zawartość portowego magazynu. Wydarzenia pozornie odrębne, lecz powiązane wspólnym kluczem, tylko jak znaleźć ten właściwy, dorobić kopię i zrobić z niej użytek? Jak podejść prywatnego bankiera syryjskiej rodziny rządzącej? Trudne wyzwanie skoro przestępczość w dziedzinie sztuki to czwarta w kolejności najbardziej dochodowa nielegalna działalność na świecie. Zerknij na poprzednie odsłony serii przedstawione na Bookendorfinie: "Upadły anioł", "Śmierć w Kornwalii", „Portret nieznanej kobiety”, "Angielski szpieg", "Czarna wdowa", "Dom szpiegów", "Inna kobieta", "Nowa dziewczyna", "Zakon", "Wiolonczelistka", intrygujące szpiegowsko przygody czytelnicze.

4.5/6 – warto przeczytać
powieść szpiegowska, 508 stron, premiera 23.09.2015 (2014)
tłumaczenie Agnieszka Andrzejewska
Książka wypożyczona z biblioteki.

niedziela, 8 marca 2026

MIYAZAKI

ŚWIAT W ANIMACJI

SUSAN NAPIER

"Niemal mistyczne połączenie odwagi, akceptacji i radości jest kluczem do świata Miyazakiego.”

Książka znakomicie spełniła pokładane nadzieje, co więcej, sięgając po nią nie spodziewałam się, że aż tak bardzo spodoba się. Dotąd nie przywiązywałam wagi do oglądania filmów anime, jednak ostatnio stwierdziłam, że chętnie sprawdziłabym, czy odnalazłabym się w takim typie rozrywki i chciałabym zacząć od czegoś naprawdę dobrego. I wówczas, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego wyszło z premierą książki o najpopularniejszym japońskim animatorze, Hayako Mizayaki i dzieła, które pokochał cały świat. Koncepcja biografii natychmiast mi się spodobała. Otrzymałam nie tylko informacje z życia mistrza, uwarunkowania cech osobowości i podejście do procesu twórczego, ale również zaproszenie do bliższego przyjrzenia się omówieniom konkretnych animacji. I to okazało się największym plusem publikacji, barwna i wnikliwa analiza filmów, zachęcająca do obejrzenia i podchwycenia przekazów, cieszenia się sztuką japońskiej kreski, odnajdywania w świecie magii odniesień do współczesności, kondycji cywilizacji i człowieka. 

Odpowiadało mi krytyczne spojrzenie w twórczości mistrza animacji na dorobek gatunku ludzkiego, zmiany technologiczne, kulturowe wzorce, relację z przyrodą, wojenne konflikty. Susan Napier udanie ukazała potęgę wyobraźni i marzeń reżysera, umiejętność włączenia własnych przemyśleń do anime, uczynienia z filmów animowanych perfekcyjnie dopracowane narzędzie rozrywki i pośredniej platformy edukacyjnej. Autorka uwzględniła zdjęcia z filmów, sugestywnie współtworzyły klimat anime w książce. Po spotkaniu z "Mizayaki" wyszłam z przekonaniem, że jestem przygotowana, aby wejść do filmowej przestrzeni mistrza i baśniowej aury, nawiązać kontakt z bohaterami, otoczyć się magią i nadprzyrodzonymi mocami. Do książki powrócę, porównam własne odczucia, spostrzeżenia i przemyślenia po obejrzeniu filmów z tym, co jeszcze umknie mojej uwadze. „Miyazaki” to tytuł dla obecnych i przyszłych miłośników twórczości japońskiego mistrza. Ujmuje ciekawą treścią, przyjaznym stylem narracji, prawdziwym zanurzeniem w uniwersum anime. Zdecydowanie wart uwzględnienia w planach czytelniczych. Zerknij na wrażenia po zapoznaniu się z innymi książkami z serii bo.wiem przybliżonymi na Bookendorfinie: "Duchy i boginie", "Anglik, który ocalił japońskie wiśnie", "18 zbrodni w miniaturze", "Doktor White i jego głowy, czyli śmiałe eksperymenty w transplantologii". Wiele ciekawej i zadziwiającej wiedzy można zdobyć.

5/6 - koniecznie przeczytaj
bibliografia, 320 stron, premiera 05.02.2026 (2018)
tłumaczenie Joanna Gilewicz
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Uniwersytetu Jagiellońskiego.

sobota, 7 marca 2026

JAKBYŚ KAMIEŃ JADŁA

WOJCIECH TOCHMAN

"Każda zbrodnia ma swoje imię i nazwisko.”

Książkę czytałam w skupieniu, przepełniało mnie wzruszenie, do głosu dochodziły refleksyjne myśli. Z bólem wsłuchiwałam się w przeżycia kobiet wciąż mających nadzieję na odszukanie kości bliskich zaginionych w wojnie, zamordowanych w bestialstwie, oszukanych w sumieniach oprawców, pochowanych w masowych grobach, zbezczeszczonych w przypadkowych miejscach. Budzące silne emocje obrazy matek przywołujących do ujawnienia się resztek ciał dzieci, żon liczących na cud dowiedzenia się, jak i gdzie zmarli mężowie, córki pragnące znaleźć i pochować szczątki ojcowskich genów. 

Wojna nie zna litości, sięga najmroczniejszych sfer ludzkiej natury, wyzwala w człowieku najgorsze. Wprowadza w traumę, która towarzyszy ofiarom do końca życia. Nawet jej koniec nie staje się początkiem nowego, nadal głęboko trwa w ludziach, krzywdy nie dają o sobie zapomnieć, niemożność pochowania zmarłych łamie serce, rzeczywistość nie wraca do pierwotnego stanu. Życie staje się imitacją, pustką i czekaniem, a co gorsze, wciąż widzi się oprawców w twarzach sąsiadów, morderców w etnicznym wydźwięku, gwałcicieli w mężczyznach. Wydawałoby się, że człowiek dumny ze swego człowieczeństwa, rozumu, wrażliwości i kultury, nie może tak wiele zła uczynić drugiemu człowiekowi. A jednak, pozostawia po sobie miasta widma, świadectwa bestialstwa w obozach koncentracyjnych, ziemię pokrytą szczątkami ludzkich kości, niemożliwe do identyfikacji zmieszane kości wydobyte podczas ekshumacji, a także lęk, że śmierć z rąk dawnych i obecnych sąsiadów jeszcze wróci. 

„Jakbyś kamień jadła” to wstrząsający obraz tego, co działo się, kiedy człowieczeństwo przestało istnieć w ramach konfliktu wojennego, do jakiego stopnia wypaliło się okrucieństwo w duszach zbrodniarzy, jak szybko i sprawnie poszybowało w kierunku ludobójstwa. Opowieść o tym, jak żyć po wojnie na gruzach miast, domów, rodzin i serc, jak radzić sobie z widokiem dawnej własności przejętej przez tych, co stali po drugiej stronie konfliktu. Przejmująca relacja z wojny w Bośni i Hercegowinie (1992-1995), krwawego spustoszenia, które po sobie zostawiła, mrocznej serbskiej odsłony nienawiści, osobistych opowieści kobiet i skomplikowanych relacji. Styl narracji niezwykle przemawiający do wyobraźni, oszczędny i przejrzysty, stał się tłem dla przybliżenia bratobójczych dramatów i ciężkich traum. Dlaczego nasz gatunek wciąż wdaje się w konflikty zbrojne, odbiera życie, niszczy ludzkie losy, wprowadza kalectwo, zamęt i destrukcję? Dlaczego nie uczymy się na historycznych doświadczeniach i konsekwencjach? Czemu organizacje powstałe w imię pomocy tak naprawdę niewiele i nieskutecznie przeciwstawiają się realiom ogarniętych wojną regionów? 

Jakże potrzebujemy takich reportaży, aby dawać smutne świadectwo nieograniczonego ludzkiego bestialstwa, okazać szacunek ofiarom, tym, co zostali zabici, i tym, co przetrwali w aurze straty, pamiętać dokąd prowadzi nasza nieokiełznana ciemna strona natury, przypominać, że za zło sami odpowiadamy, czynem lub biernością. Wobec tego, co obecnie dzieje się na świecie uwikłanym w konflikty, warto zbliżyć się do tego typu lektury, relacjonującej, uświadamiającej, wywołującej refleksje i odwołującej się do sumienia gatunku ludzkiego. Zerknij na inną książkę Wojciecha Tochmana, przedstawioną na Bookendorfinie, "Pianie kogutów, płacz psów", zainteresować może także "Pożegnanie z Narnią", rozmowa autora z Anną Krall.

5.5/6 – koniecznie przeczytaj
reportaż, 160 stron, premiera 18.02.2026 (2018)
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

piątek, 6 marca 2026

WANDA TELAKOWSKA

PIĘKNI DLA WSZYSTKICH, CZYLI JAK POWSTAŁO POLSKIE WZORNICTWO POWOJENNE

KATARZYNA RZEHAK

"Wierzyła, że piękne otoczenie, mieszkanie, ubranie, a przede wszystkim dobrze zaprojektowane przedmioty codziennego użytku kształtują człowieka.”

Nieobszerna i nieprzeładowana informacjami biografia, poglądowa i ogólnie przybliżająca sylwetkę Wandy Telakowskiej. Na moje zapotrzebowanie w sam raz. Zależało mi na uchwyceniu postaci, scenariusza życia, wybranych pasji i ścieżce kariery zawodowej, bez zagłębiania się w dociekliwe detale. Otrzymałam odniesienia do faktów, zachowanych świadectw twórczości i reprezentacyjnych poglądów. Katarzyna Rzehak przyjęła lekki i wciągający styl narracji, fabularyzowany rys przemawiający do wyobraźni i pozwalający nawiązać nić porozumienia z historycznym tłem polskich realiów przedwojennych, wojennych i powojennych. 

Wanda Telakowska doświadczyła ciekawych czasów, przeobrażeń politycznych, społecznych i kulturowych. Publikację cechowała przejrzysta forma prezentacji materiału. Uwzględniała wiele ciekawostek, fragmenty listów i bogactwo zdjęć. Rozdziały krótkie i w zgodzie z chronologicznym przesuwaniem na osi czasu. Ogromny plus za przedstawienie słowne i zdjęciowe prac, grafik, okładek i ilustracji Wandy. Przyznam, że nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo polskie projekty dla przemysłu odznaczały się nowoczesnością, awangardowością i inspiracją kultury ludowej. Praktyczne i proste, dla szerokich socjalistycznych mas, wprowadzające użytkownika na wyższy poziom estetyczny. Wykonane z naturalnych materiałów. Dziś w zderzeniu z wszechobecnym plastikiem jako ulubionym tworzywem projektantów, producentów i odbiorców, stanowiłyby elitarną i prestiżową alternatywę, nie miałam wątpliwości, że sięgającą najwyższych cen.

Autorka ukazała portret Wandy Telakowskiej jako kobiety odważnej, żywotnej, skłonnej do żartów, walczącej o swoje pomysły i wizje, zarówno w życiu zawodowym, jak i osobistym. Odniosłam wrażenie, że buntowniczy charakter Wandy, uaktywniony już w dzieciństwie, wpłynął na wybrany styl prywatnego życia, nietrafnie ulokowane głębokie uczucia miłości, niekorzystnie nawiązywane relacje, podziwiałam za umiejętność obracania ich w przyjaźń. Imponowała umiejętność cieszenia się rozrywkami towarzyskimi, znajomość z wieloma znanymi i cenionymi osobami z politycznego, artystycznego i literackiego świata, a także odwaga odejścia od sztuki w kierunku pedagogiki.

Doceniłam wkład sił i zaangażowania Telakowskiej w niesieniu misji projektowania dla przemysłu, w tym maszyn i urządzeń, użytkowych przedmiotów spełniających funkcje w codzienności. Od organizacji Instytutu Wzornictwa Przemysłowego i kierowania nim, udziału w prezentacjach i wystawach, edukowania młodych artystów, zaszczepiania wartości estetycznych, aż do walki o przetrwanie projektowych idei. Przekonałam się, że polskie wzornictwo przemysłowe właśnie dzięki pomysłom i stylowi zarządzania bohaterki biografii stało na wysokim poziomie. Wielka szkoda, że ostatni etap życia Wandy Telakowskiej przybrał formę funkcjonowania nie tylko w ślepocie, ale również niezrozumieniu i niedocenieniu przez zwierzchników i współpracowników. Propozycja czytelnicza, na którą warto zwrócić uwagę, dostarczyła wiedzy nie tylko o pionierskich pracach bohaterki biografii, ale również rzut oka na rozwój polskiego wzornictwa przemysłowego.

4.5/6 – warto przeczytać
biografia, 256 stron, premiera 28.01.2026
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Marginesy.

czwartek, 5 marca 2026

STRASZNY DZIADUNIO

MARIA RODZIEWICZÓWNA

"Bądź prawym, bądź prawym!...”

Lubię sięgać po klasykę, to nie tylko rozrywka czytelnicza, ale również zerknięcie na dawny warsztat pisarski i realia przynależnej mu epoki. „Straszny dziadunio” powstał w tysiąc osiemset osiemdziesiątym siódmym roku, dalekie czasy od naszych, zatem obecność archaiczności językowej, trzeba szybko się na nią przestawić. Odpowiada mi takie wyzwanie, uatrakcyjnia utwór, wprowadza w unikalny klimat, sprawia, że lepiej rozumiem rozterki postaci. Autorka miała dwadzieścia cztery lata, kiedy pisała książkę, zatem dało się odczuć niezbyt głęboką analizę osobowości bohaterów. Podobnie jak podział na jednoznaczne zło i dobro niekoniecznie dziś przekonuje. 

Udało się wprowadzić fabułę w dynamiczny rytm, zagęścić zdarzeniami, chociaż mającymi tendencję do stronniczości i ekstremalnego charakteru. Jednak można było zerknąć na to od strony wewnętrznej siły i hartu ducha Hieronima, pracowitego, ambitnego i wrażliwego wnuka dziadunia. Jako kontrast do hulaszczego i lekkiego życia Alberta, drugiego wnuka Polikarpa Białopiotrowicza, właściciela majątku Tepeńca na Polesiu, pragnącego dowiedzieć się, który z wnuków godny jest dziedziczenia. Stawia zatem Hieronima i Alberta przed trudnymi próbami a los dokłada swoje wyzwania. Przeszkadzał moralizatorski i pouczający ton powieści, zbyt jawny i bezpośredni, na plus lekkie wzbogacenie humorem. Chętnie przyjmowałam ciepło płynące z dziadunia, pierwotnie ujętego w despotycznej i surowej postaci, z czasem nabierającego cech troski i oddania wobec familii. Podróż czytelnicza do codzienności życia mieszczańskiego okazała się ciekawa i pouczająca, przypominała o znaczeniu autorytetów, podkreślała istotę patriotyzmu i szacunku wobec tradycji. Powieść niewielkich rozmiarów, w sam raz na krótszy wieczór czytelniczy, szybko się ją poznawało, ujawniła unikalny urok dawnych czasów i kształtowania literatury.

3.5/6 – w wolnym czasie
literatura obyczajowa, klasyka, 140 stron, premiera 14.01.2026 (1887)
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu MG.

środa, 4 marca 2026

POWOLNOŚĆ

MILAN KUNDERA

"Szybkość jest formą ekstazy, którą rewolucja techniczna złożyła człowiekowi w darze.”

Sto trzydzieści stron interesującej przygody czytelniczej, zachęcającej do refleksji, z filozoficznymi odniesieniami, ciekawymi dygresjami i znakomicie rozpisanymi dialogami. Milan Kundera zachęcająco pcha czytelnika ku powolnemu delektowaniu się zawartością, żeby podchwycił koncepcję, wydźwięk, wyraz i obraz. Bez pośpiechu analizował fabułę, w skupieniu i z cierpliwością. Test dla odbiorcy, czy we współczesnym świecie z dominantą presji czasu i pogoni za nim, potrafi z uwagą odkrywać cenne przesłania i ironiczne wstawki. Wciągająca i zajmująca gra, różny klimatycznie i rytmicznie taniec, jawna i ukryta prowokacja. 

Rzeczywistość przeplata się z surrealnymi odniesieniami, grzeczność wykluczona zostaje przez frustrację, zaś poprawność językowa ustępuje miejsca sprośności. Momentami bez owijania w bawełnę i bezpośrednio, kiedy indziej zmysłowo i finezyjnie. Kontrast na kilku płaszczyznach, w klimacie, wątkach, miłości, nauce, rozmowie i twórczości. Siedemnastowieczny libertynizm i dwudziestowieczne odbicie obyczajowe i intelektualne. Wspólny punkt przeplatających się wątków to stare zamczysko, świadek miłosnych uniesień hrabiny z kochankiem, uczestnik kongresu entomologicznego, miejsce przystanku podróżniczego autora z żona. Zastanów się, wolisz uczucie podążania za spełnieniem, czy samo spełnienie? Preferujesz powolne tempo życia z intensywnymi doznaniami, czy pospieszne i pobieżne relacje ze światem? Uznajesz przyjemność, rozkosz i szczęście za nadrzędny cel życia, czy aprobujesz szczyptę cierpienia jako przyprawę życia? Rozumiesz tajemną więź między powolnością a pamięcią, między szybkością a zapomnieniem? Zerknij na wrażenia po spotkaniu z inną książką Kundery, zaprezentowaną na Bookendorfinie, zatytułowaną "Kubuś i jego Pan".

4/6 – warto przeczytać
literatura współczesna, 128 stron, premiera 10.04.2025 (1993), tłumaczenie Marek Bieńczyk
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

wtorek, 3 marca 2026

ŚWIĘTOWANIE ŻYCIA

EWA WOYDYŁŁO

"Zakładając maskę, nie godzimy się na siebie. Chcąc uniknąć odrzucenia przez innych, odrzucamy sami siebie.”

Osoby obserwujące i czytające Bookendorfinę wiedzą, że po trudnych doświadczeniach życiowych w ostatnich kilku latach i braku czasu dla samej siebie, po lekkim odpoczynku od niemal wszystkiego, wreszcie nabrałam sił, aby zadbać o siebie mentalnie, dotrzeć do najgłębszych pokładów duszy, uruchomić proces oczyszczania z toksycznych myśli i relacji. 

Jestem bardzo zadowolona z tego, jak pozwalam rozwijać się dialogowi samej ze sobą, przychylnym okiem spoglądać na własną osobowość, doceniać pozytywny wpływ samoświadomości. Aby podtrzymać dobrą passę po poradzeniu sobie z poczuciem straty i niesprawiedliwości dotykającej mojej bliskich, z przyjemnością trwam w postanowieniu dbania nie tylko o innych, ale i o siebie samą. Dlatego chętnie zaglądam do różnorodnych publikacji, nie tylko popularnonaukowych z dziedziny psychologii i neurologii, ale również poradników o charakterze terapeutycznym, przypominających o najważniejszych wartościach w wysokiej jakości prawdziwego życia. 

Przy książkach Ewy Woydyłło sympatycznie spędzam czas, nie czuję presji szybkiego poznawania. Celowo umawiam się z nimi na spokojne spotkanie, tak aby jak najwięcej złapać cennych myśli i trafnych przekazów. Oczywiście, prezentowany materiał nie należy do nieznanych mi, wiele już w życiu przeżyłam, pokonałam długą drogę, nazbierałam sporo inspirujących doświadczeń, jednak wciąż mam wrażenie, że warto sobie o nim przypominać, dopingować się do trafniejszej aktywności, wyciągać z treści to, co w danym momencie najbardziej potrzebuję lub najlepiej mi służy.

„Świętowanie życia” to w zasadzie trzy książki w jednym wydaniu. Napisane w dwa tysiące piątym roku „Sekrety kobiet” pięknie odnoszą się do różnych odcieni kobiecości, wyobrażenia o nas samych, poczuciu wartości, pozytywnych wzmocnieniach, ale i szeroko omówionych chorobach duszy. Sporo o emocjach, lękach, samotności, płaczu, krzywdach, nierówności i sekretach. Podobała mi się propozycja ujmowania problemów w formie pytań, wywołania odwagi do przeprowadzenia zmian, odrzucenia mitów krzywdzących związki. Miałam możliwość przeprowadzenia różnych testów, w tym autodiagnozy. Poznałam konkretne przypadki innych osób, ukazujące problemy, podłoże, podejście i sposoby rozwiązywania. 

W „Butach szczęścia”, powstałych w dwa tysiące dziesiątym roku, szczególnie zainteresowałam się zjawiskiem intuicji w ocenianiu właśnie poznanych osób, zdrowym egoizmem, źródłami kompleksów i nieśmiałości, zasadami budowania optymizmu, niezbędnością zabawy, śmiechu, radości, sportu i porządku, a nade wszystko świętowania codzienności. Ciekawym uznałam aspekt dojrzewania do miłości i przyjaźni, oraz wkładanych przez nas różnych masek społecznych. Ta część publikacji wzbogacona została klimatycznymi i przyjaźnie przemawiającymi zdjęciami, rzut oka na nie już podsuwał właściwe skojarzenia. 

Wydana w dwa tysiące dwudziestym drugim roku „Droga do siebie” najbardziej mi się obecnie przysłużyła, gdyż zawierała informacje, które bardzo mnie obecnie interesują. Należały do nich filary poczucia wartości, zwłaszcza aspekty niskiej samooceny negatywnie wpływającej na jakość życia, alfabet samoakceptacji, instrukcje regulowania emocji, szczególnie gniewu i wybaczania, i coś nad czym pracuję od wielu lat, czyli alternatywy dla perfekcjonizmu. Zachęcam do uwzględnienia książki w planach czytelniczych, dociera do źródeł tego, co sprawia nam trudność w świętowaniu codzienności, napełnia optymizmem i podsuwa rozwiązania samorealizacji. Zerknijcie również na inne książki Ewy Woydyłło, przedstawione niedawno na Bookendorfinie, zatytułowane "Wszystkiego najlepszego!" i "Cztery pory roku z Ewą Woydyłło".

4.5/6 – warto przeczytać
poradnik, psychologia, 490 stron, premiera 15.10.2025 (2005, 2010, 2022)
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.